Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dorota Kornaszewska: Kłopoty to moja specjalność

​Stracona przesiadka, podejrzany pakunek, fobia lotnicza, zgubione dziecko... Do akcji wkracza Dorota Kornaszewska, osoba do zadań specjalnych na Okęciu. Wyciąga z tarapatów spóźnialskich, zapobiega niebezpiecznym sytuacjom. Lubi to: ludzi w podróży, atmosferę lotniska, huk wielkich silników, nieprzewidywalność. I tam, gdzie innym puszczają nerwy, ona jest siłą spokoju.

Agnieszka Litorowicz-Siegert, Twój Styl: Pamięta pani swoją pierwszą podróż samolotem? 

Reklama

Dorota Kornaszewska: Oczywiście! Miałam 20 lat, leciałam na Maltę z dwiema przesiadkami, w Rzymie i Katanii. Sama. Wielkie przeżycie. Urodziłam się w latach 70., gdy zagraniczne podróże były szczytem marzeń. Wychowałam się na warszawskim Ursynowie. Mieszkaliśmy na parterze, a ja wjeżdżałam na 12. piętro bloku i przez okno przyglądałam się samolotom. Ta wyprawa na Maltę to była nagroda ze szkoły. Uczyłam się w studium turystycznym, studiowałam turystykę na AWF-ie. Dzięki praktykom dostałam pracę w obsłudze linii niemieckiej na Okęciu. Zostałam tam na 13 lat, mnóstwo się nauczyłam. Potem przeszłam do Polskich Linii Lotniczych, Trzy lata w biurze i decyzja: wracam do kontaktu z pasażerami, to kocham najbardziej. Tak zostałam kierownikiem zmiany w LOT-owskim hubie, czyli terminalu przesiadkowym. Mamy tu niezły kocioł.

Pani jest takim lotniskowym pogotowiem od sytuacji nadzwyczajnych? 

- Właśnie. Do moich zadań należy nadzorowanie obsługi naziemnej, ale też interweniowanie w sytuacjach nietypowych, gdy np. mamy opóźnione lądowanie, a pasażerowie zarezerwowali następne połączenie. Sprawdzam w systemie, którzy z nich mają przesiadki, i jeżeli widzę, że są choćby minimalne szanse, zrobię wszystko, żeby zdążyli. 

Czasem słyszymy już na pokładzie, że spóźnialscy mają się kierować do obsługi przy wyjściu z samolotu. To pani ekipa? 

- Tak. Pasażer ze strefy Non Schengen, np. Amerykanin, przesiadający się na samolot do tej strefy - czyli jednego z 26 państw, w których zniesiono kontrole na granicach wewnętrznych - przechodzi kontrole paszportową i bezpieczeństwa. Muszę go wyłuskać tuż po lądowaniu, żeby ustawić w kolejce do szybszej obsługi - nazywamy to trybem short albo hot. Wysyłam pracowników z tabliczkami, którzy ustawiają się przy wyjściu z rękawa czy korytarza. Są świetnie zorganizowani i nie wstydzą się krzyczeć, bo trzeba głośno wywoływać kierunki: Kraków, Paryż!!! Czasem muszą prowadzić pasażerów za rękę. 

A jeśli nie uda się zdążyć? 

- Zawsze mamy plan zapasowy. Podróżny traci czasem kilka godzin, a bywa, że i cały dzień, bo rejs do jego celu jest tylko raz na dobę. Otaczam go opieką - gwarantuję nową rezerwację, posiłki, hotel, taksówkę.

Czy po latach pracy w terminalach coś jest w stanie panią zaskoczyć? 

- Rzadko, ale tak. Pamiętam pewnego Ormianina. Leciał z Rumunii, u nas miał przesiadkę do Armenii. Ale do samolotu lecącego do Erywania nie wsiadł. Nikt go nie szukał, bo rezygnacja z lotu to nic nadzwyczajnego. Okazało się, że ten człowiek został w strefie Non Schengen na... kilka dni. Zamieszkał tam, utknął. Dlaczego? Sytuacja go przerosła, najpierw nie wiedział, jak się przesiąść, potem bał się skontaktować z obsługą, mówił tylko w języku ojczystym. W końcu - pewnie dlatego, że skończyły mu się pieniądze na jedzenie - zgłosił się do straży granicznej. Próbowałam się z nim dogadać, wezwałam lekarza, żeby sprawdził, czy mężczyzna się nie odwodnił. Zorganizowałam posiłek i nową rezerwację. On chciał lecieć, ale po prostu się zagubił, przeżywał traumę. Udało się zorganizować mu nowy lot za darmo. 

Jak pani sobie radzi, gdy pasażer mówi w niepopularnym języku, nie zna angielskiego? 

- Mogę użyć tłumacza Google’a i robię tak, porozumiewając się np. z Azjatami. Jednak wiele osób starszych woli komunikację "tradycyjną" - na migi, z użyciem kluczowych, ogólnie znanych słów. Czasem rysuję coś na kartce. Na szczęście coraz więcej naszych pracowników mówi w rzadkich, oryginalnych językach, więc niekiedy wzywam przez telefon koleżankę, która zna koreański czy ukraiński. 

Są nacje sympatyczniejsze i trudniejsze w kontaktach? 

- Osobiście lubię Japończyków. Kiedy kilka lat temu otwieraliśmy połączenie do Tokio, mieliśmy szkolenie z kultury japońskiej, jak się zachowywać, czego unikać. No np. pasażerowi z Japonii nie podaje się karty pokładowej jedną dłonią, to nietaktowne. Zawsze dwiema. Wiemy też, że jeśli Japończykowi coś się nie spodoba, nie zgłosi tego obsłudze, tylko po prostu więcej z nami nie poleci. Generalnie to bardzo kulturalni ludzie, spokojni i tolerancyjni. Gdy zaczynamy wejście na pokład, zawsze stoją równiutko w kolejce, nie pchają się. 

Jacy są w podróży nasi rodacy? 

- Z przyjemnością obserwuję, że coraz więcej Polaków lata po świecie. I nie są to wyłącznie podróże zorganizowane. Często widuję grupy osób - i to w każdym wieku - które czekają na rejs np. do Singapuru, by potem polecieć jeszcze dalej, do Australii lub krajów Azji Południowo-Wschodniej. Polacy są na lotniskach dość zdyscyplinowani, często czujnie krążą wokół bramki, z której będzie się odbywało wejście na pokład. Lubią robić zakupy. Niektórzy dopiero na lotnisku kupują walizkę podręczną. Po latach ograniczeń w podróżowaniu Polacy mają dziś ogromne możliwości. Fajnie, że mogę im pomóc w realizowaniu wyjazdów marzeń. 

Przez lotniska przewijają się setki osób, także tych znanych. Pani ma przywilej, że może podejść, porozmawiać? 

- O tak! Między innymi z tego powodu moja praca jest tak ekscytująca. Kiedyś spotkałam idola z młodości - byłam fanką filmu "Dirty dancing", a tu proszę, miałam sposobność ucięcia pogawędki z Patrickiem Swayzem! Także z Nicolasem Cage’em, a nie dalej jak przedwczoraj rozmawiałam kwadrans z synem Arnolda Schwarzeneggera - podobny do ojca z uśmiechu, przystojny. To jest bonus.

Sympatyczne sytuacje wynagradzają te nieprzyjemne? 

- Tak. Moją sympatię wzbudziła np. pasażerka z Armenii, która zgłosiła się do odprawy z nietypowym bagażem: drzewkiem, jabłonką wyższą od niej. Powiedziała, że chciałaby zasadzić ją na swojej ziemi. To nie był  gabarytowy bagaż, ale porozmawiałam z załogą i dla drzewka znalazło się miejsce na pokładzie. Oczywiście sprawdziłam, czy to zgodne z przepisami. Udało się, załoga też się cieszyła. 

>>> O najbardziej problematycznych bagażach przeczytasz na następnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje