Reklama

Reklama

Elżbieta Barszczewska: Miłość silniejsza od rozumu

Długo obwiniała się o samobójczą śmierć pierwszej żony swego męża...

Blond włosy splecione w długie warkocze, wielkie błękitne oczy i subtelne rysy twarzy sprawiały, że wyglądała jak wzorcowa panienka z polskiego białego dworku. - A przy tym miała w sobie głęboko schowaną jakąś tajemnicę - mówi Stanisław Janicki, krytyk filmowy. - Gdy tylko pojawiała się na scenie lub na ekranie, przykuwała uwagę. Elżbieta Maria Barszczewska-Wyrzykowska (†73) przyszła na świat jako nieślubne dziecko. W 1913 roku oznaczało to skandal, tym bardziej że jej ojciec Witold Barszczewski był żonaty. Próbował się rozwieść, ale okazało się to niemożliwe. Matka Maria Szumska postanowiła więc sama wychować córkę.

Reklama

Aktorka w swoich pamiętnikach pisała: - Jestem owocem wielkiej miłości, jedynej, odważnej, nieskończonej. Skandal miał jednak swoją cenę w postaci niechęci dalszych krewnych. - Wychowywałam się w rodzinnym chłodzie - żaliła się po latach aktorka. - Samotność towarzyszyła mi od dzieciństwa. Na szczęście siostra ojca, aktorka Wanda Barszczewska, okazywała nastoletniej Eli sporo zainteresowania. Co prawda przestrzegała ją przed aktorstwem, ale gdy już bratanica wybrała ten kierunek nauki, udzielała jej lekcji dykcji i zdradzała tajemnice aktorskiego rzemiosła. Elżbieta debiutowała jeszcze jako studentka w filmie "Co mój mąż robi w nocy?" (1934). Uznano, że roztaczała wokół siebie czar. - Barszczewska upaja, oszałamia, uwodzi! - pisał poeta Kazimierz Wierzyński.

Trochę trudniej było w teatrze. W "Śnie nocy letniej" partnerował jej Marian Wyrzykowski (†65), od którego reżyser Leon Schiller kategorycznie zażądał przed premierą: - Zrób coś z tą dziewczyną, bo ona przecież nic nie umie! Aktora nie trzeba było zmuszać do tego, by zainteresował się piękną debiutantką. Oboje zwrócili na siebie uwagę już w szkole teatralnej w 1933 r. Ona uczyła się aktorstwa, a on, starszy od niej o 9 lat, studiował reżyserię. Elżbieta wchodziła w dorosłe życie, a Marian miał żonę i córki. Nie ukrywała, że zrobił na niej wrażenie.

- Siadywaliśmy na wykładach po przeciwnych stronach i wpatrywałam się w niego z wielką przyjemnością. Wspaniała głowa, oczy, brakowało mu tylko kilku centymetrów - zapisała w pamiętnikach. Podobali jej się także inni mężczyźni. - Elżunia zwierzyła mi się, że kocha się w niej dwóch aktorów: Jan Kreczmar i Marian Wyrzykowski. A ona nie wie, którego z nich kocha i obaj są żonaci - zanotowała słynna pisarka Maria Dąbrowska, stryjeczna siostra matki Elżbiety. Uczucie do Wyrzykowskiego okazało się silniejsze. Zbliżała ich wspólna praca w teatrze i wkrótce zostali kochankami. Miłość wygrała z rozsądkiem.

Kamera ją kochała

Kariera młodej aktorki rozwijała się w hollywoodzkim tempie. W ciągu czterech lat przed wybuchem wojny zagrała 13 dużych ról w filmach. Odniosła sukces jako Stefcia Rudecka w "Trędowatej" oraz w podwójnej roli: Beaty, żony profesora Wilczura, i jego córki Marysi w "Znachorze".

Wrzesień 1939 roku przekreślił jej plany. W czasie okupacji pracowała jako kelnerka w kawiarniach "Cafe Bodo" i "U aktorek". Podporządkowała się zarządzeniu Związku Artystów Scen Polskich i nie pojawiła się na żadnej scenie. Należała do konspiracji. Cudem uniknęła wysłania do obozu koncentracyjnego, gdy aresztowano ją po wykonaniu przez podziemie wyroku na kolaborującym aktorze Igo Symie. Po Powstaniu Warszawskim wraz z Marianem Wyrzykowskim trafiła do obozu w Pruszkowie. Uciekli stamtąd, ale musieli się rozdzielić na rok.

Ona znalazła się w Łodzi, a on w Warszawie. Przyjechała do stolicy pod koniec 1945 roku. Kamienica przy ulicy Chocimskiej, w której mieszkała przed wojną, spłonęła w Powstaniu, a wraz z nią wszystkie rodzinne pamiątki. Kochankowie pobrali się w lutym 1946 roku. Wesela nie było, tylko herbata u znajomych. Po symbolicznym przyjęciu Marian Wyrzykowski pojechał do radia, a ona do teatru. W czerwcu 1946 roku urodził się ich syn Juliusz.

Według rodzinnego podania kilkudniowego niemowlaka owinięto we fragmenty kurtyny, żeby miał szczęście w aktorstwie. Elżbiecie Barszczewskiej nie udało się po wojnie wrócić przed kamery filmowe. Mówiono, że jej typ urody nie pasuje do opowieści o ludziach pracy. - Teatr całkowicie mi wystarcza - kwitowała to ze spokojną rezygnacją. Pozycja przedwojennej gwiazdy wcale jej nie pomagała. Miała konkurentkę, wobec której była bezradna. Nina Andrycz, żona premiera Cyrankiewicza, miała argumenty nie do odparcia. Uważała, że właśnie jej należą się role wielkich romantycznych bohaterek.

Gdy kiedyś aktor i dyrektor teatru August Kowalczyk obsadził Elżbietę Barszczewską jako Marię Stuart, musiał zmienić decyzję po interwencji tzw. czynników partyjnych. Aktorka czuła się upokorzona i odstawiona na boczny tor. Szokiem była dla niej samobójcza śmierć Czesławy Szurszewskiej, pierwszej żony Mariana Wyrzykowskiego. Miała wyrzuty sumienia, bo uważała, że rozwód przyczynił się do tej tragedii. Potem coś zaczęło się psuć w jej małżeństwie. Pewnie dlatego wdała się w romans z Władysławem Hańczą, kolegą z teatru (chociaż był on przyjacielem Wyrzykowskiego!).

To wywołało kolejny skandal. Romans jednak wygasł, a w końcu aktorka uznała go za błąd. - Spośród mężczyzn, którzy ofiarowali mi swe namiętne czy głębokie uczucie na chwilę czy na całe życie, gdybym mogła na nowo wybierać, wybrałabym właśnie Mariana - pisała. - Kocham go i właśnie on miał być ojcem mojego syna Jula!

Boleśnie przeżyła śmierć męża w 1970 roku. Sama odeszła 17 lat później. W pogrzebie na warszawskich Powązkach brały udział tłumy wielbicieli jej talentu. Wspominali gwiazdę nie tylko teatru, ale i międzywojennego kina.

Nostalgia 3/2017


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje