Reklama

Reklama

"Godzinami rozgryzam detale"

Główna twarz „Faktów” TVN poprowadzi jedno z najdonioślejszych wydarzeń telewizyjnych roku – wieczór wyborczy. Dziennikarka, która przed laty relacjonowała tragedię WTC, rozmawia z nami o stylu pracy, który jej odpowiada, stresie, marzeniach, byciu matką i... ulubionym reżyserze.

Profesjonalny dziennikarz musi mieć w sobie coś z aktora. Tak czy nie?

Reklama

Justyna Pochanke: - Lepiej, żeby był dziennikarzem, niż żeby go grał. Wolę autentyczne zainteresowanie, prawdziwe zaangażowanie, ciekawość. Aktorski talent wymaga zmian i masek, które wyglądają jak prawdziwe twarze. Tymczasem dziennikarz to pewna stała. Jasne, że musi umieć opanować nerwy, pokonać tremę, pracować głosem. Nie powinien jednak grać.

Prowadzenie wieczoru wyborczego to coś, co można porównać do wielkiej improwizacji. Informacje spływają nieoczekiwanie, reagować trzeba szybko, spontaniczne. Nie da się stworzyć brudnopisu, niczego naszkicować ani przetrenować w domu. Podoba się to pani, czy woli pani pracę w trybie przemyślanym i zaplanowanym, gdzie wszystko jest dopięte na ostatni guzik?

- Zdecydowanie wolę improwizację - nawet jeśli jest niewielka. To przecież większa frajda, niż odczytywanie kolejnych linijek tekstu. Dzięki temu program pędzi, myśli galopują, budzą się fajne emocje. Mobilizuje mnie to, dopinguje, cieszy. Zmusza do błyskawicznych reakcji, szybkich point i ripost. Tak, to właśnie lubię najbardziej.

Była pani świadkiem narodzin TVN 24. Relacjonowała na gorąco tragedię WTC. Coś takiego pozostaje w pamięci. Dla dziennikarza ważne są raczej wspomnienia, czy wyzwania? Sukcesy i porażki, z których się uczy, czy zdobywanie nowych lądów dzięki temu, co dopiero ma przyjść?

- Są takie kamienie milowe, których nie zapominam. Start stacji, o której mówiono, że nigdy nie wyjdzie z laptopa. WTC - bo tego się nie da zapomnieć, póki głowa nieźle funkcjonuje. Śmierć Jana Pawła II - bo to jedna z najniezwyklejszych chwil, które relacjonowałam jako dziennikarz i przeżywałam jako człowiek. Nie zapominam, ale też nie rozpamiętuję ich ponad potrzebę. Raczej wspominam, czasami uświadamiając sobie przy okazji, ile już lat minęło na antenie. Dziennikarstwo newsowe nie pozwala jednak zatrzymać się na dłuższą chwilę, bo już nowe wydarzenia, kolejne chwile czekają, aż je opowiem.

Jest pani gospodynią "Faktów" TVN. Potrafiłaby pani wymienić trzy powody, dla których właśnie ten program informacyjny jest lepszy, ciekawszy od innych?

- Powodów jest trochę więcej niż trzy, a nawet więcej niż pięć. Po pierwsze, to zespół reporterów. Niezawodnych. Błyskotliwych. Dociekliwych. I dowcipnych. Mocny zespół. Są najmocniejszą stroną "Faktów". Może jestem twarzą. Może głową. Ale bez nich czuję się jak bez ręki.

A coś, co panią w pracy dziennikarskiej stresuje? Co zmieniłaby pani, gdyby mogła? Może jej szalone tempo? Nadmiar adrenaliny i wynikające stąd bezsenne noce?

- Bezsenne noce faktycznie się zdarzają, bo to jest praca, którą trudno zostawić za drzwiami. Niełatwo wyrzucić ją z głowy, a kiedy w głowie się kłębi - bardzo trudno zasnąć. Antenowe rozmowy prowadzę nie raz jeszcze przez wiele godzin po zejściu z wizji. Sama ze sobą. Przeżywam je. Inaczej się chyba nie da, albo ja inaczej nie umiem. Mam wrażenie, że łatwiej zmienić zawód niż sposób uprawiania go.

Pamięta pani, jakie marzenia i plany na przyszłość miała uczennica renomowanego warszawskiego liceum im. Batorego? A studentka, która pojechała na Sorbonę? Z tych marzeń któreś się spełniło?

- Marzyłam, by zostać aktorką. Ale krótko. I chyba niezbyt intensywnie. Wiedziałam, że lubię mówić, opowiadać, komentować... Pamiętam, jak babcia żartowała: "Wnusiu, żeby ci jeszcze kiedyś za to twoje gadulstwo zechcieli płacić". Dziennikarstwo było bardziej pomysłem niż marzeniem. Kiedy chodziłam do liceum, nie było jeszcze wolnych mediów, za to im bliżej matury, tym robiło się gęściej politycznie. I ta polityka zaczęła mnie wciągać. Jeśli zmiksować wrodzoną gadatliwość, rosnącą świadomość, rozpolitykowanie i pewną śmiałość w występach publicznych, wychodzi... dziennikarstwo.

Załóżmy, że może pani cofnąć się w czasie i raz jeszcze wylądować jako 15-latka w Batorym. Jest coś, co by pani zmieniła?

- Nie. Niczego bym nie zmieniała. I to jest chyba najfajniejsze. W dodatku wcale nie chciałabym się cofać do poziomu 15-latki. Nie zdałabym obowiązkowej matury z matematyki (śmiech).

Pani patent na bycie sprawnym, lubianym dziennikarzem to...?

- Już samo stwierdzenie "patent na bycie lubianym" jest mi dość dalekie. Przygotowuję się najuważniej, jak umiem, czasem godzinami rozgryzam detale. Bardzo ważne jest dla mnie to, by umieć pytać.

Jak się to robi?

- Umieć pytać to znaczy czasem znać odpowiedź, żeby nie dać się nabić w butelkę, czasem przerwać, czasem skontrować, a czasem po prostu uważnie wysłuchać. Robię wszystko, by nie musieć się nigdy wstydzić. Charakter mam dość stanowczy, głos zdecydowany. Jedni to we mnie lubią i cenią, inni... nie.

Da się być superprofesjonalistką z jednej strony i dobrą matką oraz żoną z drugiej?

- Nie jestem super. Ale pracę mam fajną, a rodzinę fantastyczną, chyba więc udaje mi się pogodzić kilka ról.

Gdyby mogła pani zagrać w filmie, u jakiego polskiego reżysera wystąpiłaby najchętniej?

- U Jana Jakuba Kolskiego.

Z jakim aktorem u boku?

- Z Januszem Gajosem.

Sięgnijmy dalej, za granicę. Quentin Tarantino to nadal pani ulubiony twórca? Ktoś mu u nas dorównuje?

- Mamy kilku świetnych reżyserów, ale Tarantino jest nie do podrobienia. Nikt z takim wdziękiem nie wylewa hektolitrów ketchupu na ekranie, nikt z taką wizją i fantazją nie mówi o rzeczach ważnych. Proszę pomyśleć o filmie "Django": jest poruszający, choć o niewolnictwie powiedziano już wszystko. Albo o "Bękartach wojny" ze wstrząsającą sceną żydowskich oczu, obserwujących przez szparę w podłodze Hansa Landę (Christoph Waltz). A "Kill Bill"? Jeden z najmocniejszych filmów o miłości, takiej na śmierć i życie.

Wróćmy do przeszłości. Jaki był najdonioślejszy moment w pani karierze? Początki u Andrzeja Woyciechowskiego? Coś innego?

- Tak naprawdę wszystko zaczęło się w radiu, więc chwała mu za to. W telewizji to kilka wielkich wydarzeń, które spadały na nas znienacka, takich jak 11 września w Stanach czy pożegnanie Jana Pawła II. Obok tych zawodowych sprawdzianów i wyzwań były jeszcze okazje do niezwykłych spotkań. Gdybym miała dziś mówić o ludziach, którzy stanęli na mojej drodze niczym drogowskazy, byliby to Andrzej Woyciechowski, Mariusz Walter, mój mąż Adam Pieczyński oraz ukochany mistrz słowa i czynu Władysław Bartoszewski. Dzięki takim drogowskazom wiem, że idę we właściwym kierunku.

19/2015 Tele Tydzień

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje