Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czasami umieramy, mówiąc czemuś: "Nie"

Ojciec Leon Knabit OSB /Adam Golec /materiały prasowe

- Czasami umieramy dla wielu rzeczy, wypowiadając słowo "Nie". Wódka? Nie, ja dla niej jestem już nieboszczykiem. Przygodny seks? Nie, dziękuję. Zabijam coś, co może uśmiercić moje relacje z najbliższymi. Trudne doświadczenia dają więcej satysfakcji - mówi Ojciec Leon Knabit, benedyktyn.

Reklama

Przeczytaj fragment książki "Dusza z ciała wyleciała. Rozmowy o śmierci i nie tylko", w której z o. Leonem Knabitem rozmawia Łukasz Wojtusik:

Łukasz Wojtusik: Skąd wzięła się śmierć?

Reklama

O. Leon Knabit: - Przez zawiść diabła.

To odpowiedź biblijna.

- Człowiek był nieśmiertelny i stracił ten przywilej. Jest szansa, że jeszcze go odzyska. Mamy przecież żyć wiecznie! Bunt przeciwko Panu Bogu spowodował, że człowiek stracił to, co Bóg chciał mu dać, zrezygnował z pierwotnej nieśmiertelności. Wolna wola człowieka zatriumfowała, choć użyliśmy jej niezbyt roztropnie. Skutek? Straciliśmy bardzo ważny kapitał na przyszłość i dopiero Jezus Chrystus musi to odzyskiwać.

Wyszliśmy ze świata idealnego.

- Rajskiego! Mieliśmy rozum, panowaliśmy nad zwierzętami i, co najważniejsze, mieliśmy bezpośredni kontakt z Bogiem. Ale w sprawę wmieszał się szatan.

Może uznał, że inaczej byłoby nudno.

- I tu kolejna tajemnica: skąd ten szatan? Bez rogów, prawie równy Bogu, wspaniały duch, skąd w takim typie pojawiła się nutka sprzeciwu wobec Boga?

Może grzech istniał od początku świata.

- Oczywiście, były takie koncepcje dualistycznego podejścia, opozycji i współistnienia dobra i zła od samego początku. Ale z tego, co wiem, współcześnie dominuje przekonanie, że to złamanie reguł, pierwsze nieposłuszeństwo, niepohamowana ciekawość była pierwszym impulsem do powstania zła, a za nimi szła śmierć.

Jest szansa, że dobro zwycięży?

- Szansa? To pewne.

Ale czy nie naiwne?

- Dla wierzących to pewnik. Choć codzienność wygląda zupełnie inaczej. Bóg Ojciec zesłał Syna swojego dla zbawienia dusz! Wierzymy w nieśmiertelność duszy, obietnicę wieczności. Poza tym obietnica życia po śmierci i rozliczenia z ziemskich grzechów trochę nas hamuje. Generalnie możemy wyróżnić dwie podstawowe postawy: egoistyczną i altruistyczną. Możemy skupić się na tym, co najlepsze, najpiękniejsze, na gromadzeniu, rozmnażaniu, wydawaniu, przecież i tak nic z nas i po nas nie zostanie.

- O wiele ciekawsze jest podejście altruistyczne, w które wpisana jest potrzeba zostawienia czegoś po sobie. Życie się nie powtórzy, dlatego muszę dokonywać odpowiedzialnych wyborów, z których rozliczy mnie drugi człowiek albo społeczność, w której funkcjonuję, lub - w wersji patetycznej - historia. A my tymczasem wierzymy, że człowiek staje w końcu przed Bogiem, zdaje rachunek dobra i zła. Gdzie tu różnica w podejściu do problemu? W kryteriach oceny naszego życia. My nie jesteśmy w stanie poznać wnętrza drugiego człowieka, a Bóg widzi, zna prawdę i wie, kto jest godzien nagrody.

Dlatego chrześcijanin powinien czekać na nią? Z rozmów z ojcem wyłania mi się obraz chrześcijanina, który nie myśli o śmierci, tylko czeka na to, co wydarzy się po niej, pyta, ponieważ chciałby wiedzieć, w co się pakuje, ale nie otrzymuje żadnej konkretnej odpowiedzi.

- Odpowiedzi daje wiara, nauka w tej kwestii milczy. Myślę, że jesteśmy w sytuacji podobnej do ateistów. Niektórzy kwestionują przecież założenie o życiu po śmierci tylko dlatego, że nie ma dowodów na to, że nie ma życia po śmierci (uśmiech).

- A objawienia? Mówią, że to złuda, że świadkowie z Fatimy są pomyleni. Paradoksalnie, właśnie dzięki świadectwom z tych miejsc ludzie się nawracają. Wiara może podciąć korzenie pewności osób niewierzących. Mam wrażenie, że Pan Bóg znajdzie sposób, by zbawić każdego, wystarczy tylko słuchać sumienia.

Od dłuższego czasu rozmawiamy o śmierci, w religii chrześcijańskiej nierozerwalnie powiązanej ze zmartwychwstaniem.

- To oczywista oczywistość.

Mam wrażenie, że żeby uwiarygodnić zmartwychwstanie, ewangeliści bardzo dokładnie opisują agonię Chrystusa, Jego konanie.

- Pewnie. "Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, (...) próżna jest nasza wiara". Zresztą motyw zmartwychwstania obecny był w wielu innych wierzeniach. Ozyrys, bóg śmierci i jednocześnie odrodzonego życia. Horus, który był słońcem zasypiającym wieczorem i zmartwychwstającym rano. Motyw przekroczenia czegoś, przemiany, dalszego ciągu życia pod inną postacią występuje w wielu systemach religijnych, różnią są jedynie formy przedstawienia i interpretacje.

- Nam z kolei objawione zostało w księgach, że Bóg stworzył człowieka do nieśmiertelności, pierwszy człowiek tę nieśmiertelność stracił i musiał pojawić się Jezus Chrystus, który mówi: "Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie".

A jeśli nie uwierzę?

- To zobaczymy, czy się spotkamy na drugim brzegu (uśmiech).

Ci, którzy zobaczyli Zmartwychwstałego, musieli wierzyć?

- To bardzo ciekawe zagadnienie. Jeszcze idąc na górę Wniebowstąpienia, nie dowierzali. Myślę, że to, co się wydarzyło, zupełnie przekraczało ich sposób pojmowania świata. Jezus objawia się uczniom i jeszcze by uwiarygodnić rzecz niewiarygodną, namawia ich, by go dotknęli, chce towarzyszyć im przy posiłku. Chwilę później znika. Normalny człowiek mógłby sfiksować!

Ale jednocześnie ci, którzy widzieli Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego, są najważniejszymi świadkami.

- Formalnie uwiarygodniają podstawy naszej wiary. Najciekawsze w tym kontekście jest nawrócenie świętego Pawła Apostoła. W drodze do Damaszku dzieją się rzeczy dziwne. Dochodzi do spotkania Szawła ze zmartwychwstałym Jezusem. Oczywiście są ludzie, którzy twierdzą, że spadł z konia, że jego przemiana to skutek epilepsji, dla mnie to absurd.

- Symbolem zmiany jest nowe imię Szawła. Już jako Paweł pisze listy, stwarza całą teologię chrześcijaństwa. Ginie za wiarę, staje się taki, jak ci, z którymi przez wiele lat jako Szaweł walczył. Z racjonalnego punktu widzenia tę przemianę trudno pojąć. Łatwiej przyjąć jej symboliczny wymiar, kiedy wierzymy. W historii Apostoła Narodów zawarte jest także ważne świadectwo zmartwychwstania.

Wróćmy do symbolicznego wymiaru męki Chrystusa na krzyżu, do której zmierzają wszystkie wydarzenia Nowego Testamentu.

- Ewangeliści oszczędnie opisują, co się działo podczas drogi krzyżowej. Nie epatują okrucieństwem. Dziś relacja taka mogłaby być, podobnie jak "Pasja" Gibsona, krwawa i bardzo dosłowna. Jeden z żołnierzy ciągnął Jezusa za rękę, drugi trzymał mocno, po chwili usiadł na Jego klatce piersiowej, zadając konającemu mężczyźnie niewyobrażalny ból. Twarz Jezusa pokryta krwią i piaskiem zdawała się mówić, że już dość, a to był dopiero początek prawdziwej męki - i tak dalej, i tak dalej.

Ewangeliści wykazali się dyskrecją?

- Dyskrecja sprawdza się w przypadku opisywania śmierci, mam wrażenie, że ważna jest także w czasie Eucharystii. Ukrzyżowania były wydarzeniami publicznymi, często towarzyszyły im tłumy gapiów. W przypadku Eucharystii też mamy wspólnotę. Pierwszy raz dzielono się chlebem i winem, Ciałem i Krwią. Symboliczny, dyskretny wymiar przemiany - o to również chodzi w religii. Dyskretny, ale na oczach wszystkich, którzy chcą widzieć. Mamy więc znaki, które jednak powinny nam przekazywać jakąś treść, odnosić się do rzeczywistości.

Jak do rzeczywistości miały się słynne hagiografie, losy świętych z klasycznym, szkolnym przykładem na czele, czyli z historią świętego Aleksego?

- Teksty hagiograficzne spełniały ściśle określoną rolę literacką i społeczną. Miały być opisem żywota osoby uznanej za świętą i jednocześnie realizować bardzo konkretny cel - pokazywać, że człowiek jest w stanie wyrzec się dla Boga prawie wszystkiego. Że dopiero nie mając niczego, można być blisko.

- Każdy porządny tekst hagiograficzny zawiera powtarzające się elementy, nieco wyolbrzymia wagę albo charakter niektórych wydarzeń. No i aura cudowności po śmierci! Nie mogło jej zabraknąć, wynikała z ogromnej potrzeby udowodnienia zasadności wyniesienia danej osoby na ołtarze. Hagiografie traktujemy z dystansem jak legendy z dawnych czasów. Ale w każdej legendzie jest element prawdy. Nie ma dymu bez ognia, musi coś się tlić, żeby dymek leciał.

We mnie tli się nadzieja, że poruszymy jeszcze jeden z aspektów związanych ze śmiercią, a dotyczący średniowiecza. W starożytności mieliśmy często kult świętych miejsc, od średniowiecza rozpoczyna się w Kościele katolickim kult relikwii.

- Nie zgodzę się - kult męczenników znali już pierwsi chrześcijanie, na ich grobach odprawiano Msze święte.

Chcąc nie chcąc, wracamy do miejsc i przedmiotów religijnego kultu.

- Miejsc było wiele, choć konkretna symboliczna dla religii przestrzeń zwana świętą niewiele znaczy bez człowieka. Święty gaj albo święta rzeka, a nieopodal krowa się pasie. I tu rodzi się pytanie, czy i krowa nie uszczknęła sobie odrobiny tej świętości (śmiech). Ewangelizacja za czasów pierwszych chrześcijan była nierozerwalnie związana z niszczeniem takich miejsc. Z kolei relikwie spełniały role symbolu. Miały przypominać o śmierci, a ludziom dawać nadzieję na lepsze życie.

- W Kościele katolickim wierzymy, że z relikwii świętych płynie łaska, obdarzone są szczególna mocą, czasami za ich sprawą stajemy się świadkami niewytłumaczalnych wydarzeń.

Odłóżmy relikwie na bok, ponieważ interesuje mnie kwestia o wiele poważniejsza - czy można śmiercią poniesioną w ofierze odkupić złe życie?

- O jaką ofiarę chodzi?

Na przykład oddanie za kogoś życia.

- Myślę, że nie trzeba od razu życia oddawać, żeby Bóg spojrzał na nas przychylnym okiem. Szczery akt żalu doskonałego powinien w zupełności wystarczyć, zapewniając nam okupienie win. Zapominamy, że chrześcijanin przede wszystkim powinien szukać relacji z Panem Bogiem; dla jednych to trudne, dla innych banalne, próbować warto. Nie ma konieczności oddawania życia.

- Choć z drugiej strony Chrystus oddał za nas życie, ojciec Maksymilian Kolbe w obozie koncentracyjnym oddał życie za innego człowieka. Przykłady można by mnożyć, mnie zawsze zastanawia fakt, że o wielu historiach prawdziwego męstwa i poświęcenia nie wiemy. Prawdziwa odwaga lubi anonimowość.

Zostańmy na chwilę przy wielkich postaciach Kościoła. Teresa z Avila napisała: "Umieram, bo nie umieram".

- Zgoda, ale najpierw trzeba umierać w sobie. Bo "kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa". Teresa z Avila zdaje się mówić: "Moje ziemskie życie jest spełnione". Śmierć ma tu zresztą inne znaczenie, chodzi o pozbywanie się tego, co jest dla nas balastem, obciążeniem. Lękamy się, boimy, ale kto nie ryzykuje, ten później nie ma satysfakcji.

- Czasami umieramy dla wielu rzeczy, wypowiadając słowo "Nie". Wódka? Nie, ja dla niej jestem już nieboszczykiem. Przygodny seks? Nie, dziękuję. Zabijam coś, co może uśmiercić moje relacje z najbliższymi. Trudne doświadczenia dają więcej satysfakcji. Ja umieram wszystkiemu, co nie służy mi do zbawienia. Mogę nie istnieć dla tego, co ludzie nazywają "prawdziwym życiem". Moje jest nieprawdziwe, bo klasztorne?

"Memento mori" - pamiętaj, że umrzesz. Pamiętajmy, że śmierć kiedyś przyjdzie i używajmy, ile się da?

- Tylko potem się nie zdziw, gdy przyjdzie ci zdać rachunek z dobrych i złych spraw, które w życiu zrobiłeś.

Próbuje mnie ojciec przekonać do nonkonformistycznego sposobu życia. A co z chwilą, używaj dnia! Potem sobie powiesz - pora umierać.

- I wtedy zabraknie księdza do ostatniej spowiedzi! (śmiech). Używaj dnia, ale kochaj, żebyś nie musiał potem wyznawać: kochałem siebie i przemijające rzeczy.

Fragment książki "Dusza z ciała wyleciała. Rozmowy o śmierci i nie tylko" - O. Leon Knabit, Łukasz Wojtusik. Zdjęcia: Adam Golec. Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec. Premiera: marzec 2016.

Skróty i wstęp pochodzą od redakcji.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje