Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dziewczyny, sięgajcie gwiazd!

Jak wygląda życie na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej? Czy ludzie osiedlą się na Marsie? Czy kobiety są lepszymi astronautkami niż mężczyźni? O podboju kosmosu i kobietach w tej zdominowanej przez mężczyzn branży opowiada Libby Jackson, jedna z największych brytyjskich ekspertek w dziedzinie kosmologii i kierowniczka programu kosmicznego UKSA.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Jako nastolatka wysłała pani e-mai do NASA. To chyba wymagało sporej odwagi i pewności siebie?

Reklama

Libby Jackson: - To nie była odwaga. Pomyślałam, dlaczego nie? Co złego może się zdarzyć? Wiedziałam, że jeśli nie prosisz, nie dostaniesz. Nie martwiłam się o tym, co pomyślą inni. To było zwariowane posunięcie, jak zakup biletu na loterię. Postanowiłam po prostu spróbować szczęścia.

- Ale nie powiedziałam rodzicom o tym e-mailu i kiedy dostałam odpowiedź z zaproszeniem na dwutygodniową praktykę, nie mogłam już tego ukrywać. Ich reakcja była wspaniała. Nie powiedzieli: "nie możesz tego zrobić",  "nie bądź głupia". Zgodzili się i zachęcali mnie, abym podążała za swoimi marzeniami i wierzyła w siebie. Byłam im za to ogromie wdzięczna.

Jak ta decyzja, którą oparła pani na "dlaczego nie" wpłynęła na pani życie?

- Ta wizyta otworzyła mi oczy na to, czym jest praca w centrum kontroli lotów. Jednak kiedy wróciłam, wciąż uważałam, że to marzenie niemożliwe do realizacji. Wiedziałam, że to miejsce, w którym chciałabym pracować, ale nie miałam pojęcia, jak to osiągnąć. Miałam wtedy taki plan: poznać jakiegoś Amerykanina, zakochać się, wyjść za niego za mąż, dostać zieloną kartę, przekonać go do przeprowadzki do Houston i postarać się o tę pracę. To było tak głupie!

- Zajęło mi kolejnych kilka lat, zanim zdałam sobie sprawę, że naprawdę mogę postarać się o pracę w branży kosmicznej, którą interesowałam się całe życie. A kiedy po studiach dostałam pracę w centrum kontroli lotów w Wielkiej Brytanii, zaczęłam się orientować, że Europa zaczyna brać udział w działaniach związanych z Międzynarodową Stacją Kosmiczną i być może będę mogła będę mogła pracować w europejskiej wersji tego, co jest w Houston. Zaczęłam rozglądać się za tego rodzaju pracą. Aplikowałam i udało się. Nigdy nie porzuciłam mojego marzenia i nigdy nie przestałam w nie wierzyć. To pomogło mi znaleźć się tu, gdzie jestem i pracować centrum kontroli lotów.

Może pani opowiedzieć więcej o tym, czym zajmuje się pani obecnie?

- Teraz pracuję w Wielkiej Brytanii i zarządzam programem kosmicznym brytyjskiej agencji kosmicznej UKSA. Moja praca to nadzorowanie strategii i taktyki, budżetu. Koordynuję też działania związane ludźmi, którzy dokonują badań na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale też podczas lotów parabolicznych, które przypominają pod pewnymi względami pracę w przestrzeni kosmicznej. Jestem bardzo zajęta, ale w wolnym czasie lubię opowiadać młodym ludziom o kosmosie i  pokazywać im, że to dziedzina, w której można pracować, jeśli się ją lubi.

Opisała pani 50 kobiet związanych z branżą kosmiczną. Duże wrażenie robi historia Peggy Winston. Co to znaczy zarządzać Międzynarodową Stacją Kosmiczną?

- Peggy właśnie zakończyła pracę w NASA po 37 latach i przeszła na emeryturę. Jest fenomenalną astronautką. Marzyła o tej pracy, od kiedy była młodą dziewczyną, ale pewien bardzo poważany naukowiec powiedział jej, że to głupi zawód i żeby nie marnowała czasu. Jednak ona miała w sobie mnóstwo wiary i uporu i kontynuowała swoją drogę. Na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej była trzy razy, pełniła też funkcję komandora.

- Na co dzień Stacja Kosmiczna jest jak dom. Sześć osób mieszka tam i pracuje. Każdy ma inne zadania do wykonania. Robią eksperymenty, dokonują napraw. Ale kiedy załoga ma jakieś problemy lub są decyzje do podjęcia, albo wydarzy się nieprzewidziany wypadek, to komandor jest osobą odpowiedzialną i podejmującą decyzję. Przypomina to nieco rolę pilota w samolocie, z tym, że  komandor nie pilotuje, nie siedzi za sterami, mówiąc: "trochę w prawo, trochę w lewo". Zajmuje się tym zespół ludzi na ziemi. Ale najważniejsze decyzje dotyczące życia i funkcjonowania stacji podejmuje właśnie komandor.

A jak wygląda życie na stacji kosmicznej z psychologicznego punktu widzenia? Sześć osób na małej powierzchni, przez kilka miesięcy, w doskonałej izolacji - to musi być trudne.

- To jest duże wyzwanie. Kandydaci na astronautów przechodzą niezwykle rygorystyczny proces selekcji, podczas którego sprawdza się wiele rzeczy, w tym osobowość i zdolność do bycia w dobrej kondycji psychicznej w odizolowanym środowisku. Niewątpliwie dla wielu ludzi byłby to koszmar. Na Stacji Kosmicznej jest całkiem dużo przestrzeni. To powierzchnia 5-6- pokojowego domu. Od ściany do ściany jest około 100 metrów. Jest więc całkiem sporo miejsca, można być czasem samemu.  Ale panuje tam nieustanny hałas - cały czas pracuje wiele wentylatorów i innych urządzeń, a wszystko to w metalowej obudowie. Trochę śmierdzi, nie ma świeżego powietrza. 

- Świeże produkty są dostarczane raz na dwa miesiące, więc większość jedzenia to rzeczy suszone i liofilizowane. Ale z bliskimi i przyjaciółmi można rozmawiać, kiedy tylko się zechce. Wideokonferencje z rodziną są co najmniej raz w tygodniu. Astronauci kontaktują się również z ludźmi z kontroli lotów. Stacja Kosmiczna to dziwne miejsce, ale nie jest ono oddalone o milion mil. To 400 km w górę. Przebywają tam ludzie, którzy pracowali w na Antarktyce, gdzie poczucie izolacji jest większe, bo komunikacja jest słabsza i patrzy się wyłącznie na biel. A astronauci mogą patrzeć na ziemię.

- Przed lotem w kosmos przechodzą też odpowiedni trening, który pozwala im sobie radzić w tych warunkach. To dotyczy pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale jeśli wyślemy ludzi np. na Księżyc lub na Marsa odległość będzie na tyle duża, że nie będzie możliwości rozmawiania przez telefon. Izolacja będzie o wiele większa. Do takiego wyzwania trzeba się będzie ostrożnie przygotować. I pomóc astronautom przeżyć ten czas w możliwie najlepszy sposób.

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna powinna zakończyć działanie za 6 lat. Jaka jest przyszłość podróży kosmicznych?

- Przyszłość jest ekscytująca. Nie wiemy jeszcze, co stanie się z Międzynarodową Stacją Kosmiczną.  Z pewnością będzie działać do 2024 i byłabym zdziwiona gdyby była zdeorbitowana w tym momencie. Myślę, że praca na Stacji będzie kontynuowana, ale w tej chwili agencje nie wiedzą, jak to zrobić. Myśli się, o zachęceniu agencji komercyjnych do przejęcia stacji.

- Stacja powstała, bo chcieliśmy się dowiedzieć, jak żyć i pracować na niskiej orbicie okołoziemskiej. I w tej chwili to właśnie robimy. Ale myśli się o ponownych lotach na Księżyc, a także o lotach załogowych na Marsa.  A pieniądze są ograniczone, nie można zrobić wszystkiego. Dlatego być może dobrym pomysłem byłoby przekazanie Stacji agencjom komercyjnym. Podobnie było z samolotami - zaczęło się od eksperymentów, później były pod kontrolą rządową, a teraz są komercyjne.

- Po raz pierwszy od 1972 roku zaczynamy myśleć o wysłaniu ludzi poza niską orbitę okołoziemską. NASA i Europejska Agencja Kosmiczna planują stworzenie  Gateway - małej stacji na orbicie Księżyca, gdzie będzie można prowadzić badania poza pasem Van Allena. A później, w latach 40.,  w być może będziemy wysyłać ludzi na Marsa.  To będzie bardzo ekscytujący czas.

Myśli pani, że ludzie zamieszkają kiedyś na Marsie, czy to tylko sience fiction?

- Wierzę, że odwiedzimy Marsa. Jeśli ludzka cywilizacja przetrwa, być może osiedlimy się tam. Kolonizacja Marsa byłaby jednak bardzo odległą przyszłością. Musielibyśmy zrozumieć, po co chcemy to zrobić, jak to zrobić i z pewnością byłoby o bardzo kosztowne. Ale jeśli będę miała szczęście żyć długo i ludzie nie polecą na Marsa jeszcze za mojego życia, będę bardzo rozczarowana.

Branża kosmiczna wydaje się być raczej męskim światem. Skorygowała pani nieco ten wizerunek prezentując kobiety, które osiągają sukcesy, ale jak jest w rzeczywistości?

- To się zmienia. Jest znacznie lepiej. Przedstawiam kobiety ważne dla rozwoju branży kosmicznej od XVII wieku do dnia dzisiejszego i można zobaczyć, jak na przestrzeni lat sytuacja ewoluuje. Emily du Chatelet była jedną z pierwszych. Musiała się ubierać jak mężczyzna, by wejść do biblioteki. Oczekiwano, że wyjdzie za mąż, będzie miała dzieci i nie będzie interesowała się nauką. Ale miała odwagę zajmować się nią w wolnym czasie i ignorować oczekiwania. Dotyczy to wszystkich kobiet opisanych w  książce. Ludzie w latach 60. i 70. otwarcie podważali to, co robiły kobiety. Dzisiaj jest znacznie lepiej, ale to wciąż branża zdominowana przez mężczyzn. Kobiety są jednak mile widziane.

- W ciągu mojej kariery zdarzyło się może pięć razy, że natrafiłam na ludzi, którzy osądzali mnie, ponieważ jestem kobietą. Mogę siedzieć w pokoju pełnym mężczyzn i wszystko jest w porządku. Nikt nie uważa, że nie powinno mnie tam być. Ale kobiet w branży kosmicznej jest może 20-30 proc i wyzwaniem jest zwiększyć ich udział. Musimy pokazać światu, że w tej branży jest miejsce dla kobiet. Część młodych ludzi ma odwagę i wsparcie, które pozwalają im wybrać dowolną ścieżkę życiową. Jest jednak wiele osób, które interesują się kosmosem i nauką, ale wyobrażenie o tradycyjnych rolach nie pozwala im podążać z tymi marzeniami. Dotyczy to również mężczyzn, którym zależałoby na karierze w tradycyjnie kobiecych zawodach. Dlatego edukacja jest tak ważna. Chcemy, by młodzi ludzie rozumieli, że mogą robić wszystko czego pragną bez względu na to, czy chodzi o bycie tancerzem baletowym czy astronautą. I to czy są kobietami czy mężczyznami nie ma znaczenia.

W książce wspomniała pani, że kobiety z pewnych względów mogą być nawet lepszymi astronautami niż mężczyźni. Czy to prawda?

- Kiedy zaczęliśmy wysyłać ludzi w kosmos w latach 50. i 60., NASA i Związek Radziecki zatrudniły mnóstwo mężczyzn. Randy Lovelace, który robił testy medyczne z udziałem pierwszych amerykańskich astronautów, był ciekawy, czy kobiety przejdą te same próby, jakim poddawani byli mężczyźni. Znalazł grupę kobiet, pierwszą z nich była Jerrie Cobb, i poddał je testom. Wiele z nich uzyskało nawet lepsze rezultaty niż mężczyźni.

- Za stwierdzeniem, że kobiety świetnie nadają się do podróży kosmicznych, kryje się pewna logika.  Jeśli chce się umieścić człowieka w przestrzeni kosmicznej, trzeba go tam wysłać przy pomocy rakiety. Przeciętnie kobiety są mniejsze i lżejsze oraz jedzą mniej, więc w przestrzeń kosmiczną trzeba wynieść mniejszą masę. Z punktu widzenia masy wydaje się, że ma to sens. Ale mamy przecież drobnych mężczyzn i potężnie zbudowane kobiety.

- Astronauci rzeczywiście muszą spełniać restrykcyjne wymagania dotyczące wagi i wzrostu, ale osoby spełniające te kryteria możemy znaleźć zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet. Tak naprawdę kobiety i mężczyźni w równym stopniu mogą być astronautami, podobnie jak i mogą w wykonywać każdy inny zawód. Najwięcej zależy od tego, co naprawdę chcemy robić. Płeć nie ma takiego znaczenia.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje