Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy warto wydorośleć?

Są młode, zdolne, po dobrych studiach. Znają języki, mają aspiracje. I marzenia: dostać kredyt, kupić lepsze buty, urządzić dziecku pokój, a przede wszystkim mieć pracę, która daje szansę na rozwój, i nie trzeba się jej wstydzić. Co robić, skoro wykształcenie nie jest już przepustką do kariery? Trzeba być elastycznym, przedsiębiorczym, bo przetrwają najbardziej kreatywni - przekonują psychologowie i ekonomiści. A one? Jaki mają plan na życie? Gdzie widzą siebie za 10 lat?

Stały kompromis

Kobieta, która się dorobiła, ma przynajmniej dwupokojowe mieszkanie kupione na kredyt, pracę, o której może mówić z dumą. Stać ją na perfumy, które lubi, a nie na te z promocji - mówi Maja, 28-latka. Sama na taki luksus nie może sobie pozwolić. Choć zna dwa języki obce i skończyła polonistykę oraz socjologię na UW, zarabia 2600 złotych jako kontroler jakości w call center. Dorabia korepetycjami.

Reklama

Po maturze od sąsiada, trenera rozwoju osobistego, słyszę: "Chcesz być kimś? Wizualizuj! Wyobrażaj sobie, jak wchodzisz do szklanego biurowca i wydajesz dyspozycje po angielsku!". No więc zasuwam na dwóch kierunkach, a między kolokwiami, wykładami, darmowymi stażami wyobrażam sobie siebie, jak siedzę przy biurku z widokiem na panoramę miasta. Zderzenie z rzeczywistością? 1200 złotych w sieci księgarń, 1300 w pisemku dla działkowców, 1350 w portalu dla seniorów. Takie stawki proponują mi po studiach. "Przecież u nas wszystko masz za darmo", mówią rodzice. Tyle że ja nie chcę już z nimi mieszkać.

To wtedy znajduję pracę w telefonicznym biurze obsługi klienta. "10 złotych za godzinę, ale pracujemy do 21, więc można zarobić", mówi mi kierowniczka. "Po dwóch fakultetach call center to obciach", myślę, ale nie narzekam, bo od kolegi z zarządzania słyszę: "Wysłałem już setki CV, na które nie dostałem odpowiedzi". "Z desperacji w rubryce «języki obce» wpisuję: staro-cerkiewno-słowiański, który mieliśmy na studiach", tłumaczy przyjaciółka, polonistka. Nieduży boks, słuchawki, telefon, ziołowy sprej na chrypę i tysiące niezadowolonych klientów to moja nowa rzeczywistość. Bolesna jak dla kogoś, kto na studiach godzinami mógł dyskutować na temat różnic między pojęciem bycia i bytu u Heideggera. Uczę się, że życie na własny rachunek to nieustający kompromis.

Wynajmuję z chłopakiem kawalerkę na Targówku za 1300 złotych. Plusy: widok na drzewa. Minusy: daleko od centrum i zbutwiały tapczan, na którym śpimy przez pierwsze miesiące, bo nie stać nas na nowe łóżko. Dołuję się, gdy widzę, jak mieszkają młodzi bohaterowie seriali w TVN - te wielkie sofy, krzesła w stylu glamour. Przy naszej klicie nawet plebania ojca Mateusza wydaje się stylowa. Mój chłopak Bartek pracuje jako asystent w kancelarii notarialnej, zarabia 1800. Niewiele, gdy opłacamy pierwszy czynsz, rachunki, kupujemy talerze, filiżanki i coś tam jeszcze, jesteśmy pod kreską. Ale i tak na początku rzucamy się na wszystko, co lepsze: "o, francuski ser pleśniowy? Uwielbiam, a mój ojciec zawsze na niego sknerzył".

Po kilku wypadach do delikatesów zaczynam myśleć, że mnie okradają, że ktoś włamuje się na konto. "Niemożliwe, dopiero dwa tygodnie po wypłacie, a ja wszystko wydałam", myślę. Potem zaczynam liczyć. I rozumieć niechęć ojca do francuskich serów. Dociera do mnie, ile kosztuje życie. Czuję ulgę, że nie mamy dziecka, bo nie wiem, jakbyśmy sobie poradzili. Moja babcia się dziwi: "wychowałam troje dzieci, choć po wojnie nie mieliśmy nic".

Start w dorosłość to także nauka, że o wszystko trzeba zabiegać, o miłość również. A ja pracuję od 8 do 20, w domu jestem przed 21, więc nie mam siły na wieczorne wyjścia z chłopakiem, który pracę kończy o 17, więc ma czas na życie towarzyskie. Wychodzi sam, wkrótce poznaje dziewczynę, do której się wyprowadza. Po ośmiu miesiącach zostaję w kawalerce, na którą mnie nie stać, ale obiecuję sobie: jestem dorosła, nie wrócę do mamy. "Doceniamy pani zaangażowanie i wydajność", mówi kierowniczka i proponuje stanowisko kontrolera jakości. Pensja: 2600, czyli o trzysta złotych więcej niż zarabiałam do tej pory.

"Stała kwota za osiem godzin pracy", słyszę i się nie waham, myślę: "Zacznę wychodzić z firmy o normalnej porze! Będę miała czas, żeby dorobić!". Ogłaszam się: korepetycje z polskiego, matematyki i angielskiego. Wkrótce po pracy zajęty mam co drugi wieczór, a do pensji dorabiam tysiąc złotych. Stać mnie na kawalerkę, a wkrótce na dwie nowe komody z Ikei. W banku proponują mi debet na trzy tysiące. Biorę i korzystam. Przez to pensja już mnie nie cieszy - po wejściu na konto bankowe widzę tylko mniejszą kwotę na minusie.

Mój stan na dziś? Oszczędzam na dentyście, choć kilka miesięcy temu wypadła mi plomba. Mówię sobie: "Poczekaj jeszcze trochę, masz pilniejsze wydatki - raty, czynsz, rachunek za komórkę, no i musisz się też jakoś ubrać, mieć zadbane paznokcie". Na wygląd mogłabym wydać ostatnie pieniądze. Po pracy wpadam często do galerii handlowej, żeby sprawić sobie przyjemność. Kupuję dużo tanich rzeczy z wyprzedaży, a raz na jakiś czas coś ekstra - na przykład zamszowe botki za 499 złotych. Niedawno mama wetknęła mi do ręki tysiąc złotych. Obiecałam, że odłożę na czarną godzinę, ale przypomniałam sobie, że mam beznadziejny kolor włosów i powinnam iść do fryzjera, że dawno nie kupowałam książek - pieniądze się rozeszły.

Od szefowej ciągle słyszę, że firma jest zadłużona, więc powinniśmy się cieszyć, że w ogóle mamy pracę. Co jakiś czas wysyłam więc CV. Dostałam propozycję pracy asystentki szefa firmy budowlanej za 2800 netto, ale z nienormowanym czasem pracy. Musiałabym zrezygnować z korepetycji, a na to mnie nie stać. Zdarza się, że w biurze patrzę przez okno i myślę: "Boże, jak pięknie świeci słońce, dlaczego nie mogę teraz po prostu wyjść na spacer?". Marzę o beztroskim życiu dwudziestolatki, którego nie miałam, bo studiowałam dwa kierunki, i którego nie mam teraz, bo pracuję non stop.

Czasem, gdy jadę do pracy, mam ochotę wysiąść wcześniej i poleżeć na trawie w parku. Boję się, że kiedyś zachowam się nieodpowiedzialnie, rzucę tę pracę, by robić coś twórczego, pisać książki. A przecież muszę spłacić meble z Ikei, wizyty u fryzjera i buty za 499 zł. Nie tracę nadziei, w końcu jestem jeszcze młoda. Czasem wyobrażam sobie siebie za dziesięć lat - widzę, jak wsiadam do samolotu i lecę służbowo do Singapuru. Przebywanie w jednym miejscu mnie dobija. Dlatego zapisałam się na chiński, bo dziś angielski i hiszpański to za mało. Ktoś mi kiedyś powiedział: "Ty ciągle dokądś biegniesz". Mam nadzieję, że za dziesięć lat się nie okaże, że biegłam na oślep.

Doktorat gwarancją pracy

Będę wiedziała, że czegoś się dorobiłam, gdy kupimy z mężem nowszy samochód, bo piętnastoletnie audi Jarka się psuje, a ja wreszcie zrobię kurs prawa jazdy. Ile już na to wszystko odłożyliśmy? 700 złotych - mówi Beata, 30 lat, doktor psychologii. Zarabia 2500 netto, jej mąż ponad dwa razy tyle. Czasem jestem wściekła na rodziców. Słyszę, jak powtarzają: "ty się, córciu, ucz jak najdłużej, a my cię utrzymamy". Widzę, jak dają mi co miesiąc dwa tysiące i pozwalają wprowadzić się do mieszkania po babci, za które sami płacą czynsz. Gdyby nie ich opieka może wcześniej poszłabym do pracy i dziś miałabym coś więcej? Ponieważ rodzice zarabiali nieźle, myślałam: czemu tego nie wykorzystać? Na piątym roku obserwuję, jak moi znajomi próbują się gdzieś załapać. Perspektywy mają marne. Tylko Damian od razu dostaje niezłą pracę w firmie PR. Anka chce robić coś ważnego, ale nie dostaje nawet etatu asystentki - wykłada się na niedostatecznej znajomości Excela i Power Pointa.

"Muszę podnieść kwalifikacje", postanawiam i składam papiery na amerykanistykę. Potem wciąż czytam w gazetach, że dziś dwa kierunki to za mało. Myślę: "zrobię doktorat". Wciąż więc studiuję. Mama wpada do mnie co trzeci dzień i szczebiocze: "Ja na chwilkę, nie przeszkadzaj sobie w nauce". Drepcze do kuchni, zmywa naczynia, a do zamrażarki wrzuca gołąbki. Jestem wdzięczna. Bo mogę swobodnie zakuwać, doktoryzować się, balować i chodzić na pokazy kina niezależnego. Mam z głowy troski znajomych z gatunku: "Rany, idą zwolnienia", "Nie jestem ubezpieczona, znasz kogoś kto przepisze mi antybiotyk?". Mam 27 lat, gdy z chłopakiem radiowcem jedziemy na miesiąc do Hiszpanii. Śpimy w samochodzie, w namiocie, jemy chleb z oliwą i arbuzy. Obiecujemy sobie, że gdy za dwa lata się obronię i dostanę etat na uczelni, polecimy do Meksyku.

Dorosłość dopada mnie rok później. Tatę zwalniają z pracy, niedługo potem lekarze diagnozują u niego początek parkinsona. Mieszkanie po babci wystawiamy na sprzedaż. W tym czasie jako doktorantka mam zajęcia ze studentami, za które dostaję 1500 zł miesięcznie. Nieduża pensja jak na wykształconą 28-latkę z dużego miasta. Koszmarnie niska jak na kogoś, kto nie ma mieszkania i nagle musi radzić sobie sam. "Dostałem od banku promesę kredytową", mówi Jarek. Nie jestem zachwycona, że mój start w dorosłość udaje się dzięki facetowi, ale się cieszę, że stać go na 50 metrów na nowym osiedlu.

Przez kolejne miesiące uczymy się samodzielnego życia: on - płacenia rachunków, zanim odłączą nam prąd, i sprzątania po sobie, ja - gotowania, o którym nie mam pojęcia. Bronię doktorat, a miesiąc później rodzice ze sprzedaży mieszkania dają mi 30 tysięcy. Dzięki tym pieniądzom robimy wesele i lecimy na dwa tygodnie na Teneryfę. Planujemy, że będziemy wyjeżdżać co roku, ale to się nie udaje. Mój stan na dziś? Mam dwa etaty na uczelniach, żałuję, że nie trzy. Może wtedy mielibyśmy już w domu lampy zamiast żarówek. Może byłoby mnie stać na ekologiczne kury w cenie 48 złotych za kilogram? Nie kupowałabym ćwiartek kurczaka, które, jak twierdzi moja ginekolog, rozregulowują mi hormony. Robiłabym zakupy w ekodelikatesach. A tak musieliśmy ustalić priorytety: rezygnacja z jedzenia na mieście, z kina raz na dwa tygodnie i z jakichkolwiek lepszych kosmetyków.

Za dwa lata chcemy mieć dziecko i to dopiero będzie wydatek. Czasem sobie myślę: kiedy mam korzystać z życia jak nie teraz? Gdy odchowam dzieci? Wtedy patrzę na rodziców i widzę: nigdzie nie wyjeżdżają, wszystko wydają na leki dla ojca. Dlatego teraz zaciskam zęby i pracuję na awans. Niedawno podczas zajęć złapała mnie migrena: mdłości, zawroty głowy. Dałam studentom ćwiczenia i wybiegłam zwymiotować. Choć potem czułam się fatalnie, nie odwołałam zajęć. Tego dnia w pokoju rektorskim siedział dziekan, od którego zależy mój awans na adiunkta.

Dowiedz się więcej na temat: kredyt | kobieta | Życie | perfumy | aspiracje | marzenia | kryzys

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje