Reklama

Reklama

Córka Ewy Błaszczyk: Mamo, nigdy mi o tym nie mówiłaś

​Poznajcie Mariannę Janczarską, córkę aktorki Ewy Błaszczyk i dramaturga Jacka Janczarskiego, która właśnie debiutuje na scenie. Jak na jej życie wpłynęły traumy z dzieciństwa? Co ma po matce, którą podziwia, a co po ojcu, którego ledwo pamięta?

Kiedy miałam sześć lat, nasz bezpieczny rodzinny świat runął. Nagle zmarł mój ojciec, a trzy miesiące później Ola, siostra bliźniaczka, zakrztusiła się tabletką i wpadła w śpiączkę. 

Reklama

Nie rozumiałam wtedy do końca, co się dzieje. Trudność całej sytuacji dotarła do mnie znacznie później, niestety z odpowiednimi konsekwencjami. Ciężko i emocjonalnie odchorowałam to wszystko. Miałam duży żal do losu i nie mogłam zrozumieć, dlaczego te tragedie przydarzyły się nam. 

Spróbowałam ułożyć swoje życie na nowo, na terapii. I myślę, że szybko dojrzałam. Na szczęście nie mam już pretensji do losu, choć dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z tym, co się stało. Jednocześnie poczułam ulgę. 

Nie poświęcam zbędnej energii na narzekanie i rozdrapywanie ran. Paradoksalnie pomogło także to, że dzięki założonej przez mamę fundacji "Akogo?" poznałam wiele osób cierpiących, chorych. Przekonałam się, że wcale nie mam najgorzej... 

Hej, szalała, szalała!

Tym, którzy nas nie znają, wydaje się, że my z mamą od wielu lat tylko siedzimy w domu i płaczemy nad swoim losem. Czasem słyszę, że mam "takie smutne oczy". Nieprawda! Nie jestem smutnym człowiekiem, dużo rzeczy mnie bawi, cieszy, podobnie jak mamę. Nadal potrafimy się głośno i szczerze śmiać. I przeżyłyśmy sporo radosnych momentów. 

Myślę, że osoby, które znają naszą historię, dopowiadają sobie to, co im pasuje. Czyli "matka artystka zajęła się chorym dzieckiem, a to drugie wychowywało się samo. I stąd smutne oczy". Tylko że tak nie było! Mamy całkiem sporo radosnych wspomnień. 

Na przykład kilka lat temu: plaża w Gdyni, wakacje, słońce. Obie nie potrafimy siedzieć bezczynnie na leżaku, więc namawiam mamę na... przejażdżkę na "bananie" (wielki żółty ponton ciągnięty przez motorówkę - red.). Mama nie waha się ani chwili i jest zachwycona! Kiedyś spróbowałyśmy też parasailingu, czyli jazdy na paralotni przyczepionej do pędzącej motorówki. Miałyśmy ubaw. 

Nie, nie pamiętam mamy biegającej ze mną, dzieckiem, na czworakach po dywanie. Odprężało nas wspólne śpiewanie. Uwielbiałyśmy muzykę z płyty Kayah i Bregovicia oraz twórczość zakopiańskiego zespołu Krywań. Dawniej we czwórkę - bo jeszcze z tatą i Olą - wyjeżdżaliśmy do Bukowiny Tatrzańskiej, a potem już jeździłyśmy tam we dwie. I pamiętam podróże samochodem, jak śpiewamy z mamą głośno: "Heeej, szalała, szalała!"... Wybrałam tę piosenkę na egzaminach do szkoły teatralnej jako utwór ludowy. 

Mama nie stosowała wobec mnie żadnych kar. Miała fioła na punkcie porządku. Jako dziecko utrzymywałam w szafie i na biurku ład, dopiero potem to się zmieniło. Czułam, że skoro mama ma tyle trosk i zadań na głowie, to nie powinnam jej już niczego dokładać. Najważniejsze zasady, które mi wpoiła, to po pierwsze: jak się coś komuś obiecało, to się dotrzymuje słowa. Po drugie: nie ma nic gorszego niż kłamstwo. Mama była najbardziej zirytowana wtedy, kiedy złapała mnie na "ściemnianiu". 

Młoda sztuka

Na początku tego roku przeżyłyśmy z mamą wzruszające chwile. Miałyśmy premierę spektaklu, w którym po raz pierwszy razem gramy: "Wania, Sonia, Masza i Spike" (reż. Maciej Kowalewski - red.) w teatrze Polonia. Moja pierwsza premiera od ukończenia studiów! Po spektaklu popłakałam się ze szczęścia. 

"Gratuluję, masz zrobioną pierwszą rolę", powiedziała mama, na co dzień dość oszczędna w chwaleniu. Kilka lat temu zostałam skreślona z listy studentów w szkole teatralnej - dyplom z aktorstwa zrobiłam w Warszawskiej Szkole Filmowej. Zadra w sercu pozostała, poczucie wartości poleciało w dół. Spektakl w Polonii podniósł mnie na duchu. Za każdym razem, stojąc na scenie, myślę: "Jak fajnie, że mogę dawać pozytywne emocje innym". 

Granie z mamą w jednym spektaklu jest ciekawym doświadczeniem, ale niełatwym. Przecież to aktorska wyga. Parę razy, kiedy miałam wątpliwości co do konkretnej sceny, zapytałam ją o zdanie. Odpowiedziała rzeczowo, jak to ona. Poza tym nie dawała mi zawodowych rad. I dobrze, bo trudniej przyjąć uwagi od najbliższej osoby. Wolę dostawać rady od innych, np. Małgorzaty Rożniatowskiej, z którą złapałam świetny kontakt. 

W grudniu miałam okazję przekonać się, jak wiele mama zrobiła w zawodzie. Z okazji 40-lecia pracy artystycznej mamy zmontowałam filmik z jej rolami filmowymi i serialowymi, oczywiście z kultowymi "Zmiennikami" na czele. Najbardziej lubię jej główną rolę w filmie "Nadzór" (reż. Wiesław Saniewski - red.). Mama była uroczą, pyzatą blondynką o delikatnym głosie. Zaczęłam interesować się jej rolami dopiero wtedy, kiedy byłam w ostatniej klasie gimnazjum. Wcześniej przechodziłam okres buntu kontrolowanego. Twierdziłam, że na pewno nie zostanę aktorką. Myślę, że chciałam mamie zrobić na złość, jak to nastolatka. Choć jako dziecko byłam nad wyraz dojrzała przez te tragiczne wydarzenia. A do "Zmienników" lubię powracać nie tylko dlatego, że uważam ten serial za bardzo dobry i wciąż niezwykle zabawny. Scenariusz razem ze Stanisławem Bareją współtworzył mój ojciec Jacek Janczarski. 

>>> Z kim Jacek Janczarski miał romans? O tym przeczytasz na następnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje