Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dziewczyny z więzienia

Część kobiet jest uzależniona od narkotyków. Zaczynały brać jako 13-letnie dzieci nieświadome tego, co robią. Co zaszwankowało w ich życiu?

Reklama

KB: - To były często dziewczynki wychowywane przez ulicę, które dostały narkotyk od starszych kolegów czy koleżanek. Zupełnie nie wiedziały, co biorą.

AMR: - A później czekała je równia pochyła, bo od heroiny można się uzależnić już od pierwszego razu. A one nie miały do kogo z tym pójść.

KB: - Jedna z nich mówiła o sobie, że była bananowym dzieckiem. Nie wychowywała jej ulica, ale w rodzinie zabrakło czułości i bliskości. Jej matka sama nie zaznała ich w swoim domu rodzinnym. A przecież potrafimy dać drugiemu człowiekowi tylko to, co sami dostaliśmy i to, co mamy.

Oprócz rodziny jest też szkoła i inne instytucje.

AMR: - Byłoby dobrze, gdyby istniały jakieś systemowe rozwiązania, ale potrzeb jest nieskończenie wiele. Dzieci z domów dziecka kończą 18 lat i też wychodzą do niczego.

KB: - System jest niewydolny. Dyrektor ośrodka poprawczego dla dzieci upośledzonych powiedziała mi, że te dzieciaki nie chcą wychodzić. Bo kiedy kończy się ich wyrok, zostają po prostu wystawione za bramę z walizką i nie mają dokąd pójść. System nie prowadzi dalej takiego młodego człowieka. Teoretycznie - był w poprawczaku, miał się poprawić. I co dalej? Gdzie jest wsparcie? Gdzie jest mentor? Ma wyjść i zadzwonić o rodziców? Gdyby mógł się tam odnaleźć, pewnie nie wylądowałby w poprawczaku.

W waszych rozmowach padło sporo pytań o religię. Jakie ma ona znaczenie w więzieniu?

KB: - Dla niektórych duże. Część gniewa się na Boga, ale większość z nich odnajduje drogę. Szukają sensu tego, co im się przytrafia.

AMR: - Myślę, że to jeden z tych elementów, które zupełnie niczym się nie różnią w więzieniu i poza nim. Część modli się nie o wolność, ale o siłę, żeby się zmienić. Inne obraziły się na Boga, bo czuły się niewinne, albo pokrzywdzone.

Nie zauważyłam, żeby któraś z nich zaczęła sama z siebie opowiadać o religii, dopóki nie zapytałyście.

AMR:  - To prawda. Pytałyśmy, ponieważ dla nas Bóg jest ważny i uważamy to za naturalny temat.

KB: - Niektóre dziewczyny nosiły medaliki, krzyżyki. Miałam wyobrażenie, że w krytycznym momencie, życie duchowe jest bardzo ważne, stąd nasze pytania.

Przedstawiacie jedynie opowieści skazanych. Nie konfrontujecie ich z danymi z akt, nie weryfikujecie. Dlaczego taka forma?

AMR: - Przyczyna jest prosta. Gdyby opowiedziała nam pani teraz historię swojego życia, po prostu byśmy słuchały. Nie zastanawiałybyśmy się, czy to kłamstwa, nie wypytywałybyśmy pani znajomych. Kiedy na wolności spotykamy się z ludźmi przy kawie, po prostu z nimi rozmawiamy. Wierzymy im albo nie, ale nie weryfikujemy każdej opowieści. Postanowiłyśmy tak samo potraktować te dziewczyny. One już zostały zweryfikowane na sali sądowej. To było zadaniem sędziego i prokuratury.

KB: - Zależało nam również na obdarzeniu ich szacunkiem. Daniu możliwości opowiedzenia o sobie, o tym, co je przyprowadziło do tego miejsca. One nie wypierały się tego, że są winne.

Wanda twierdzi, że jest niewinna. Nie kusiło was, żeby zgłębić tę historię?

AMR: - Znamy ją. Na miejscu zebrałyśmy informacje na temat każdej z tych dziewczyn na tyle, na ile to było możliwe. Ale nie podajemy ich w książce, bo taka konfrontacja nie jest naszym celem.

Zadawałyście dużo wspierających pytań sugerujących, że mają siłę, że sobie poradzą. Miałyście poczucie misji? Chodziło o to, żeby im pomóc?

AMR: - Tak, chciałam dodać im siły i wsparcia. W wielu z nich widzę ogromny potencjał. Wiem, że kiedy sama jestem wspierana, wyrastają mi skrzydła. Kiedy człowiek czuje choćby chwilowe wsparcie, może zakiełkować w nim myśl, że jednak da radę.

KB: - Życie polega na dawaniu i braniu. One dały nam bardzo dużo. Nauczyłyśmy się od nich sporo o życiu, przejrzałyśmy się w nich jak w lustrach. Podobnie jak nasze czytelniczki, które już się do nas odzywają. My też chciałyśmy im coś dać, a nie tylko wypytać o ich historie.

AMR:- Nie chodziło nam też o to, żeby rozmawiać tylko z tymi najciężej skazanymi. Nie szukałyśmy sensacji. Chciałyśmy rozmawiać z kobietami. Spotkać się z nimi. Bo każda z nich jest ciekawa.

KB: - Siedziałyśmy z nimi, żartowałyśmy, płakałyśmy. Ania była wtedy w ciąży, dziewczyny głaskały ją po brzuchu, zaczynały mówić o swoich dzieciach. Myślę, że potrzebowały, by ktoś ich wysłuchał i poznał ich perspektywę. I to się udało.

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje