Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grzegorz Markowski: Proszę ostatnie pytanie

To nie były tłuste lata?

Reklama

- Lekko nie było. Kiedyś Hanka Bielicka zaprosiła mnie na śniadanie i poprosiła panią, która się nią opiekowała: "Pani Zosiu, proszę podać Grzesiowi śniadanko, ale duże, bo on taki chudziutki!". A ja bałem się, że jakąś porcelanę upuszczę, wszystko było piękne, przedwojenne. Kalina Jędrusik też mi dogadywała: "Co ty, Grzesiu, taki chudy? Mam tutaj kurczaka, zjedz nóżkę". A ja byłem szkieletem, bo nie było za co kupić jedzenia. Trzeba było tak dzielić skromne budżety, że to było aż krępujące. W Irlandii na festiwalu, na którym dostałem wyróżnienie, miałem 32 złote diety dziennie. Byłem tam pięć dni. Jak wszedłem do niewielkiego sklepu, to mój budżet rozjechał się w sekundę, bo nic u nas nie było, a każdemu chciałem kupić po mydełku albo dezodorancie. Na szczęście mama przed wyjazdem dała mi słoik smalcu, nie chciałem go brać, ale uratował mi życie. Kupowałem pieczywo i przez pięć dni go jadłem. Uważam, że tak się powinno zaczynać. Nie życzę nikomu sukcesu w wieku 20 lat, bo to sprowadza na manowce. Dopiero później zaśpiewałem parę w miarę udanych piosenek, a to dzięki temu, że trafiałem w doskonałym czasie na doskonałych menedżerów, muzyków i autorów tekstów.

Myślisz, że to przypadek?

- To są jakieś wibracje, że akurat w jakimś momencie ktoś coś usłyszy. Pierwsze moje nagranie radiowe - "07 zgłoś się" - było takim przypadkiem. Włodek Korcz nie spotkał się z żoną, bo nie wróciła z planu filmowego, usiadł smutny w domu i napisał ten temat. W teatrze powiedziałem mu: "Panie Włodku, nie trzeba pisać do tego tekstu, niech ta muzyka zostanie tajemnicą". A potem pojechałem do Irlandii, zaśpiewałem piosenkę Edmunda Berga "Powiedz mi, jak mam żyć", zagrałem ją w Opolu, wyszła na singlu i jako młody zdolny trafiłem do Perfectu. To był bardzo ciężki rok pracy, jeden z gorszych. Próby odbywały się w Stodole, nie koncertowałem, miałem już małą Patrycję, i prowadziliśmy życie na granicy, powiedziałbym, ubóstwa.

Potem było jeszcze gorzej?

- Na pierwszy koncert w Poznaniu przyszło siedmiu studentów. Jeszcze jedna lekcja pokory. Zagraliśmy, kupiliśmy wino i wypiliśmy je razem z publicznością. Ale później Piotr Kaczkowski zaczął nas puszczać na antenie "Trójki", a Zbyszek Hołdys udzielił paru ostrych wywiadów. Kiedyś zomowiec przeszedł przez scenę w czasie koncertu, żeby przywołać nas do porządku. Zbyszek miał jaja jak arbuzy i krzyknął do niego:  "Jeżeli cię, ch***, zobaczę jeszcze raz na tej scenie, to poproszę ludzi z widowni i pomogą cię wynieść!". A na widowni pięć tysięcy rozgrzanych do czerwoności młodych ludzi. Rozniosło się to pocztą pantoflową po całym kraju i koncerty zaczęły przypominać manifesty polityczno-społeczne. Dostaliśmy wiatr w żagle.

Pomagaliście ludziom wstawać z kolan?

- Zbyszek dawał ludziom ogromne poczucie siły, tego, że można żyć w miarę godnie nawet w takim szambie, przez całe trudne lata 80. W Radomiu, po koncercie w hotelu robotniczym, przyjechali zomowcy i na naszych oczach skatowali chłopaka. Było ich z pięćdziesięciu, takich po metr osiemdziesiąt pięć, a Hołdys wyszedł sam i zaczął im bluzgać: "Skur***, fiuty, pobiliście młodego chłopaka!". I ruszył na tych zomowców sam, no to my we trzech poszliśmy za nim. Ryzykował bardzo dużo. Mogli nam zabronić grania koncertów, zakazać grania piosenek w radiu, jednym podpisem można było wtedy zniszczyć wszystko. Do dziś uważam, że Zbyszek Hołdys jest moją tarczą i mieczem, stworzył zespół, który istnieje do dziś.

Kiedy pierwszy raz poczułeś siłę na scenie?

- To nie była eureka, najpierw płyta sprzedała się w prawie milionowym nakładzie. Zostałem wokalistą roku pisma "Non Stop", które było jedynym muzycznym pismem w Polsce. Powtórzyłem ten sukces następnego roku. Udzielałem wywiadów, pojechaliśmy do Berlina Zachodniego. Czuło się takie pole magnetyczne, które pracuje na wysokich obrotach. Staliśmy się bardzo popularni w ciągu kilku miesięcy, a wtedy już wiedziałem, że jest to absolutnie najważniejsza rzecz w moim życiu. Nie było polowania na przebój, na sukces, wypluwało się z siebie wulkaniczne teksty i gorące dźwięki. Chcę do końca być takim prawdziwkiem, bo to się bardzo w życiu opłaca. Uważam, że ci, którzy manipulują emocjami ludzi, pierwsi będą smażyć się w piekle.

Dużo graliście?

- To była straszna orka. Nie dziwię się, że Hołdys po trzech latach się zmęczył. Projektował okładki, pisał teksty, udzielał wywiadów, próbował zostać dyktatorem. Ja z kolei jestem trochę taki typ niepokorny, w związku z czym doszło do zwady. Hołdys mi zarzucił, że ja nie ćwiczę falsetu. On nie był zbyt biegłym gitarzystą, więc mu powiedziałem, że nie ćwiczy czwartym palcem. Usłyszałem: "Rozwalasz kapelę, psujesz klimaty i nie jedziesz na ostatni wyjazd do Berlina Zachodniego". Pojechali sami. I to był koniec zespołu. W ’84 roku zamknąłem rozdział śpiewania na 10 lat, zacząłem pomagać ojcu prowadzić firmę budowlaną. Kilka stacji metra jest przeze mnie pomalowanych - jak po latach zobaczyłem te obrazy, byłem bardzo wzruszony. Szybko nauczyłem się kosztorysowania, płacenia ZUS, podatków. A w piątek brałem gitarę, siadałem do pianina, łykałem łzy i grałem. Z drugiej strony zacząłem budować dom, stać mnie było na wczasy do Bułgarii, a tam na koniak i kurczaka z rożna. Poczułem siłę mężczyzny, który nie jest przyspawany do jednego świata, tylko może sobie krążyć w galaktykach i usiąść na takiej planecie, która mu akurat odpowiada.

Rockman jest trudnym ojcem?

- Patrycja przeżywała okres buntu - tak jak każdy młody człowiek - chociaż nie miała ochoty uciekać z domu, eksperymentować z alkoholem czy narkotykami. Błagałem ją też, by nie paliła, bo to największy nałóg na świecie. Generalnie żyliśmy w wielkiej przyjaźni, ale ja jestem niecierpliwy, a ona kiedyś zamknęła się w garderobie. Wyobraźnia pracowała, w związku z tym wypieprzyłem drzwi kopniakiem i od razu wpadliśmy sobie w ramiona. Więcej spięć z córką nie pamiętam. Unikamy takich ekstremalnych rzeczy, staramy się szybko łagodzić niedobre emocje dobrym alkoholem albo spokojną rozmową.

Jak wchodzi się po 10 latach na scenę?

- Z wielką tremą, dokładnie tak, jakbym miał noc poślubną powtórzyć, a nie byłem pewny, czy podołam. Bałem się śmieszności, to w męskim świecie newralgiczny punkt. Musiałem się sprawdzić jako wokalista, jako chłop, jako macho. I to się udało. Do Spodka w Katowicach przyszło 7 tysięcy ludzi. Zobaczyliśmy, że Hołdysa nie ma na scenie, a my możemy grać. Od początku był ambitny plan, żeby nagrać nową płytę, sprzedało się ze 200 tysięcy sztuk. Posypały się zaproszenia na koncerty. Ale początki były skromne, honoraria też. Przyglądano nam się, czy to jest chwilowa fanaberia paru muzyków z przeszłości, czy projekt na stałe. To był okres przepiękny, choć męczący, bo akt śpiewania, gdy się go uczciwie robi, to jest taki trochę akt samospalenia.

Co robiłeś, żeby nie zwariować?

- Starałem się nad tym światem z różnym skutkiem zapanować. Zawsze pojawiało się sporo alkoholu, w zasadzie na jednym promilu można było spędzić życie. Było masę pokus. Miałem rodzinę, to mnie ratowało, bo być kawalerem w tym zawodzie to jest rodzaj samotności, którą można porównać do piekła na ziemi. Ale jak mówią, nie sztuka trzymać pana Boga wpół, tylko padając, łapać go za piętę. I całe życie próbowałem łapać go za piętę. Chodziłem do spowiedzi, więc oczyściłem się, mam nadzieję...

Jak się ma brata biskupa...

- Musiałem mu dać na tacę, no.

Wyspowiadałeś się kiedyś bratu?

- Raz, przed poważną operacją. To była najpiękniejsza spowiedź w moim życiu, jego jedyne pytanie brzmiało: "Czy kogoś nienawidzisz?". Powiedziałem, że nie i dostałem rozgrzeszenie. Wiem, że nie powinienem zdradzać tajemnicy spowiedzi, ale mówię to do ludzi mądrych.

Czym się różni wolność lat 80. od dzisiejszej?

- Czytam ostatnio Tadeusza Konwickiego, a on nie miał najlepszego zdania o Polakach. Niewiele się zmieniło... Niedawno przyszedł do garderoby kolega z żoną i dzieckiem, chciał sobie zrobić zdjęcie, a ja wtedy się do niego przytuliłem i zażartowałem: "Całe życie wolałem chłopców, robię coming out". Odskoczył jak oparzony i zobaczyłem, że on nie daje sobie z tym rady. Szacuje się dziś, że około 160 rodzajów istnień wśród zwierząt to istoty homoseksualne - nie mamy wiedzy i stąd ta nietolerancja. Dlaczego my, Polacy, jesteśmy tacy ściśnięci w środku? Nie potrafimy weryfikować tego, co nam różni ludzie wciskają, samemu różnych rzeczy poukładać sobie w głowie? Dlaczego dajemy sobą w cyniczny, mało wyrafinowany sposób rządzić? Ale proszę cię już o ostatnie pytanie.

Czym jest dla ciebie miłość?

- Miłość jest najpiękniejszym strażnikiem życia. Gdy miałem 16 lat i poznałem Krysię, to modliłem się: "Boże, spełnij moje dwa życzenia". Nigdy specjalnie Boga wcześniej o nic nie prosiłem, a tu nagle zacząłem się modlić o to, żeby być w muzyce i mieć ją za żonę. I się spełniło. Krysia jest szalenie subtelną, inteligentną osobą. Jest delikatna jak porcelana Hani Bielickiej. Dlatego gdy pojawia się jakaś ryska, zaraz wyciągam klej ze złota i staram się ją skleić. Żeby tylko wszystko funkcjonowało. Zawsze wiedziałem, że mogę robić wszystkie rzeczy na świecie: zamiatać, stać na zmywaku, prowadzić roboty budowlane, śpiewać, nie śpiewać - byle tylko z nią być. To jest bardzo łatwe i proste życie.

Rozmawiała Violetta Ozminkowski

PANI 11/2019


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje