Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grażyna Błęcka-Kolska. Nakarmić kamień

Grażyna Błęcka-Kolska jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek, znaną z takich filmów jak "Jańcio Wodnik", "Pograbek" czy "Kogel-mogel". Ale jej życie to nie tylko błyskotliwa kariera aktorska, zostało ono również naznaczone osobistą tragedią. Łukasz Maciejewski, autor książki "Aktorki. Odkrycia" szuka równowagi, by w odpowiednich proporcjach przedstawić życie i twórczość aktorki.

Fragment pochodzi z książki Łukasza Maciejewskiego "Aktorki. Odkrycia"
"Wszystko jest, jak było. Nic się nie zmieniło. Świat żywy dokoła. [...] Śpiewa ptak na niebie. Ja idę do ciebie. [...] Łzy mi się skończyły. Bardzo gorzkie były. Jańcio miły, nie mam siły. Tak na ciebie czekać". W telewizyjnym widowisku "Piosenki polne i okoliczne" z 1996 roku nieruchomo wpatrzona w kamerę Grażyna Błęcka-Kolska śpiewa piękną pieśń Weronki z Jańcia Wodnika: "Wszystko jest, jak było. Wszystko jest, jak było". Ale wszystko się zmieniło. Dwadzieścia lat później rozmawiam z człowiekiem złamanym.

Reklama

I obawiam się tej rozmowy, i nie wiem, jak ją poprowadzić. Chciałbym być delikatny, pytać o pracę, wiem jednak, że wcześniej czy później wypłynie temat związanego z pracą życia. I dramatu życia. W "Piosenkach polnych i okolicznych" wystąpiła również Zuzanna Kolska. Pogodna, urodziwa, o wibrującym spojrzeniu. "Łzy mi się skończyły. Bardzo gorzkie były. [...] nie mam siły. Tak na ciebie czekać". Zima, przeczucie wiosny, godzina popołudniowa. Przyszedłem na nasze spotkanie wcześniej, żeby poukładać sobie w głowie pytania, niczego ważnego nie pominąć, nie zapomnieć.

To moje pierwsze spotkanie z Grażyną od najtrudniejszego wydarzenia w jej życiu - śmierci córki. Szum w głowie, znikąd pomocy. Nie jestem chyba najlepszym psychologiem, średnio radzę sobie w podobnych sytuacjach. Jak zacząć, jak zagaić rozmowę, jak sprostać wyzwaniu? Jak na złość wszystko dookoła zdaje się rodzić do nowego, do życia. Świeża zieloność kontra zmęczona, znoszona już szarość.

W tej powtarzalności naturalnego rytmu zawsze jest jakaś niespodzianka, niespodzianka mimo wszystko. Świat odradza się ni stąd, ni zowąd, za chwilę będzie maj, a za rok ktoś - kto? - znowu spowije nas spalinami, smogiem i dla niepoznaki przysypie śniegiem z bitą śmietaną.

Czekam na Grażynę i już wiem. Od tego wystartujemy: od życia, działania, od pracy. Od tego, co jest, a nie tego, co było. Nie trzeba nikogo na siłę zmuszać do uśmiechu, zwłaszcza gdy raczej chce się płakać. Wymuszanie optymizmu za wszelką cenę to rzadki stopień okrucieństwa, można jednak, a prawdopodobnie nawet trzeba, starać się szukać lepszych stron, nawet jeśli proporcje nie są sprawiedliwe.

Tych ciemnych stron jest więcej, jasnych zdecydowanie mniej. Zaczniemy od wiosny, tak myślę. Od działania. Wiosna już tu jest. Właśnie przyszła Grażyna.

***
Filmy Kolskiego, ale nie tylko. Są i tacy - i nie chodzi wcale o małą grupę widzów - dla których Grażyna Błęcka-Kolska to przede wszystkim Kasia z "Kogla-mogla" Romana Załuskiego.

Ile razy można obejrzeć jeden film? Sądząc z liczby powtórek "Kogla-mogla" i drugiej części komedii - "Galimatiasu, czyli kogla-mogla II" - oraz widowni telewizyjnej, którą każdorazowo gromadzą owe repetycje, mówimy wręcz o fenomenie socjologicznym. Kevin sam w domu na Boże Narodzenie, Trędowata na Wielkanoc, Pan Wołodyjowski, Sami swoi i Kogel-mogel przez cały rok. Tak mniej więcej wygląda u nas ranking evergreenów.

Jak to często bywa, film Załuskiego spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem widzów i mocno sceptyczną opinią krytyki. "Och, jak trudno ukręcić!", już w samym tytule recenzji ironizował Oskar Sobański. Na Błęcką-Kolską zwrócono jednak uwagę. Większość krytyków oceniła ją życzliwie: "Stworzona przez nią sylwetka jest bliższa życiu niż farsie. Ot, taki szczegół: biegnąc, wiejska dziewczyna wtula głowę w ramiona - ile aktorek ma o tym pojęcie?", pisano.

Premiera "Kogla-mogla" odbyła się w sierpniu 1988 roku. W trzydziestą rocznicę tego wydarzenia ma powstać trzecia część kultowej serii.

- Tamte dwa filmy stały się swoistymi fenomenami, ponieważ twórcom udało się chyba dotknąć czegoś prawdziwego, co się w Polsce dopiero budowało: druga połowa lat osiemdziesiątych, starannie odmalowana małomiasteczkowość, kobiety marzące o wyjeździe do dużego miasta, do centrum.

Dalej: zdobywanie upragnionego samochodu, marzenia o meblościance i wyjeździe za granicę, chęć studiowania, ambicje. Plus talent scenarzystki Ilony Łepkowskiej do wyłapywania językowej melodii tamtego okresu. Nie tylko języka zresztą: tak się naprawdę wtedy ubierało, malowało.

Często podchodzą do mnie kobiety, dziewczyny i mówią: "Wie pani, kiedy jest nam smutno, zawsze oglądamy Kogel-mogel. Ten film działa na nas jak najlepszy antydepresant".

Jak trafiłaś do obsady Kogla-mogla?

- Z castingu. Wygrałam, bo podobno miałam najlepszy kontakt z dziećmi.

Wcześniej miałaś bardzo niewielkie doświadczenie filmowe. Wystąpiłaś w kilku etiudach oraz w dwóch odcinkach serialu familijnego "Rozalka olaboga" w reżyserii Jadwigi  Kędzierzawskiej.

- Na studiach w Łodzi poznałam Dorotę Kędzierzawską, zaprzyjaźniłyśmy się. Zagrałam w serialu w reżyserii jej mamy, ale to było jakieś maleństwo. Większe rzeczy grałam w szkolnych etiudach Doroty Kędzierzawskiej, Jana Jakuba Kolskiego, Bogdana Kowalika. W "Koglu..." nikt ze mną niczego nie przygotowywał, nie omawiał. Od razu zostałam rzucona na głęboką wodę. Pamiętam pierwszy dzień zdjęciowy - reżyser Roman Załuski powiedział: "To jest twój ojciec, to jest twoja matka. Gramy!". No i jakoś zagraliśmy.

Znowu zagrasz Kasię Solską?

- Zagram, jeśli scenariusz będzie dobry, a w tym przypadku musi być świetny. Trudne zadanie. Ilonie Łepkowskiej udało się przed laty zarejestrować nowy wówczas język ulicy, fantastycznie wyłapać wszelkie neologizmy, zbitki językowe, oddać ducha tamtych czasów. Dzisiaj mówimy inaczej, rzeczywistość jest kompletnie inna, ludzie się zmienili. Nie ma już tak dużych różnic między miastem a wsią. I nie ma też wielu aktorów, z którymi wtedy występowałam. Przed panią Iloną trudne wyzwanie. Ale ona lubi wyzwania.

***
Natasza, Chanutka, Kuśtyczka, Kostucha, Weronka, Afonia. Imiona jej bohaterek w filmach Jana Jakuba Kolskiego brzmią jak z Kraszewskiego, Márqueza, Iwaszkiewicza, z Tokarczuk. Są z dobrej literatury. I z dobrego kina.

Sceny z aktorstwa Grażyny: Zdziwione spojrzenie Andryszkówny w "Cudownym miejscu". W tym spojrzeniu jest jednak dzikość, dzikość, z której sama bohaterka nie zdaje sobie sprawy. Kadr z "Pornografii" - Maria jest w cieniu, niemal w mroku. Ale widać to, co niewidoczne: łkanie do wewnątrz. Mówi, że nie jest w stanie uporać się z lękiem, że się boi. Dlatego pije. Dookoła noc się stała. Na zewnątrz i wewnątrz niej.

Moja ulubiona scena z "Pogrzebu kartofla" - szalona dziedziczka po prostu idzie drogą i trzyma w dłoni kamień. Niby nic, bardzo zwyczajna sytuacja. Ona i kamień. A jednak w tej scenie jest wszystko, co u Kolskiego ważne. Symboliczny skrót i egzystencjalne rozwidlenie. Niepojęte rymuje się z typowym, szaleństwo staje się komponentem normalności.

Chodzi o to, żeby - jak w tytule wybitnego, nagrodzonego literacką nagrodą Nike tomu wierszy Bronki Nowickiej - "nakarmić kamień". Błęcka-Kolska wiedziała, jak to zrobić. Grażyna karmicielka.

Kino Kolskiego to właśnie ona: tragiczna dziedziczka w "Pogrzebie kartofla", naiwna wiejska dziewczyna w "Jańciu Wodniku", kelnerka z przeszłością - i ze złowróżbnymi stygmatami - w "Cudownym miejscu", Kostucha z kamieniem w miejscu serca w "Grającym z talerza", wieloznaczna amantka z "Afonii i pszczół". Stała się symbolem oryginalnego filmowego świata. Oniryczna i realna, plebejska i tajemnicza, pani z kosą z Malczewskiego i puszczalska święta.

W połowie lat dziewięćdziesiątych Jacek Tabęcki pisał w "Filmie": "Gra wyłącznie w filmach Kolskiego. Na szczęście ma w czym grać, bo Jan Jakub niemal nie schodzi z planu; na jeszcze większe szczęście ich filmy są tak różne od siebie, pełne zaskoczeń pod względem fabularnym i olśnień pod względem artystycznym, że aktorce ani widowni nie grozi monotonia".

"Jej aktorstwo jest z pewnością inne. Pozbawione nadmiaru gestów, szarży. Potrafi dać klucz do postaci jednym nieefektownym gestem, spojrzeniem, jakąś bladą z pozoru ekspresją", Jan Jakub Kolski opowiadał Pawłowi T. Felisowi w "Gazecie Wyborczej". A Grażyna w tym samym wywiadzie dodawała: Lubię granie dokumentalne, lekko gburowate, jakby  plecami.

W 1984 roku zagrała Matkę Boską w "Małym dekalogu", szkolnej etiudzie studenta Wydziału Operatorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi - Jana Jakuba Kolskiego. I tak się zaczęło. Najpierw "Mały dekalog", potem kolejne ćwiczenia, krótkie formy: między innymi głośny film "Ładny dzień", etiuda "Nie zasmucę serca twego", nakręcony dla Wytwórni Filmów Oświatowych paradokument "Słowiański świt".

W kinie Kolskiego stworzyła w sumie kilkanaście zazwyczaj pierwszoplanowych kreacji, zagranych jak gdyby na wdechu, jedna za drugą - to były role w spektaklach Teatru Telewizji: Opiekunka w "Skrzypkach", Kobieta w "Wyspie róż", Malina w "Bajce o bardzo lekkim chlebie", role w filmach telewizyjnych: Lena we francusko-polskim "Magneto" oraz Kuśtyczka w "Pograbku", wreszcie pamiętne kreacje w najgłośniejszych fabułach męża: dziedziczka Lachowiczowa w "Pogrzebie kartofla", Weronka w "Jańciu Wodniku", Grażynka Andryszkówna w "Cudownym miejscu" (nagroda aktorska Złote Lwy na festiwalu w Gdyni), Marianna w "Szabli od komendanta", Kostucha w "Grającym z talerza", Chanutka V w "Historii kina w Popielawach", a po kilku latach przerwy: żona Hipolita w "Pornografii" według Gombrowicza, Natasza w niezmiernie popularnym "Jasminum" (Złota Podkowa za najlepszą rolę kobiecą na festiwalu w Cieszynie), tytułowa Afonia w filmie "Afonia i pszczoły" (Złoty Rycerz za główną rolę kobiecą na festiwalu w Moskwie) oraz Weronika w "Wenecji" na podstawie opowiadania Włodzimierza Odojewskiego.

"Każdą z tych ról aktorka wystylizowała inaczej - głosem, spojrzeniem, ruchem ciała, wkomponowaniem się w kadr - eksponując to wartości archetypiczne, to indywidualne, to biologię, to znowu poezję, przekształcając »żywą« bohaterkę w znak i odwrotnie", pisał "Film".

O pracy z Janem Jakubem Kolskim Grażyna mówi:

- To naprawdę długa wspólna droga: i zawodowa, i prywatna. Tysiące wspomnień. "Pograbka" nakręciliśmy w ciągu siedmiu dni zdjęciowych. Siedem dni, wyobrażasz sobie? Mieliśmy tak mało taśmy, że musiał wystarczyć jeden dubel techniczny i jeden dubel aktorski. Nie można się było pomylić. "Jańcio Wodnik" to z kolei polski Kusturica. Film, który w dużym stopniu stworzył kino Kolskiego. Obejrzałam "Jańcia..." niedawno, po wielu latach przerwy; dobrze mi się oglądało. Myślę, że film ma pewne słabości, ale jest odrębnym zjawiskiem w polskiej kinematografii. Tam była znakomita atmosfera na planie. Kino rynkowe, producenckie dopiero raczkowało, i to był może ostatni moment, kiedy dla nikogo nie liczyły się jeszcze pieniądze. Wokół Janka pojawiła się grupa pasjonatów, dla których liczył się tylko film.

To był rzeczywiście stały team: grupa aktorów - z tobą, Franciszkiem Pieczką, Mariuszem Saniternikiem, a potem jeszcze z Krzysztofem Majchrzakiem na czele - kompozytor Zygmunt Konieczny, operator Piotr Lenar. Wszyscy o was pisali, mówili. Filmy Kolskiego były zapraszane do Wenecji i Cannes. Rzadko się dzisiaj o tym wspomina.

- Mariusza Saniternika, muszę przyznać, sama odkryłam podczas spektaklu "Słobodzianka" w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Mówię do męża: "Jasiek, musisz go zobaczyć. To jest Pasiasia z Pogrzebu kartofla". Zobaczył i obsadził w swoim debiucie fabularnym. Kiedy pojawiliśmy się w Cannes z "Pogrzebem...", nikt nie dbał o promocję filmu, nikt się nami nie zajmował. Już na miejscu z Jaśkiem i z Piotrkiem Lenarem robiliśmy jakieś ulotki na ksero i wkładaliśmy do boksów dziennikarskich. Z jednej strony wielki świat, największy festiwal w Europie, z drugiej pełna partyzantka.

Filmy Kolskiego oglądało się w latach dziewięćdziesiątych zrywami, tym bardziej że kręcił jak szalony. Nawet dwie fabuły w ciągu roku, do tego dochodziły jeszcze widowiska telewizyjne, teledyski. Był na ustach wszystkich i każdy chciał o nim mówić.

Dla mnie kino Jana Jakuba, a także rola, jaką odgrywała w nim Grażyna Błęcka-Kolska, znaczyły bardzo dużo, ponieważ były w pewnym sensie filmową inicjacją. Być może jedną z wielu, ale niezmiernie ważną. Doskonale pamiętam tamte nastoletnie euforie.

Najważniejszy był oczywiście "Jańcio Wodnik", tuż za nim "Pograbek", a potem debiutancki - odkryty przeze mnie dopiero kilka lat po "Jańciu..." - "Pogrzeb kartofla", i dalej "Cudowne miejsce" (po premierze byłem sceptyczny, ale dziś uważam, że to jeden z najważniejszych filmów w dorobku Kolskiego). Pamiętam pierwsze wyjazdy na festiwale, pierwsze wywiady.

W 1993 roku, jako laureat gdańskiego Konkursu Wiedzy o Filmie, pojechałem do Łagowa na Lubuskie Lato Filmowe. Jan Jakub przyjechał z żoną i córką. Pokazywali "Jańcia Wodnika". To była jedna z pierwszych zawodowych rozmów w moim życiu, wywiad dla tarnowskiego miesięcznika "Tarniny".

Siedzieliśmy w słynnym łagowskim Zamku, przez lata centrum dowodzenia wakacyjnej integracji środowiska filmowego w Polsce, w cieniu Baszty. Obaj dobrze zapamiętaliśmy tamto spotkanie. Jan Jakub Kolski mówił mi wtedy: "Świat jest w swojej emanacji tak różnorodny, że możemy poznać zaledwie fragment, urywek. Nie ma powodu, żeby opowiadać o świecie nierozpoznanym; lepiej, gdy chcemy mówić o tym, który jest nam bliższy. Ja właśnie troszczę się o to, żeby mój widz w »mój świat« uwierzył. Żeby jednak przekonać widza, nie wystarczą zwykłe umiejętności zawodowe, których się nabywa w szkole filmowej, trzeba samemu ten świat rozpoznać. I ja go rozpoznałem. A że jest to wieś, to właśnie o niej chcę opowiadać.

Na szczęście mam widzów dla swoich filmów - widzów, którzy chcą wierzyć w ten świat, którzy się w nim dobrze czują. A nie jest to przecież świat w potocznym rozumieniu normalny. Są tam postaci mitologiczne i realne, cuda w tym świecie przeganiają się z normalną rzeczywistością. Zresztą moje filmy nie są filmami wiejskimi, nie są filmami o wsi, lecz tam się rozgrywającymi. Wieś stanowi zatem tylko rodzaj dekoracji, która daje możliwość mówienia szeptem. Ja w ogóle nie lubię mówić głośno, krzyczeć. Mówiąc szeptem, w moim mniemaniu, mówimy uważniej i dokładniej.

W filmie kręconym w mieście po prostu trzeba mówić głośniej i to tuszuje sedno tego, co naprawdę mamy do powiedzenia. Wieś to rodzaj dekoracji bez szumu, dlatego moje filmy są z horyzontem, z tajemnicą. Poza tym ja lubię pokazywać swój świat albo z bardzo wysoka, albo z niska. Próbując ustawiać nisko kamerę w mieście, zobaczyłbym nogi, koła samochodów, fasady budynków. Gdybym zaś ustawił kamerę wysoko, miasto pokazałoby mi dachy. Na wsi natomiast zobaczyć można horyzont - gdy ustawiam kamerę nisko, widzę rośliny, zwierzęta, a kiedy ustawiam kamerę bardzo wysoko, widzę cały świat".

Pytałem dalej: "Jańcio Wodnik w ostatniej sekwencji na pytanie swojej żony Weronki, czy warto było czekać pięć lat na cofnięcie czasu, wiedząc, że jest to niemożliwe, odpowiada twierdząco. Wydaje mi się, że pańskie filmy są właśnie taką Jańciową próbą cofnięcia, zatrzymania czasu. Uchwycenia na taśmie filmowej klimatu małych społeczności dręczonych wielkimi problemami".

I usłyszałem: "Tak to jest istotnie. Tylko proszę zauważyć, że w tych »małych ojczyznach« przegląda się cały świat, jak w lustrze. Pan Bóg z równym brakiem troski pilnuje wszystkich miejsc na świecie - tych małych i tych dużych. To dlatego w takich małych miejscach w moich filmach rozgrywają się tak wielkie dramaty. Pańskie pytanie skłoniło mnie zresztą do jeszcze jednej refleksji. Politycy nie dają sobie żadną miarą rady z naprawianiem świata, zatem powinni to za nich zrobić artyści.

Oczywiście za jednym zamachem nie da się naprawić świata. Trzeba go naprawiać pomalutku i myślę, że artyści mogą to zrobić - każdy z osobna, po trochu, naprawiając go w swoim filmie, książce, w swojej muzyce. Mam nadzieję, że moja córka będzie żyła już w lepszym świecie".

Dwadzieścia trzy lata później na festiwalu w Jeleniej Górze prowadziłem spotkanie z Janem Jakubem Kolskim. Podczas rozmowy z publicznością, po projekcji filmu "Serce serduszko", reżyser mówił: "Ten film w jakimś stopniu mnie uratował, praca mnie uratowała. Stracić dziecko to znaczy stracić wszystko". Potem usiedliśmy na chwilę w klubie festiwalowym.

Zapytałem: "Panie Jakubie, pamięta pan nasze pierwsze spotkanie, wiele lat temu, w Łagowie?".

"Pamiętam. Zuzia była z nami".

***

Grażyna Błęcka-Kolska wystąpiła w zdecydowanej większości projektów Jana Jakuba Kolskiego. To miało przede wszystkim dobre, ale także złe strony. Uznanie krytyki i widzów, ale i pewne ograniczenie emploi do ról zagubionych dziewczyn ze wsi, w barchanach, lnianych koszulach, z wiankiem we włosach.

Magdzie Jaros-Kropidłowskiej z "Twojego Stylu" tłumaczyła: - Nie ma kina wiejskiego, tak jak nie ma miejskiego. Są tylko historie o ludziach.

Przełomem była rola w "Pornografii". Grażyna pokazała, że aktorsko świetnie czuje się w roli kobiety dojrzałej, spełnionej i świadomej swojej kobiecości. Już nie rustykalna baba-dziwo, tylko neurotyczna szlachcianka, oderwana od rzeczywistości, przyklejona do gustownej buteleczki z alkoholem.

Chociaż Kolski zdominował jej filmografię, to gdy dobrze poszukać, można znaleźć kilka niespodzianek. Zagrała na przykład w "Hotelu", dyplomowej etiudzie Karoliny Bielawskiej, autorki znakomitych dokumentów, w tym głośnego "Mów mi Marianna".

- Dla mnie udział w Hotelu był ważny również dlatego, że w Karolinie odnalazłam nie tylko wrażliwego artystę, ale i świetnego człowieka.

W 2000 roku Andrzej Wajda zaprosił ją na plan filmu "Wyrok na Franciszka Kłosa" według powieści Stanisława Rembeka. To bodaj jedyny w polskim kinie ślad fenomenu, jakim dwie dekady temu był manifest Dogmy proklamowany między innymi przez Larsa von Triera i Thomasa Vinterberga. Błęcka-Kolska ma na koncie kilkadziesiąt ról filmowych - w fabułach, serialach, etiudach, krótkich metrażach. Grała i u debiutantów, i u mistrzów: Skolimowskiego, Krzystka, Wosiewicza, Dejczera, Wojtyszki.

***

Dzieciństwo spędziłaś w miejscowości o pięknej, nieco tajemniczej nazwie Kolumna - wypoczynkowej dzielnicy Łasku, na trasie z Łodzi do Wrocławia. Nie tylko nazwa jest piękna, również okolice. Wszędzie zielono. Zespół przyrodniczo-krajobrazowy Kolumna-Las to najstarsza tego typu forma ochrony przyrody w województwie łódzkim: trzysta sześćdziesiąt pięć hektarów lasów z wyróżniającym się starodrzewem sosnowym oraz historyczną drewnianą zabudową letniskową. Ta zabudowa to wielkiej urody domy z wymyślnymi wieżyczkami, rozległymi tarasami, oryginalnymi łukami.

- Kolumna to rzeczywiście piękna miejscowość usytuowana w sosnowym lesie, zaprojektowana w latach dwudziestych przez najlepszych architektów. W Kolumnie po wojnie zatrzymywały się transporty ze Wschodu. Wysiadali tam przesiedleńcy z Wilna, wśród nich moja babcia Wiktoria Plawgo, która przyjechała jednym z ostatnich transportów - z synami Piotrem i Pawłem oraz moją mamą Leonardą. Mój tata, Konstanty Błęcki, poznał mamę właśnie w Kolumnie.

Dzieciństwo wspominam bardzo zmysłowo. Truskawkowe pola, jak z piosenki Beatlesów, albo zbierane w lesie jagody, potem jedzone z cukrem. Język był cały fioletowy, fioletowy albo granatowy. Latem siadywałyśmy z koleżankami nad rzeką Grabią, czas się wydłużał, zdawał się nie mieć końca. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam fascynację kościołem, ale to chyba nie była kwestia wiary, tylko dotknięcia czegoś niesamowitego. Rodzaj iluminacji.

Kolegiata w Łasku to stare tajemnicze obrazy i siostra zakonna Mariola grająca na organach Bacha - to było misterium. Druga moja ucieczka: świat przyrody, natura. W Kolumnie wystarczyło zamknąć drzwi, przejść kilka kroków i już można było funkcjonować w innym, lepszym świecie drzew, zwierząt, pohukiwań, pomrukiwań.

Myślę, że tam zbudowałam swoją tożsamość, właśnie w Kolumnie. Chodzi nie tylko o las, ale też o drewnianą architekturę. Kolumna przypomina trochę podwarszawski Świder, szlachetne drewniane domy na linii otwockiej. Przed wojną to było miejsce, do którego przeprowadzali się ludzie z Łodzi czy z Pabianic. Piękne widoki, świeże powietrze, kontakt z naturą. W willach mieszkali Żydzi, Polacy, trochę Niemców i Rosjan. Styk kultur, koegzystencja. No a potem, wiadomo, wybuchła wojna. I koniec szczęścia.

Jako dziewczynka intuicyjnie czułam, że chcę robić coś więcej niż moi rówieśnicy. Szukałam siebie. Zapisywałam się na wszystkie możliwe kursy - malowałam i robiłam lalki, śpiewałam, rysowałam, uprawiałam sport. Dokądś na pewno mnie gnało, choć nie wiedziałam jeszcze dokąd.

Aktorstwo też mnie fascynowało, może nawet nie tyle samo aktorstwo, ile wiersz, poezja, recytacja. Zapisałam się do kółka recytatorskiego w Łaskim Domu Kultury, prowadzonego przez pana Wiktora Jarzębskiego. Do dzisiaj pamiętam jego uwagi.

Mówił mi na przykład: "Powiedz ten tekst tak, jakbyś biegła przez szpitalny korytarz - nocą, w ciemności". To do mnie trafiało. To właśnie pan Jarzębski namówił mnie, żebym pojechała na tak zwane dni otwarte do Szkoły Filmowej w Łodzi. Byłam wtedy zupełnie zielona. Telewizora się nie oglądało, bo nie było czego oglądać - dwa programy zaledwie, marny repertuar. Moim jedynym oknem na świat było kino. W Kolumnie mieliśmy kino Leśne, a w Łasku aż dwa kina - Bałtyk i Garnizonowe. Dzisiaj nie ma po nich śladu. Jednym słowem, o aktorstwie miałam pojęcie dosyć mgliste.

Twoje lata studiów to stan wojenny, początek bojkotu aktorskiego, zupełny marazm w kinie i w teatrze.

- W stanie wojennym wydział na jakiś czas zamknięto. Potem wróciliśmy do zajęć. Musieliśmy rozmawiać o polityce, na pewno były jakieś dyskusje, ale przede wszystkim ciężko się pracowało. Od rana do nocy. W nocy zresztą też. Mieszkałam w akademiku na drugim końcu Łodzi. Po wieczornych czy nocnych zajęciach wracaliśmy pieszo, bo autobusy już nie jeździły, a na taksówki nie było nas stać. W pokojach byliśmy o pierwszej lub drugiej w nocy.

A rano: świeża bułka i mleko ze sklepu i pędem na zajęcia. I ciągle zajęcia, od rana do wieczora. Nie pamiętam, żeby w tym czasie polityka była na pierwszym miejscu, ja tego nie czułam, być może byłam zbyt młoda, za mało doświadczona. Ważyłam wtedy czterdzieści siedem kilogramów, miałam blond włosy do pasa - po prostu dziewczyneczka, chucherko takie.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje