Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ewa Farna: Dziewczyna z zasadami

Pierwsza płyta w wieku 13 lat. Koncerty, tysiące fanów, pieniądze. Jak się nie zepsuć? W domu Ewy Farny prawo stanowił tata: najważniejsza była szkoła. Pieniądze szły na lokatę, a artystka dostawała kieszonkowe. Na koncerty jeździła z rodzicami. "Jestem dziewczyną z zasadami", mówi dzisiaj 24-letnia Ewa. Trzeba jej wierzyć, bo nie ma żadnych ekscesów, szpanu na Instagramie. Niedawno, w tajemnicy, wzięła ślub. Teraz marzy o tradycyjnej rodzinie i domu na wsi. Czy to jest oldskulowe?

Trudno się z nią umówić. Ciągle w rozjazdach, w Polsce, w Czechach, bo w obu krajach jest gwiazdą. Spotykamy się po sesji zdjęciowej do "Twojego STYLU". Błyskawicznie nawiązujemy kontakt, Ewa jest bezpośrednia, przyjacielska, otwarta. Ale gdy próbuję wypytać o jej związek, czuję, że mnie zbywa. Trzy dni później internet huczy od plotek: Farna wzięła ślub! Na Facebooku jest teraz Ewą Chobot. Nikomu nie powiedziała, że wychodzi za mąż, zrobiła to po cichu, bez błysku fleszy, po swojemu. Jak wszystko.

Reklama

Dlaczego mieszkasz w Pradze, a nie w Warszawie?

- Warszawa była moim domem przez rok, tu studiowałam. Kiedy przerwałam naukę, przeniosłam się do Pragi, gdzie mieszkał wtedy mój menedżer i zespół. W Pradze odbywały się próby, stamtąd wyjeżdżaliśmy na koncerty.

Pytam, bo mówisz, że jesteś Polką.

- Jestem Polką z czeskiego Zaolzia - to pogranicze Czech i Polski. Mieszka tam kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Mamy polskie szkoły, sklepy, imprezy. Mówimy po polsku i czesku, ale najczęściej po "naszymu", czyli w gwarze cieszyńskiej. W tym języku myślę. Gorzej z pisaniem, bo nigdy nie został usystematyzowany. Tata się denerwuje, gdy wysyłam do niego esemesy "po naszymu". Uważa, że zasady są ważne, do niego piszę więc po polsku. Z zachowaniem gramatyki.

Tata jest surowy?

- Tak. Kiedyś nie podobało mi się, że tyle ode mnie wymaga, wyznacza granice, każe zajmować się obowiązkami, a dopiero potem przyjemnościami. Dzisiaj jestem mu za to wdzięczna. To tak jak z nauczycielami: w szkole lubisz tych, którzy na wszystko pozwalają. Po latach w pamięci zostają tylko ci, którzy byli ostrzy i wysoko podnosili poprzeczkę.

A mama? Łagodziła domowe obyczaje?

- Jest moją przyjaciółką. Zawsze mogłam powiedzieć jej o wszystkim bez lęku, że będzie awantura. Mój dom był ciepły, kochający, zwyczajny. Wciąż słyszałam: "Nie jesteś pępkiem świata. Masz jeszcze brata i siostrę". W domu nie byłam gwiazdą, tylko siostrą, która musi opiekować się młodszym rodzeństwem. Szczerze nie znosiłam się z Adamem, biliśmy się, szarpał mnie za włosy. Między mną a Magdalenką jest duża różnica wieku, 13 lat. Pamiętam, jak odbierałam ją z przedszkola. Nie rozumiała, dlaczego koleżanki podbiegały do mnie i prosiły, żebym dała im autografy. Musiałam tłumaczyć, że znają mnie z telewizji i radia. Uznała najwidoczniej, że powinna mnie chronić, bo gdy pojechałam po nią kolejny raz, podbiegła do samochodu i krzyknęła: "Nie idź tam, one już czekają!".

A czyj to był pomysł, żebyś została piosenkarką?

- Miałam dziesięć lat, gdy nauczycielka powiedziała, że Maryla Rodowicz zagra koncert w Czechach i będzie konkurs. Kto zaśpiewa najlepiej jej piosenkę, wystąpi wieczorem z Marylą. Tata wybrał utwór "Chcę do Bodzia" i powiedział: "Skoro cała nasza wioska tam będzie, trzy tysiące ludzi, potrenuj w domu". Chyba się bał, że przyniosę mu wstyd! Ale ja nie wyobrażałam sobie, że miałabym stanąć przed mamą, tatą i rodzeństwem i zacząć śpiewać. Dopiero wtedy zjadłaby mnie trema.

Nie bałaś się, że dopadnie cię przed tysiącami ludzi na konkursie?

- Nie. Weszłam na scenę i zaśpiewałam, w ogóle nie czując strachu. Łatwiej było wystąpić przed anonimowym tłumem niż przed rodzicami. Konkurs wygrałam i wystąpiłam z Marylą. Spodobało mi się. Na scenie byłam w swoim żywiole. Namówiłam mamę i tatę, żeby pozwolili mi wziąć udział w jeszcze jednym konkursie. Dostałam nagrodę publiczności. W jury był producent wytwórni płytowej, zaproponował współpracę. Rodzice przez rok siedzieli nad umową, tak poważnie brzmiał każdy jej punkt. A ja miałam wtedy tylko 12 lat! Miesiąc po 13. urodzinach w Czechach wyszedł mój pierwszy singiel.

Kontrakt dla nastolatki to musiało być coś!

- E tam. Wszystko podpisywał tata, bo byłam niepełnoletnia. Nawet nie miałam świadomości, co to znaczy "kontrakt". Z początku nikt w domu nie traktował mojego śpiewania poważnie. Przez kilka miesięcy rodzice codziennie pytali, czy naprawdę chcę to robić. Może znudzi mi się po roku? A umowa miała obowiązywać obie strony pięć lat. W przypadku nastolatki to szmat czasu, prawie wieczność. "Ewa, cieszę się, że cię to bawi, ale czy będzie cię to bawić dłużej niż pianino?", pytał tata.

- Miał rację. Gdy byłam dziewczynką, zamarzyła mi się gra na pianinie, ale po roku znudzona chciałam przerwać lekcje. Mama była nieugięta: "Skoro się zdecydowałaś, skończ". Grałam sześć lat i dopiero wtedy powiedziałam rodzicom, że to nie dla mnie. Tata więc przestrzegał: "Pomyśl, w piątek będziesz chciała pójść z koleżankami do kina. Odmówisz im, bo następnego dnia będzie koncert? Wstaniesz o piątej i pojedziesz do innego miasta?". Zapewniałam, że dam radę. Rodzice mi zaufali. Kontrakt został podpisany.

Wyjazdy, koncerty, praca w studiu nagraniowym. A co ze szkołą?

- Tata od razu powiedział, że nauka musi być na pierwszym miejscu aż do matury. To był warunek. Na dodatek w tamtym czasie oprócz lekcji miałam treningi narciarskie, specjalizowałam się w slalomie, startowałam w zawodach. Plan dnia był napięty: o szóstej stałam na stoku, po treningu biegłam do szkoły, choć i tak czasem nie zdążyłam na pierwszą lekcję. Po południu jechałam na koncert. Wracałam w nocy, a rano często powtórka: stok, szkoła, lekcje. Spałam po pięć godzin na dobę. Na nudniejszych lekcjach zdarzało mi się przysnąć. Na szczęście nauczyciele byli wyrozumiali. W końcu postanowiłam zrezygnować z nart, ale i tak było ciężko. Na szczęście w szkole średniej dyrektor pozwolił mi na indywidualny tryb nauki. Odetchnęłam.

Rodzice nie bali się, że wciągnie cię show-biznes? Alkohol, narkotyki, nocne życie?

- Tata wszędzie mi towarzyszył. Kiedy w wieku 15 lat poczułam się już dorosła i chciałam jeździć na koncerty z zespołem, powiedział kategorycznie: "Wybij sobie z głowy, że będziesz znikała na weekend z pięcioma facetami". Poświęcił się, żebym mogła realizować marzenia. Prowadzi z mamą firmę, więc łatwiej mu dysponować czasem, ale w domu mam przecież dwójkę rodzeństwa. Magdalenka miała roczek, kiedy zaczęłam koncertować. Pamiętam, że raz tata nie mógł ze mną jechać, więc mama zabrała moją siostrzyczkę i wybrała się ze mną w trasę. Cztery godziny drogi do Pragi, ja uczę się tekstów piosenek, Magdalenka płacze z tyłu, bo jest głodna. Mama karmiła ją jeszcze piersią, robiłyśmy więc postoje na stacjach benzynowych. Szaleństwo! Nigdy nie usłyszałam od rodziców pretensji, nie wypominali mi, że moja kariera kosztowała ich kawał życia. Nie oczekują wdzięczności, ale ja ją czuję. Staram się ich nie zawieść.

Nigdy nie miałaś dość, nie chciałaś pobyczyć się przed telewizorem, spotkać z dziewczynami, posiedzieć na boisku?

- Wiele razy. Wracałam zmęczona z koncertu, następnego dnia chciałam gdzieś iść z koleżanką, ale najpierw musiałam posprzątać pokój. "Pójdziesz za godzinę, jak zrobisz wszystko", mówiła mama. Może dzięki temu nie poprzewracało mi się w głowie. Gdy słyszysz swoje imię wykrzykiwane przez półtora tysiąca osób, zaczynasz sądzić, że jesteś kimś wyjątkowym. Wracasz do domu i dowiadujesz się, że masz odkurzyć podłogę. To pionizuje. Tata jest też moim doradcą w sprawach finansowych, więc nie mogę nawet zaszaleć na zakupach i poczuć się jak celebrytka.

Pamiętasz swoje pierwsze honorarium za koncert?

- Wiem, że było. Pieniędzmi zajmował się tata. Jest z wykształcenia ekonomistą, zna się na tym. Przelewy szły na moje konto, ale ponieważ nie byłam pełnoletnia, nie mogłam nim dysponować. Do 18. roku życia dostawałam kieszonkowe. Musiało wystarczyć na bilet na autobus, na obiad w szkole i na telefon. Ubrania, buty, kosmetyki kupowali rodzice. W osiemnaste urodziny tata powiedział: "Od teraz masz dostęp do konta. To są twoje pieniądze, możesz zrobić z nimi, co chcesz". Ale ja nie chciałam nimi zarządzać. "Tato, robisz to dobrze, ufam ci. Chyba możesz nadal mi pomagać?", zapytałam. Zostało po staremu. Tata inwestował, zakładał lokaty. Raz tylko zapytałam: "Chciałabym kupić samochód. Mogę sobie pozwolić?". Powiedział wtedy, że to dwie różne sprawy, na jakie auto mogę sobie pozwolić, a jakie powinnam kupić. Wybrałam zwykłego volkswagena. Gdy byłam starsza, tata opowiadał mi o finansach. Sugerował, że powinnam zacząć podejmować finansowe decyzje. Uczył mnie gospodarności.

Czytałam, że w wakacje zarobiłaś milion siedemset tysięcy za 40 koncertów.

- Koncertów było więcej, ale suma jest wyssana z palca. Ludzie mylą obrót z zyskiem, a to różnica. Musimy pokryć wiele kosztów, koncert to produkcja, przy której zatrudnionych jest dużo osób. To, co zostaje dla mnie, nie ma nic wspólnego z kwotą, która pojawiła się w gazecie.

Na co wydajesz najchętniej?

- Nie uważam się za osobę rozrzutną. Jeżeli mogę sobie pozwolić na zakupy, najczęściej wydaję na muzykę i filmy. Kupuję wszystkie płyty! Sporo kosztuje mnie jedzenie, gotuję z dobrych produktów, bo uważam, że to, co jemy, ma wpływ na nasze zdrowie. Co do inwestycji, zachowuję się racjonalnie i oszczędzam, nigdy nie wiem, kiedy moje śpiewanie ludziom się znudzi.

Prowokujesz. Jakbyś nie miała dość, że media wciąż zajmują się twoją figurą: Farna schudła, Farna przytyła.

- Co mnie to obchodzi? Wiem, kiedy czuję się zdrowo, kiedy przesadzę. Poza tym nie jestem otyła, nie noszę tylko "rozmiarów szołbiznesowych". Nagrałam nawet w Czechach utwór, w którym śpiewam, że mam biodra jak szafa. To moja odpowiedź na pytania dziennikarzy. Najpopularniejsza piosenka w mojej karierze! W Czechach, które liczą 10 milionów obywateli, ma 20 milionów odtworzeń.

Wygląd w show-biznesie jest ważny?

- Na pewno. Jak przejrzysz Instagrama, zorientujesz się, że istnieje grupa dziewczyn, które żyją tylko z tego, że są piękne. Ludzie chcą je oglądać, pojawiają się więc kontrakty reklamowe i czasem spore pieniądze. Moim zdaniem to chore. Wrzucam post, że nakręciłam teledysk, komentuje to kilka osób. Publikuję fotografie z sesji zdjęciowych i nagle pojawiają się tysiące lajków. Pocieszam się jednak, że ludzie, którzy kupują bilety na mój koncert, przyszli posłuchać mnie na żywo, a nie jedynie obejrzeć. To tylko jakiś dziwny trend w wirtualnym świecie.

Nigdy nie chciałaś mieć rozmiaru 34?

- Nie. I czuję się zmęczona tymi pytaniami. Ludzie obserwują mnie od 14. roku życia, ale pytają: "Ewa, kiedy będziesz wyglądała jak na początku kariery?". Odpowiadam: "Nigdy, bo już nie będę dzieckiem". I serio: skończmy z tym tematem. Mam wiele innych rzeczy do powiedzenia!

I nigdy nie powiesz "Farna, powinnaś poprawić piersi"? Twoje koleżanki są "zrobione".

- Nie potrzebuję mieć sztucznych piersi albo ust, bo nie byłabym wtedy sobą. Jedyna ingerencja w naturę to... doczepione włosy. Śmiejemy się z bratem, że za dużo wyrwał mi tych własnych w trakcie dziecięcych bitew. Naprawdę chodzi o to, że lubię na scenie potrząsnąć czupryną. Nie przesadzam z ulepszaniem siebie także dlatego, że nie zgadzam się z tezą: chcesz być lubiana, musisz być idealna. Niedoskonałość bywa piękna. Vanessa Paradis nie byłaby Vanessą, gdyby nie miała przerwy między zębami. Cara Delevingne nie byłaby sobą bez szerokich brwi. Fankom daję komunikat: akceptujcie siebie. Ja tak robię.

Rozebrałabyś się dla "Playboya"?

- Nie. Moje nagie ciało należy do mojego faceta. Jestem otwarta i dzielę się ze światem wszystkim: muzyką, myślami, ale nagie ciało jest dla mnie i dla mężczyzny, którego kocham. No widzisz, wyniosłam się daleko, a dalej jestem Ewą z Wędryni, wioski pod Trzyńcem.

Tęsknisz za tą wioską?

- Najbardziej za widokiem z okna na pola i łąki. Za ciszą jak makiem zasiał. Odgłosami natury. Kiedyś wróciłam nad ranem z koncertu, chciałam zasnąć, a u sąsiada krowa cieliła się przez osiem godzin. Ciągłe muczenie. Do szkoły poszłam zmęczona. Ale dziś brakuje mi tego spokoju i muczącej krowy, zamiast niej mam tramwaje. Kiedyś na pewno wyprowadzę się na wieś.

Na razie spokój ci nie grozi, bo ciągle jesteś w podróży, kursujesz między Pragą a Warszawą. Nie męczy cię to?

- Znam chyba wszystkie stewardesy! Kiedy byłam jurorką w Idolu, latałam do Polski co tydzień. Teraz staram się tak organizować zajęcia, żeby przylecieć na kilka dni i wszystko załatwić. Nie przepadam za lataniem, a można powiedzieć, że jestem kobietą w drodze. Koncerty gram w całej Polsce. Pociąg, bus, bywa, że jestem w trasie 12 godzin. Dla głosu zabójcza jest też klimatyzacja. Struny głosowe to mięsień, który potrzebuje regeneracji. Kiedyś, gdy niemal przestałam mówić, Karel Gott poradził mi: twoje struny głosowe muszą się wyspać. Zalecono mi terapię: nazywa to się po czesku hlasový klid, czyli spokój dla głosu. Przez tydzień nie możesz się odezwać. Wszystko załatwiałam esemesami. Ale struny się zregenerowały. Ludzie myślą, że muzycy ciągle imprezują, alkohol leje się strumieniami. W moim przypadku to nie wchodzi w grę właśnie ze względu na głos. Po koncercie grzecznie idę do łóżka.

Kiedyś miałaś wpisany w kontrakcie punkt, że wszystko ma być zgodnie z Dekalogiem. Wciąż go masz?

- Tak. Jestem dziewczyną z zasadami. Wierzę w wartości rodzinne, miłość. Moi rodzice też je wyznają i są ze sobą od 27 lat, wychowali nas na przyzwoitych ludzi. Podam przykład: skoro mam mężczyznę, którego kocham, który mi ufa, nie będę flirtowała z innym, bo zraniłabym go i poniżyła dla chwilowej przyjemności. Miłość nie jest tylko namiętnością. Miłość jest wyborem. Wiem, że to niemodne. Modne są za to inne rzeczy, których ja nie rozumiem.

Ten mężczyzna, Martin Chobot, jest gitarzystą w twoim zespole. Ale miłość nie spadła jak grom z nieba?

- Martin długo był kolegą z pracy. Ominęły nas randki, na które dziewczyna biegnie wystrojona, pachnąca, z wytuszowanymi rzęsami. On widział mnie zmęczoną, wkurzoną, bez makijażu, z maseczką na twarzy. Niewyspaną po całej nocy w trasie. Jesteśmy razem cztery lata, ale znamy się od dziewięciu.

Właśnie wzięliście cichy ślub. A wyobrażasz sobie moment, kiedy powiesz: "Dobra, Farna, teraz czas dla rodziny, rodzę dzieci"?

- Właśnie tak się kiedyś stanie. Chciałabym mieć z Martinem tradycyjną rodzinę. Kariera i popularność nie są tak ważne. Ważne, żeby ktoś czekał na ciebie w domu, kiedy wracasz z trasy.

Rozmawiała Beata Biały

Twój STYL 11/2017

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje