Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cyk! I już mnie nie ma

Czasem potrzebuje się odciąć, uciec od życia, wyprowadzić z domu. Do nikogo się nie odzywać, wyłączyć. Gdy kończy się praca nad filmem, Wojciech Mecwaldowski wraca do bliskich. Trudne? Żeby nie zwariować, hoduje pszczoły, buduje wioski z klocków Lego i kolekcjonuje jajka z niespodzianką. Jest szczęśliwy.

Spotykamy się na warszawskiej Saskiej Kępie, tu Wojciech Mecwaldowski pomieszkuje, gdy gra. Przychodzi ubrany na luzie, dresowe spodnie, czarny T-shirt, słuchawki na uszach. Od razu zaznacza: "Jeśli będę mówił nieskładnie, to napisz, że mówię nieskładnie, ale nie poprawiaj mnie, proszę, nie rób ze mnie poety, bo na co dzień bliżej mi do analfabety". Po rozmowie jedziemy do redakcji. Pod samym wejściem znajduję miejsce  do parkowania, co zwykle się nie zdarza. "Podobno przynoszę szczęście, zagraj w Lotto", żartuje Wojtek. Kupuję los.    
Twój STYL: Zwracasz uwagę na znaki?

Reklama

Wojciech Mecwaldowski: - I to mocno, ale staram się nie zwariować. Jak będę jechał samochodem i wyobrażę sobie wypadek, to pewnie jakąś stłuczkę w końcu na drodze zobaczę i pomyślę: o, to znak, nie jadę dalej. Ale nie chcę być jak Adaś Miauczyński z Dnia świra. Od obsesji trzeba uciekać. Chodź czasami się nie udaje, bo trochę Adasiem jestem.

Każdy ma w sobie coś z Adasia Miauczyńskiego. Co masz ty?

- Też borykam się z abstrakcją życia, czasem jak opowiadam, co mnie spotyka, ciężko uwierzyć. Siedzę w Warsie, w PKP. Brało mnie przeziębienie, poprosiłem kelnerkę o wyciśnięcie soku z kilku cytryn. "Nie ma problemu", powiedziała. I przyniosła mi szklankę z cytrynami pokrojonymi na ćwiartki. Najpierw próbowałem je wyciskać łyżeczką, ale szklanka była za wąska, więc zacząłem kawałki cytryn wyjmować palcami, dusić, pestki strzelały w ludzi jedzących schabowego... Scena jak z Dnia świra. A ja myślałem: "Przecież ona ma umywalkę, mogła wycisnąć, potem ręce umyć, prosiłem..."  Co chwila mam takie sytuacje.

A nad jakimi znakami warto się pochylić?

- W 1999 roku pojechałem na Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach. W hotelu widzę Jana Peszka: stał w szlafroku, miał rozczochrane włosy. On, wielki aktor, i ja, początkujący, dopiero zdałem do szkoły. Po latach wchodzę na plan komedii Juliusz, przede mną staje Jan Peszek, mój filmowy ojciec, w szlafroku, z rozczochranymi włosami... Nagle widzę tamtą sytuację... Coś w tym jest, nie sądzisz?

W Juliuszu grasz mężczyznę, który znaków nie zauważa, sam siebie nie szanuje, jest tchórzem. Żyje z dnia na dzień. Rutynowo, ale bezpiecznie. Gdy pozwala sobie na odrobinę szaleństwa, jego życie nabiera barw. Bliżej ci do Juliusza poukładanego czy szalonego?

- Daleko mi do nich obu. Juliusz nie żyje z dnia na dzień, on żyje w tym samym dniu jak w Dniu świstaka. Ja wierzę w siebie, on nie. Dużo czerpię z moich przyjaciół, bliskich, on odsuwa się od ludzi. Jego sytuacja rodzinna - ojciec alkoholik, skupiony na zabawie - jest mi obca. I wcale nie jest poukładany. To pozory. Dzięki tej roli dotknąłem rzeczy, których nie przerobiłbym prywatnie. Należę do aktorów, którzy nie czerpią z własnego życia, by budować role. Jeśli w jednej scenie Jan Peszek leży na kanapie, to ja nie wyobrażam sobie mojego taty, bo to by była jakaś paranoja. Nie myślę w pracy o swoim życiu - praca jest po to, bym od niego uciekał. 

Ale to w życiu prywatnym idziesz do szpitala psychiatrycznego, by obserwować zachowanie chorych ludzi. A przed filmem Jerzego Skolimowskiego 11 minut, gdzie grasz mężczyznę obsesyjnie zazdrosnego o żonę, zamieszkałeś z filmową partnerką, by poczuć, jak to jest być jej mężem. Robisz to dla roli.

- Tak, na studiach spędziłem kilka dni na oddziale dla psychicznie chorych, podglądałem pacjentów, bo grałem McMurphy’ego w Locie nad kukułczym gniazdem. Takie wyłączanie się ze swojego życia sprawia mi frajdę. Cyk i nie ma mnie.  Staram się zbliżyć do postaci, którą gram, znaleźć w jej świecie, oczywiście zachowując granice. Nie można przesadzić, żeby nie zwariować.

Jak z tyciem lub chudnięciem do roli? Można przesadzić?

- Marek Kondrat mi powiedział, że są pewne granice, do których musimy dojść, by zobaczyć, gdzie ta granica jest. Już wiem, gdzie jest moja. Kiedyś schudłem tak bardzo, że łapałem się za żebra, kręgosłup miałem na wierzchu, ważyłem pięćdziesiąt parę kilo. Potem musiałem się leczyć, przegiąłem. Ale kocham to przepoczwarzanie. Mam plastyczny organizm, na razie się nie buntuje. Gdy jestem w fazie tycia, widzę coś smacznego - jem. Kiedy muszę schudnąć, widzę to samo i naturalnie, z ręką na sercu, nie chce mi się tego jeść. Bo moje ciało i ja współpracujemy.

Jesteś dla siebie dobry?

- Nie. Wykonuję też zawód, który mnie trochę wyniszcza. Po każdym filmie muszę dojść do siebie.

Mocno wchodzisz w rolę?

- Tak. Ale chirurg też musi wejść w swoją rolę, by zoperować czyjeś serce, inaczej nie będzie biło. Jeśli ja nie wejdę w rolę, to dobrze nie zagram, serce nie zabije.

Są aktorzy, którzy w ciągu dnia odbierają dziecko ze szkoły, naprawiają samochód, wieczorem wychodzą na scenę, grają, a potem umawiają się z kolegami na wódkę, po 15 minutach są w innym świecie. Ty stajesz się postacią, którą grasz?

- Może tak: lubię tę postać ze sobą nosić. Jeżeli mam w filmie dużą lub główną rolę, gram miesiąc, półtora, staram się wejść w nią jak najgłębiej i pozostać aż do końca zdjęć. Niektóre role tego wymagają. Jeżeli nie odciąłbym się od ludzi, świata, swojego życia, gdy grałem Tomeczka w Dziewczynie z szafy, nie zrozumiałbym, że chory na autyzm jest samotną planetą krążącą wokół wielu innych planet. Kompletnie inny świat.

Spędziłem dużo czasu z dzieciakami chorymi na autyzm, poznałem ich życie, chyba najbardziej przerażające jest to, że niektóre z nich nie chcą wyzdrowieć, jest im dobrze w ich świecie. Tylko my tego nie widzimy, na siłę ich stamtąd wyciągamy, wydaje nam się, że pomagamy. W czasie zdjęć do Dziewczyny z szafy wyprowadziłem się na półtora miesiąca z domu. Z hotelu wychodziłem nad ranem, wracałem wieczorem. Funkcjonowałem cały czas jako Tomeczek. Odizolowałem się, z nikim nie rozmawiałem, nie miałem domu. Mogę sobie pozwolić na takie wycięcie z życia, ale potem chcę do bliskich wrócić. Na szczęście mam wyrozumiałą rodzinę, oni wiedzą, że czasem tak muszę.

Pobyć w samotności?

- Lubię być sam, ale nie samotny. Od dziecka mam potrzebę przebywania tylko ze sobą, by się usłyszeć, zresetować. Przy ludziach nie potrafię, przejmuję ich energię, emocje. Jestem w nich, oni  we mnie. Ciężko wtedy myśleć o sobie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje