Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dorota Kolak: Dopiero się rozpędzam

Aktorski sukces przyszedł... po 50. urodzinach. Smakuje jak deser życia i łatwo go przyjąć, bo dojrzałość chroni przed zarozumialstwem. I jeszcze dodaje energii. Dorota Kolak jest głodna wrażeń, pełna optymizmu. Dziś robi to, czego w młodości się bała! Przełamała lęk przed lataniem, wywalczyła angaż w świetnym teatrze i zaczęła nosić kolorowe ubrania.

Aktorka od trudnych ról. W filmie Zabawa, zabawa Kingi Dębskiej zagrała postać chirurg dziecięcej Teresy, która przez picie traci rodzinę.

Reklama

- Najtrudniejsze nie były dla mnie sceny upojenia alkoholem, ale te budzenia się "po". Aby zagrać wiarygodnie, musiałam dociążyć ciało, zgarbić się, zmiąć, a to fizyczna praca - mówi Dorota Kolak. W teatrze, na ekranie gra silne emocje, w życiu jest pogodna. Spotykamy się wieczorem. Tego samego dnia przyjechała z Gdańska do Warszawy, wzięła udział w kilkugodzinnej sesji, ale nie widać po niej zmęczenia. Raczej radość życia. Może dlatego na pytanie, czy chciałaby mieć 20 lat, odpowiada: - O, nie. Człowiek stoi przed tyloma wyborami i nie ma pojęcia, do czego go zaprowadzą. Ja już na szczęście wiem.

Ponoć w życiu najbardziej żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy. Myśli pani czasem: "szkoda, że się nie odważyłam..."?

Dorota Kolak: - Nie, bo to, czego nie zrobiłam w młodości, zrobiłam przed sześćdziesiątką. Przez większość życia byłam dość zachowawcza, a nawet tchórzliwa. Brakowało mi pewności siebie, brawury, która sprawia, że stawiamy wszystko na jedną kartę. Nie przyjechałam do Warszawy, by szukać szczęścia w filmie czy w teatrze, zostałam w Gdańsku. Ale być może wybrałam właściwie? Może stolica zaproponowałaby mi ławkę rezerwowych, a tak w teatrze Wybrzeże grałam ważne role? Nie wiem. Zauważam, że jednak z wiekiem mniej się boję. W zeszłym roku zebrałam się na odwagę, by zabiegać o angaż u Krzysztofa Warlikowskiego. Zamarzyłam, by grać w Nowym Teatrze, i zechciałam po to marzenie sięgnąć. Dostałam zastępstwo jedno, drugie, aż trafiłam do obsady Wyjeżdżamy według Hanocha Levina. Sukces, szczęście i zaraz później się okazało, że mam do pokonania kolejny lęk. "Zagramy spektakl w Meksyku", usłyszałam, a ja panicznie boję się latać. 

Co pani zrobiła?

- Jestem zadaniowa. To było zobowiązanie zawodowe, więc zaczęłam ze sobą rozmawiać: "No i co im powiesz? Że nie polecisz, bo się boisz? Ogarnij się!". Przetrwałam ten lot. Ze wspomaganiem, ale poleciałam, wróciłam i żyję! Jestem z tego dumna! Z wiekiem pokonuję różne bariery. Niech pani popatrzy, jak jestem dziś ubrana.

Beżowy szal, kolorowa bluzka...

- Całe życie ubierałam się na czarno,  a dziś mam w szafie łososiowy płaszcz.

Czy to znaczy, że bardziej niż w młodości lubi pani teraz siebie?

- Słowo "lubię" jest na wyrost. "Akceptacja" brzmi lepiej. Przyszła z wiekiem, bo przecież zdaję sobie sprawę, że bliżej mi niż dalej, nawet przy założeniu, że dożyję setki.

Czyli szkoda czasu na przejmowanie się kolejną zmarszczką i kilogramem? 

- Mniej się siebie czepiam, co nie jest łatwe, bo ekran jest niebezpiecznym lustrem. Powiększa, wyostrza każde niedociągnięcie. Ale próbuję akceptować nie tylko to, jak wyglądam, ale jaka jestem. Gdy byłam młodsza, dopadało mnie coś, co nazywam piekłem zadań. "Boże, jeszcze tyle rzeczy powinnam. Umieć, przeżyć, zagrać!". Aż zaczęłam sobie powtarzać: "Nie masz na wszystko wpływu, rób swoje". Jestem w takim wieku, że już muszę szacować, co warto. Wybieram mądrzej: w czym gram, z kim się spotykam, co czytam. Nie mogę się zadręczać głupotami, no i chciałabym jeszcze... poświrować.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje