Reklama

Reklama

Dumka na trzy serca

Ukrainki w Warszawie

Dostosowanie

Oksana z Karpat: Lepsze czasy nastały, gdy u pierwszej rodziny znalazłam pracę jako pomoc domowa. Oni polecili mnie sąsiadom, tamci komuś innemu i w ten sposób wkrótce miałam zajęty cały tydzień. Od wysiłku trochę bolał mnie kręgosłup, ale w Polsce nigdy nie chorowałam. Dopiero gdy wracałam na Ukrainę, zdarzało się, że rozkładały mnie migreny, grypa. Igor dostał stałą pracę ogrodnika, więc zaczęliśmy odkładać na dom. Kilka lat później zaszłam w ciążę. Radość. Dziecko było wyczekane! Do domu wracałam w piątym miesiącu, a my na Ukrainie mogliśmy wreszcie pożyć jak ludzie. Kupiliśmy synkowi łóżeczko, wózek, ubranka, zabawki. Mieliśmy pieniądze na poród, bo w moim kraju w państwowych szpitalach wszystko kosztuje.

Reklama

Po jakimś czasie Igor znów zaczął wyjeżdżać, a ja myślałam, że już nigdy nie będę musiała, bo przecież nie zostawię dziecka. Zasiłek wychowawczy na synka dostawałam do momentu, aż skończył trzy latka. Potem zaczęłam szukać pracy - i znów cios, bo pracy nie było. Z tego, co mąż zarabiał w Polsce, wydawaliśmy na bieżąco. Przy dziecku trzeba było kupić pralkę, potem jeszcze telewizor. Stawało się jasne, że przy dochodach jednej osoby nigdy nie wybudujemy domu. "Przesiedzimy na kupie z rodzicami i jaką przyszłość zapewnimy Artemkowi?", myślałam. Ryczałam kilka dni, bo wiedziałam, że muszę jechać. Na próbę, na miesiąc. "Zostaniesz z dziadkami. Mama cię kocha, niedługo wróci i przywiezie wszystko, co zechcesz", mówiłam synkowi i łzy mi ciekły po policzkach. Mały płakał, ja też, a tak bardzo chciałam być przy nim silna. 

Przez pierwsze tygodnie w Polsce w środku nocy zrywałam się z łóżka i biegłam przed siebie, bo wydawało mi się, że synek woła: "mamo, mamo!". Dzwoniłam do niego kilka razy dziennie, ale nie zawsze chciał podejść do telefonu. W Polsce pracę odzyskałam szybko, przyjęli mnie ludzie, u których pracowałam wcześniej. Tyle że po miesiącu musiałam jechać do dziecka. Obiecałam im, że wkrótce wrócę, i wiedziałam: muszę się starać trzy razy bardziej, żeby chcieli na mnie czekać. W dniu mojego powrotu Artemek wyszedł na drogę, żeby mnie przywitać. Stał twardy i niewzruszony, jak facet. Wreszcie podbiegł i mocno chwycił mnie za szyję. Powiedział: "Mamusiu, myślałem, że nigdy do mnie nie wrócisz". Staliśmy w takim uścisku chyba z dziesięć minut, a ja myślałam, że pęknie mi serce. "Więcej go nie zostawię", postanowiłam, ale życie zmusiło mnie do zmiany zdania.

"Mamo, proszę, nie wyjeżdżaj", słyszałam. W kalendarzu zaznaczałam datę, kiedy wrócę, i uczyłam go odliczać dni na paluszkach. Tłumaczyłam sobie: "przecież robię to dla niego". Z każdego pobytu w Polsce przywoziłam synkowi to, o czym marzył. Samochód z akumulatorem, którym sam mógł jeździć w ogrodzie, przebranie Spidermana, gitarę, pianino, tablet z grami. O sobie nie myślałam, buty kupowałam, gdy w sklepie ogłaszali trzecią przecenę.

Maria, studentka z Odessy: Na drugim roku studiów coraz więcej wychodziłam do ludzi. Jak papuga powtarzałam słowa za Polakami i chłonęłam akcent. Wschodni źle się kojarzy, więc starałam się go pozbyć. Żeby lepiej rozumieć ludzi tu mieszkających, czytałam podręczniki polskiej historii, chodziłam na przeglądy filmowe. Obrazy Wajdy, Koterskiego, Machulskiego, Hasa pomogły mi trochę rozwikłać polską mentalność, zrozumieć, o co chodzi w tym ciągłym narzekaniu na wszystko. Z czasem zaczęłam się śmiać z polskich żartów, na ścianie w pokoju powiesiłam plakat z Misia. Przez lata utrzymywałam się dzięki stypendium, pomocy rodziców, dorabiałam jako barmanka. Na czwartym roku stwierdziłam, że czas pomyśleć o czymś poważnym. Wysyłałam CV i czekałam, aż przyszła propozycja od firmy, która szukała do pracy w reklamie kogoś z biegłym rosyjskim. Dostałam etat, wynajęłam kawalerkę.

Oksana ze Lwowa: Z roku na rok w Warszawie czułam się coraz swobodniej. Przestałam codziennie nosić szpilki, w których non stop chodzą kobiety we Lwowie, zamieniałam je na tenisówki, baleriny. Poznawałam ludzi, a na SGH podyplomowo zaczęłam studiować PR. Do Lwowa na weekendy jeździłam co miesiąc, a przyjaciołom przywoziłam z Polski piwo i smakołyki, które w Warszawie były tańsze. Jedynym problemem był brak stałej pracy, ciągły strach, czy starczy mi na czynsz. Wysyłałam setki CV. Wreszcie przyszła wymarzona propozycja od firmy, która wchodzi na rynki wschodnie. Dostałam etat w dziale marketingu. Oddech. To było w październiku zeszłego roku. W styczniu jechałam na Majdan...

Pytanie: Co dalej?

Oksana ze Lwowa: W Warszawie spakowałam wielką torbę konserw, ciastek, orzechów, ubrań. Bagaże wrzuciłam do samochodu siostry i ruszyliśmy na Ukrainę. Na placu w Kijowie od razu zgłosiłam się do kuchni polowej. Robiłam setki kanapek, a potem rozdawałam je protestującym. W Wigilię, w kijowskim mieszkaniu koleżanki gotowałam kutię w 20-litrowym garze. Zaniosłam ją na plac, bo chciałam, żebyśmy mieli tu święta. Wzruszałam się, gdy widziałam, jak mieszkańcy Kijowa wpadali z siatami jedzenia dla demonstrantów. Była w nas solidarność, serdeczność, ktoś zobaczył mnie zmarzniętą i zawołał: "Chodź, mamy namiot, napijesz się herbaty". To były niesamowite dni, w których byłam dumna z mojego narodu, wierzyłam, że Janukowycz się przed nami ugnie, że Unia nam w porę pomoże, że jest dla tego kraju szansa.

Nie chciało mi się wyjeżdżać z Kijowa. Ale musiałam wracać do swojego życia. W lutym ktoś znajomy przysłał mi SMS: "zabili naszego Siergiejka". To był młody chłopak, z pochodzenia Ormianin. Dusza człowiek, nikogo by nie skrzywdził, pojechał do Kijowa, żeby być z innymi. Jechałam autobusem do pracy i ryczałam. Lwów, dwa tygodnie temu. Kiedy przekroczyłam granice miasta, widziałam, jak dużo się zmieniło. Widziałam niepokój w oczach rodaków, w sklepach, na przystankach rozmawiali o jednym: czy będzie wojna? "Nie chcemy wyjeżdżać, w razie czego będziemy walczyć", przekonują mnie przyjaciele, a ja nie wiem, jak im pomóc. W Warszawie mam pracę, mieszkanie, ale życie, choć bezpieczne, nie jest już spokojne. Żyję na bombie. Jeszcze pół roku temu mówiłam: "teraz w Polsce jest mój dom", dziś już nie wiem...

Maria z Odessy: Gdy ludzie wyszli na Majdan, byłam podekscytowana. Myślałam: "mamy szansę na zmianę, coś dobrego się dzieje". Znajomi jeździli do Kijowa, a ja żałowałam, że nie mogę być z nimi ze względu na pracę. Gdy Putin wprowadził wojsko na Krym, struchlałam. Przecież moja rodzina mieszka na wschodzie! Śledziłam wiadomości, dzwoniłam do matki, znajomych, pytałam: "Czy wiecie coś więcej? Co będziecie robić dalej?!". Na ulicach mojego miasta zebrała się dwudziestotysięczna manifestacja, ludzie przyszli protestować przeciwko działaniom Rosji. Bo choć w Odessie od dziesiątek lat mówimy po rosyjsku, czujemy się Ukraińcami. Koledzy, którzy unikali wojska, opowiadają mi, że zgłaszają się na ochotnika do armii, a mama stwierdziła: "W razie najgorszego zostanę i będę pomagać". I o to się boję. O nią, o moich dziadków. Nawet nie chcą słyszeć o tym, że powinni wyrobić paszporty, a bez nich, gdyby się coś stało, nie wydostaną się z Ukrainy. A mnie zależy, żeby byli bezpieczni.

Do Odessy miałam jechać w lutym, jednak mama zabroniła. "Nie wiadomo, co się stanie", mówiła. Czekam więc. Czasem ktoś pyta, czy jeśli sytuacja się uspokoi, wrócę na Ukrainę na stałe. Mówię: "Na razie to wykluczone". W moim mieście ludzie boją się trzymać pieniądze w banku, bo nie mają pewności, czy bank za kilka dni nie zniknie. Mama wypłatę ojca odbiera w ratach, bo brakuje na całą kwotę. Zdecydowałabym się na powrót, gdybym miała pewność, że następnego dnia dostanę pensję, że dziecko, które kiedyś będę mieć, znajdzie bez łapówki miejsce w przedszkolu. Musiałabym mieć pewność, którą macie wy, Polacy, że jutro nie stanie się nic strasznego, że będzie stabilnie. A to daleka przyszłość.

Oksana, mama pięciolatka: Do niedawna moje powroty na Ukrainę były jak wymarzone wakacje. Rano z synkiem w piżamach oglądaliśmy bajki, chodziliśmy nad rzekę. Od kiedy skończył pięć lat, łatwiej znosi rozłąkę z rodzicami. Gdy jestem w Polsce, sam do mnie dzwoni, rozumie, że dzięki naszej pracy będziemy mieć dom. Nie marzę o niczym innym, tylko o tym, żebyśmy mogli spokojnie żyć. Kiedy pod koniec stycznia wyjeżdżałam do Polski, mężczyźni z naszych okolic autokarami jechali na Majdan. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że nadejdą lepsze czasy. "Czarny czwartek" rozwiał wszelkie nadzieje. Byłam wtedy sama w Warszawie, bo mąż zaczyna pracę od kwietnia, i nie wiedziałam, co robić: wracać, ściągnąć rodzinę do Polski? Ale jak na złość nie wyrobiłam jeszcze Artemkowi paszportu!

Postanowiłam zostać, czekać i modlić się o to, żeby świat nas nie zostawił. Bo w to, że przyjdzie mi żyć na stabilnej Ukrainie, coraz mniej wierzę. Mam tylko nadzieję, że mój syn nie będzie musiał wyjeżdżać za pracą. Wymarzył sobie skrzypce. Chciałabym, że mógł zostać muzykiem, jeśli tego zechce.

Natalia Kuc

Twój STYL 5/2014


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje