Przejdź na stronę główną Interia.pl

Coco Loco, czyli szalony kogut

Dziennikarz, podróżnik, obywatel świata. Pozostał w naszej świadomości jako człowiek, który „tu był”. Stworzył na swój temat wiele fascynujących legend. – Nigdy się nie powtarzał i dlatego mnie nie nudził – mówi o Tonym Haliku Elżbieta Dzikowska, jego partnerka w życiu i w podróży.

W 1974 roku, przy okazji wyprawy do Peru w ramach rocznego stypendium, miała pani przeprowadzić wywiad z mieszkającym w Meksyku polskim podróżnikiem i dziennikarzem pracującym dla amerykańskiej telewizji NBC, Tonym Halikiem. Potem powiedziała pani: "Nie mogłam się nie zakochać w takim wariacie...".

Reklama

Elżbieta Dzikowska: - Ale najpierw zobaczyłam go w telewizji. Opowiadał o szalonych skoczkach z Acapulco. Pomyślałam sobie: jaki śmieszny facet, i wyłączyłam telewizor (śmiech). Jak go poznałam, okazało się, że jest wyjątkowo uroczym brzydalem. Bardzo inteligentnym. Ten urok sprawiał, że miał powodzenie u kobiet.

Kiedy się spotkaliście, pani miała 37 lat, a Tony - 53.

- Powiedział mi, że ma 50. Odmładzał się (śmiech). Na wywiad zaprosił mnie do domu. Mieszkał z żoną Pierrette, Francuzką, z którą związał się pod koniec wojny we Francji, i ich 16-letnim wtedy synem Ozaną. Zjedliśmy kolację, jego ulubiony befsztyk i - co było wielkim poświęceniem z jego strony - barszczyk z torebki z Polski. To, co z Polski, było najlepsze. Ale podzielił się ze mną tym skarbem. Niedługo potem Tony wyprowadził się z domu. Widać tak miało być.

Z Tonym Halikiem połączyła panią Ameryka Łacińska, ale pani przecież fascynowała się Chinami...

- Nie mogłam znaleźć pracy po sinologii. Musiałam ścierać kurze z książek w bibliotece UW. Pamiętam jak dziś: 8 zł za godzinę. Jak dostałam propozycję prowadzenia działu poświęconego Ameryce Łacińskiej w piśmie "Kontynenty", zaangażowałam się. Zaczęłam uczyć się hiszpańskiego, czytać, a w końcu tam jeździć. Pierwszą podróż odbyłam na długo wcześniej, zanim poznałam Tony’ego, w 1965 roku. Ameryka Południowa mnie zafascynowała.

Jednak już na miejscu stypendium w Peru okazało się nieaktualne...

- Ja jestem w czepku urodzona - na wieść o tym ówczesny prezydent Meksyku Luis Echeverría Álvarez, z którym zdążyłam się zaprzyjaźnić, przyznał mi roczny grant w Meksyku. A po roku zaproponował pracę i obywatelstwo. Wtedy trzeba było mieć 25 lat rezydencji, żeby o obywatelstwo w ogóle wystąpić. Jednak zdecydowałam się na powrót do kraju. Miałam tu przyjaciół, dom, nawet męża. Byłoby nieelegancko korespondencyjnie zakończyć nasze małżeństwo. Powiedziałam Tony’emu: "Jeśli chcesz być ze mną, to tylko w Polsce".

I przyjechał?

- Wiedział, że nie będę chciała żyć nigdzie indziej. Tu miałam pracę, środowisko. Wydałam książki, zrealizowałam filmy, które były pokazywane w telewizji. Czułam się potrzebna. A w życiu najważniejsze są miłość i praca. Może życie w Meksyku byłoby łatwiejsze i zasobniejsze niż w PRL-u, ale mnie to nie interesowało.

Pani mąż zaakceptował wasze rozstanie?

- Nie miał wyjścia. Po przyjeździe Tony’ego do Polski zaprosił go na kolację - chciał poznać swojego następcę i sprawdzić, czy nie pakuję się w niewłaściwy związek. Uznał, że nie. Dzięki temu przyjaźniliśmy się do końca jego życia, bo Zbigniew od dwóch lat jest już w innym świecie, jeśli on istnieje.

Paradoksalnie, żeby przyjechać dla pani do Polski, Tony Halik musiał zrzec się polskiego obywatelstwa...

- Inaczej nie mógłby wyjeżdżać, a musiał być dyspozycyjny wobec NBC i przede wszystkim chciał podróżować. To była jego pasja. Jako polski obywatel nie miałby już takiej wolności. Zdecydował się na paszport argentyński. Mając 76 lat, odzyskał polskie obywatelstwo. Bardzo mu na tym zależało, bo czuł się Polakiem. Potrafił się kłócić o to, że polska wódka jest lepsza od rosyjskiej.

Pierwszy raz pojawiliście się razem gościnnie w programie "Klub sześciu kontynentów" w kwietniu 1977 roku. Potem prowadziliście w telewizji własny cykl "Pieprz i wanilia". Chciała pani występować przed kamerą?

- Tony już wcześniej pracował w telewizji. Ja nie byłam pewna, czy chcę prowadzić programy. Lubiłam być zaangażowana w ich wymyślanie, powstawanie, pisanie scenariuszy. I cieszyłam się, że będą okazją do poznawania świata. Jednak przyszedł stan wojenny i nie zdecydowałam się na występy w telewizji. Tony prowadził programy z Ryszardem Badowskim (dziennikarz, podróżnik, fotograf - red.). Odmawiałam przez rok. Solidaryzowałam się z przyjaciółmi. Tony nigdy nie pasjonował się polityką, nie angażował się w nią. Oczywiście rozumiał, co się tutaj działo. Realizował przecież reportaże o sytuacji w Polsce dla NBC. Ale to podróżnicze programy były jego życiem. I nie chciał z nich rezygnować. Każde z nas miało za sobą inną przeszłość. Moja (w wieku 15 lat Elżbieta spędziła pół roku w więzieniu w Lublinie za przynależność do tajnej organizacji antykomunistycznej ZEW - red.) obligowała mnie do konsekwencji. Tony nie miał żadnych zobowiązań.

Rozumiał pani decyzję?

- Dał mi miłość, szacunek i wolność. Szczególnie wolność była dla mnie istotna. Nie przeszkadzaliśmy sobie w realizowaniu swoich zamierzeń. Jak przygotowywałam z moją przyjaciółką Sławką Wierzchowską wystawę polskiej sztuki emigracyjnej "Jesteśmy..." dla Zachęty, a potem "Ars erotica" dla Muzeum Narodowego, rozumiał, że muszę go opuścić, bo teraz coś innego jest dla mnie ważniejsze. Jak chciałam jechać w Bieszczady do ukochanych Ustrzyk Górnych, których jestem honorową obywatelką, i pochodzić po połoninach, też nie miał nic przeciwko temu. Chociaż sam mówił, że po górach skaczą tylko kozy i rogacze. Myślę, że ta awersja do gór wynikała z jego kłopotów z sercem. Kiedy na wulkanie El Popo filmował piękną Meksykankę uprawiającą jogę, dostał migotania przedsionków. Z kolei gdy on miał ochotę pływać po "sztormiastym" Bałtyku, a ja nie, bo cierpiałam na chorobę morską, to ja to akceptowałam. Tony uwielbiał sztormy. Mawiał: "Super, będziemy walczyć o życie".

Zgadza się pani z opinią, że był "dyplomatą" wśród dziennikarzy?

- Wszystko potrafił załatwić i wszędzie dotrzeć. Opowiadał mi, że gdy przyjmowali go do pracy w NBC, zapytali, jak by zrealizował reportaż w sytuacji, kiedy nie ma możliwości dotarcia do bohaterów, bo wszystkie drzwi są zamknięte. A on na to: "Wybiłbym okno". Chociaż nie mam pewności, czy to historia prawdziwa (śmiech).

Nie było Polaka, który by przez 30 lat pracował dla NBC. A jednak Tony Halik nie podkreślał znaczenia swojej pracy dla amerykańskich mediów.

- Ja nawet nie myślałam o nim jako o polskim dziennikarzu. Taki był Rysiek Kapuściński. Choć Tony nie powinien umniejszać znaczenia swojego dorobku. Nawet kiedy realizował materiały o Polsce i przyjeżdżał reżyser z NBC, nie pełnił tylko funkcji operatora. Amerykańscy redaktorzy nie mieli tu żadnych kontaktów, niespecjalnie rozumieli, co się tutaj dzieje. Mam jeszcze notesy Tony’ego, w których notował szkice tych materiałów. Wszystko miał zaplanowane. Każde ujęcie. Miał też swoje wielkie osiągnięcia. W końcu dotarł do Fidela Castro. Rozmawiał z wieloma prezydentami. Z każdym umiał się porozumieć.

Przyjaźnił się z Ryszardem Kapuścińskim?

- Bardzo. Poznali się w Meksyku, gdzie Kapuściński został korespondentem PAP-u. Potem spotykali się często. Ryszard odwiedzał nas w domu. Siadali razem i rozmawiali bez końca. O rzeczach bardziej poważnych i mniej. Pamiętam taki bal karnawałowy, podczas którego wszyscy tańczyliśmy przez całą noc. Ryszard też. Lubiliśmy razem spędzać czas. Kapuściński był niezwykle ciepły i sympatyczny. Bo że mądry, to wszyscy wiedzą.

Na zdjęciach Tony Halik wygląda tak, jakby ciągle chodził w tym samym ubraniu...

- Często go o to pytano, a wtedy mówił, że ja tak dużo wydaję, że jego już nie stać na nowe ubrania (śmiech). A on po prostu miał kilka tuzinów takich samych koszul. Zaopatrywaliśmy się w amerykańskiej strefie w Panamie, w sklepach dla marines. Kupował zawsze takie same, od razu mnóstwo. A zimą te same argentyńskie swetry. Nie lubił się stroić. Jego ulubioną ozdobą była chusteczka na szyi i broszki z bursztynu - co roku kupowałam mu nową. Nie przepadał też za eleganckimi ubraniami. Kiedyś pojechaliśmy do Czechosłowacji, bo wyszła tam jego książka. Ale honorarium nie można było w żaden sposób przetransferować do Polski, więc postanowiliśmy je wydać na miejscu. Tony sprawił sobie elegancki płaszcz i kapelusz. Nigdy ich nie włożył.

Nie przywiązywał wagi do wyglądu, ale za to lubił innych obdarowywać prezentami?

- O, był jak Święty Mikołaj! Z podróży przywoził mnóstwo drobiazgów. Dla swoich najbliższych przyjaciół takie srebrne zapinki w formie kapelusików. Jak twierdził - ci, którzy je dostawali, należeli do Klubu Srebrnego Kapelusza. Dla mnie - najczęściej biżuterię w kształcie rybki albo sówki. Jestem spod znaku Ryb, a Tony nazywał mnie Sówką Halikówką. Był niezwykle szczodry.

Stworzyła pani imponującą kolekcję polskiej sztuki współczesnej. Podobno kupiła ją pani za pieniądze wygrane od męża w karty...

- Tak było. Trochę go na początku oszukałam. Przyszedł kiedyś, mówiąc, że poznał fajną grę, której mnie nauczy. Zgodziłam się, ale pod warunkiem, że będziemy grali na pieniądze. Tymczasem doskonale umiałam grać w kanastę, więc wygrywałam. Potem raz do roku, gdy rozliczaliśmy się z tych wygranych, dzwoniłam do swoich przyjaciół artystów, mówiłam im, ile mam pieniędzy, i pytałam, co mogę za to kupić. Jako krytyka sztuki zawsze interesowała mnie sztuka współczesna. Moja galeria przez lata nieźle się rozrosła (zapisałam ją Muzeum Narodowemu w Toruniu). Nauczyłam Tony’ego także grać w brydża. Tu też nie szło mu najlepiej (śmiech).

Państwa małżeństwo uznawano za idealne.

- Uzupełnialiśmy się. Nazywałam go Coco Loco, czyli szalony kogut, choć nie było to do końca zgodne z prawdą. Wydawało się, że jest taki otwarty, wesoły, a miał swoje mroczne tajemnice... Poza tym wcale nie był emocjonalnie rozwichrzony. Raczej wyjątkowo uporządkowany. W przeciwieństwie do mnie. Ale jemu nigdy mój nieład nie przeszkadzał. A mnie odpowiadało, że on jest przywiązany do porządku, w końcu ktoś go w związku musi robić. Był też bardzo odpowiedzialny. I spełniał moje marzenia. Pytał, dokąd chciałabym pojechać. Ja wymyślałam: tropem romańskich katedr, na Sycylię albo jeszcze gdzie indziej. A on na to: "Jedziemy".

I wyruszaliście w drogę?

- Przyczepą Niewiadów albo naszą łódką Halikówką. Sypialiśmy na kempingach, ja gotowałam. Jeżeli ktoś myśli, że wydawaliśmy na to mnóstwo pieniędzy, to się myli. Tak zwiedziliśmy kawał świata i jeszcze zdołaliśmy to pokazać - udało się nam zrealizować około 300 filmów i programów. Nigdy nie jeździliśmy w miejsca turystyczne. Niedawno obejrzałam kilka odcinków naszego cyklu o Ameryce sprzed lat. Tony wynajął wtedy duży kamper i przez kilka miesięcy podróżowaliśmy przez 27 stanów. Nie pokazywaliśmy turystycznych atrakcji, ale pojawiało się w tych programach mnóstwo informacji związanych z kulturą, cywilizacją, historią i przyrodą.

W latach 80. wasz program podróżniczy "Pieprz i wanilia" oglądało regularnie kilka milionów widzów. Byliście gwiazdami.

- Bo nasz program był jedyny. Takie okno na świat. Przecież w PRL-u nie było łatwo wyjeżdżać. Trzeba było mieć paszport, normalnie niedostępny, i pieniądze. A Tony jako pracownik NBC miał niezłą pensję, a potem niezłą emeryturę. Świetnie, że mogliśmy wydawać pieniądze tak pożytecznie.

Jaki ma pani stosunek do książki "Tu byłem. Tony Halik" Mirosława Wlekłego?

- Skomplikowany. Autor odkrywa w niej sprawy, które Tony chciał ukryć, i trzeba było to tak zostawić. Chciał być taki, jakiego sam sobie wymyślił.

Mimo że życie pani męża okazuje się jeszcze ciekawsze niż ta ubarwiona przez niego wersja? Z jednej strony, dowiadujemy się, że wcale nie był pilotem RAF-u, tylko został wcielony do Wehrmachtu i służył w jednostkach wspierających Luftwaffe, ale z drugiej, poznajemy historię jego udziału we francuskim ruchu oporu (Résistance). Zresztą dzięki zostawionej przez Tony’ego Halika kopercie, którą pani jednak otworzyła.

- Kiedy pan Mirosław przyszedł do mnie i powiedział, że chce napisać biografię mojego męża, uznałam, że to niepotrzebne. Szczególnie myślę o fragmentach dotyczących rodziny Tony’ego. O ojcu, który - przykro nawet mówić - popełnił samobójstwo, o matce... Jednak nie mogłam mu tego zabronić, więc postanowiłam się do tej pracy przyłączyć. Obawiałam się, jak książka zostanie przyjęta. Pamiętałam o tym, że Tony kazał mi spalić tę zamkniętą kopertę, czego nie zrobiłam. Może na szczęście... W końcu te dokumenty pokazują jego odwagę. Sam przywódca Résistance daje temu świadectwo w listach do Tony’ego.

O współpracy męża z SB dowiedziała się pani, gdy powstawała książka?

- Trochę wcześniej. Parę lat temu zgłosił się do mnie człowiek z IPN-u, który chciał pisać o Tonym, i powiedział, że znajdują się tam związane z nim dokumenty. IPN mi je udostępnił. Ale za życia Tony’ego nie miałam o tej sprawie pojęcia. Nigdy mi się do tego nie przyznał. Ja to dzisiaj rozumiem. Koniecznie chciał dostać w Polsce kartę stałego pobytu. Chciał być tu ze mną, bo mnie kochał. Możliwe też, że szantażowano go ujawnieniem sprawy z Wehrmachtem.

O Wehrmachcie pani wiedziała?

- Nie. Kiedy się poznaliśmy, opowiadał mi, jak uciekał przez Rumunię do Francji. I potem trzymał się tej wersji. Może dobrze. Hitlerowcy zabili mojego ojca, komuniści więzili mnie w zamku lubelskim. Nie wiem, jak by było, gdyby o tych wszystkich tajemnicach jednak powiedział... On mnie chronił. Oswajam się ciągle z tymi wszystkimi informacjami.

Musiało mu być ciężko z takimi tajemnicami...

- Na pewno. Nie miał z kim o tym porozmawiać. Na szczęście z dokumentów wynika, że jego bycie współpracownikiem nie okazało się obciążające. Niczego nie podpisał, nie wziął nigdy grosza, nikomu nie zaszkodził. I przez osiem lat przekazał pięć informacji o Meksyku. Pochodziły z tamtejszej prasy. Bo przecież o relacjach handlowych Meksyku i Chin nie miał zielonego pojęcia! I w końcu sami zrezygnowali ze współpracy, bo okazał się nieprzydatny.

Ma pani kontakt z Ozaną, synem Tony’ego Halika?

- Przez cały czas. To ja go namówiłam, żeby wypowiedział się w książce. Uważałam, że powinien w niej zaistnieć, bo jego słowa i emocje są w tej historii ważne. Ozana zawsze był mi bliski. Mawiał, że ma ojca i matkę, ale nie ma rodziców. Przyjeżdżał do Polski, my jeździliśmy do niego i jego rodziny w Stanach. Może w przyszłym roku znowu przyjedzie. Chciałabym jego córce Kirsten, która jest architektem i szykuje się do wyjścia za mąż, pokazać kraj dziadka.

Może pierwsze małżeństwo Halika z Pierrette obumierało, bo ona znała jego tajemnice z czasów wojny, a jednocześnie widziała, że jej mąż nie mówi prawdy, i trudno jej było to zaakceptować?

- To było przez długi czas dobre małżeństwo. Pierrette wiedziała zapewne o Wehrmachcie i udziale Tony’ego we francuskim ruchu oporu, z czego musiała być dumna. Nie jestem pewna, czy znała wątek rodzinny. Ozana poprosił mnie, żebym mu napisała, co jest w książce, bo nie przeczyta jej, nie znając polskiego. Niestety, ma teraz za złe ojcu, że mu o wszystkim nie powiedział, że nie zdradził mu historii rodzinnych. Potraktował to jako dowód braku zaufania. Mam nadzieję, że się z tym pogodzi. Bo przecież Tony nikomu o tym nie powiedział. Miał tak trudne dzieciństwo, że je wyparł.

Był dobrym mężem?

- Świetnym. Miałam poczucie bezpieczeństwa. Teraz mam wielu przyjaciół, ale bywa, że czuję się samotna. Brakuje mi Tony’ego. Nie ma takiego drugiego na świecie, to był egzemplarz wyjątkowy.

W PRL-owskiej telewizji Tony Halik był jak kolorowy ptak, zapowiedź i obietnica, że istnieje inny świat, wolność...

- Ale okazało się, że sam nie był wolny. Od siebie.

Przed śmiercią pogodził się z tym, że jest zbyt słaby, żeby podróżować?

- Nie. Miał kłopoty z sercem. Krótko przed śmiercią poddał się operacji bioder. Wtedy w szpitalu nabawił się zapalenia płuc i na nie zmarł. Ale do końca planował podróże. Chciał, żebyśmy jeszcze pojechali do Indonezji. Musiałam go powstrzymywać. Myślę, że chciał umrzeć w podróży.

Anita Zuchora

PANI 5/2017

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje