Przejdź na stronę główną Interia.pl

Clark Gable i Carole Lombard: Drwal spotyka ślicznotkę

Zanim Gable i Lombard stali się wielkimi gwiazdami Hollywood, zanim się jeszcze poznali, zakochali w sobie, a potem zdołali nabrać całą Amerykę na związek, mówiąc w skrócie, "w grzechu", byli skromnymi, nic nieznaczącymi mieszkańcami Środkowo-Zachodnich Stanów Zjednoczonych.

Gable dorastał w rolniczym Ohio, miał ojca farmera i matkę "artystkę", która zmarła sześć miesięcy po jego urodzeniu. Kolejne lata życia spędził u swoich dziadków w gospodarstwie rolnym, ale "artyzm" jego matki, dość słabo uargumentowany, często wykorzystywano, aby wyjaśnić, jakim sposobem tak postawny i męski facet obrał kurs na nieco sfeminizowane środowisko sceny. (...)

Reklama

W 1924 roku poznał Josephine Dillon, starszą o siedemnaście lat nauczycielkę aktorstwa. Dillon udoskonaliła jego zdolności aktorskie, nauczyła go, jak modulować głos i dopasowywać do różnych ról męskich. Zafundowała mu także nowe zęby, jako że te, którymi mógł pochwalić się Gable, zupełnie nie nadawały się do poważnych występów aktorskich, nie wspominając już o Hollywood. Dillon była pierwszą z całego wianuszka starszych kobiet, które stały się towarzyskimi i kulturalnymi mentorkami Gable’a, w znacznym stopniu go finansując. Aktor był więc utrzymankiem, lecz ten fragment jego życiorysu skrzętnie pomijano, podkreślając, że po prostu uwielbiał "wytworne kobiety".

Gdy Dillon wystarczająco wszechstronnie ogładziła Gable’a, para przeprowadziła się do Los Angeles i wzięła ślub. Gable parał się pomniejszymi rólkami i zawalił sprawę na przesłuchaniu. Znalazł angaż w kilku przedstawieniach wędrownych trup aktorskich i z tego powodu opuścił zarówno Los Angeles, jak i Dillon, po czym w końcu zagrał kilka głównych ról na Broadwayu, gdzie chwalono jego "dynamiczne i okrutnie męskie" usposobienie w sztuce "Machinal " (1928). Podczas swego pobytu w Nowym Jorku poznał Rię Langham, dwukrotnie rozwiedzioną bywalczynię salonów, również starszą o dekadę od Gable’a. Informacje na temat tego, kiedy rozpadł się związek z Dillon, a zaczął z Langham, są dość niejasne. Wiadomo jednak, że w 1931 roku aktor wrócił do Los Angeles, aby zagrać w nowej sztuce, a niebawem uzyskał rozwód z Dillon i pozwolenie na zawarcie małżeństwa z Langham.

Wystąpił w przesłuchaniu dla Warner Bros., ale dyrektor studia rzekomo orzekł, że aktor ma za duże uszy i "wygląda jak małpa". Na stracie wytwórni Warner zyskało studio MGM. Gable harował prawie całą dekadę, grywając na peryferyjnych scenach Hollywood, ale w końcu podpisał kontrakt. Z początku grywał złe charaktery. Jego ciemna karnacja i ulizane włosy pasowały do takiego wizerunku. W 1931 roku zagrał szefa mafii w "Dance, Fools, Dance". Wystąpił u boku Joan Crawford i mimo że była to jedynie rola drugoplanowa, to poza nogami Crawford aktor stanowił najbardziej gorący punkt filmu. W ciągu kolejnych kilku miesięcy MGM obsadzało go w coraz bardziej znaczących rolach, a "The New York Times" donosił, że "nie było tajemnicą", iż dyrektorzy wyznaczają Gable’owi ścieżkę ku sławie.

Wówczas Gable’a opisywano przede wszystkim jako amanta. Jego widoczny gołym okiem błyskawiczny awans, łącznie z tęsknym i smętnym spojrzeniem, w naturalny sposób przywodził na myśl porównania z Valentino, ostatnim wielkim kochankiem Hollywood. Gable, podobnie jak Valentino, przeszywał serca kobiet "prądem", wystarczyło tylko, aby pojawił się na ekranie, a kobiety już mdlały. Rysy jego twarzy były charakterystyczne. Jak opisywano w artykule trafnie zatytułowanym "Dlaczego kobiety tracą głowę dla Clarka Gable’a", grani przez niego bohaterowie pozostawali niewzruszeni, a jednak domagali się "zupełnej uległości" - jeśli nie mogli jej dostać, woleli raczej zginąć. To było skrajne i siłowe rozwiązanie, lecz w pewien sposób było też elementem romantycznego rozumienia miłości i pożądania, a to kobietom wydawało się niewymownie sexy.

Lecz Gable - lub dokładniej: biuro prasowe MGM - rozumiał, że wizerunek "amanta" nie mógł zaprowadzić go dalej. Z pewnością kobiety go kochały, ale mógł również wzbudzić gniew i ostrą reakcję męskiej części publiczności. Jakie było rozwiązanie tego problemu? Szeroko zakrojona kampania wybijająca fanom z głów ten wizerunek aktora. Żeby to osiągnąć, nagłośniono w mediach, że Gable gra, co prawda, osobliwy typ uwodziciela na ekranie, jednak jego "prawdziwe ja" było zupełnie inne. Przywoływano wyznanie aktora, że jego władza nad kobietami to "stek bzdur".

Gwiazdor przyznawał, iż okazywane mu zainteresowanie go zawstydza. "Lubię kobiety" - powiedział w "Motion Picture" - "ale wprawiają mnie w zakłopotanie, chyba że je dobrze znam". Widzimy tu taką samą linię interpretacyjną wydarzeń, jak tę z czasów liceum: sam fakt, że dziewczyny się nim interesowały nie oznaczał, iż był jakimś donżuanem. Tak naprawdę Gable był tak pochłonięty byciem prawdziwym mężczyzną, że nie miał czasu nauczyć się, jak flirtować czy uwodzić kobiety.

W miejsce zdezawuowanego wizerunku amanta studio MGM wykreowało niekwestionowanie męski obraz. Pierwszym posunięciem na tej drodze było zaakcentowanie atutów fizycznych Gable’a. Artykuł za artykułem podkreślał jego rosłą posturę, odnotowując wzrost (między 185 a 188 cm, w zależności od źródła) oraz wagę (między 180 a 200 funtów − w różnych momentach jego kariery). Był tak szeroki w barach, że nosił jedynie ręcznie szyte garnitury i przywodził na myśl skojarzenia z mistrzem boksu Jackiem Dempseyem. Nie znosił krawatów i eleganckich strojów, wolał raczej wskakiwać w zwykłe swetry. Sprawiał wrażenie, że posiada "siłę fizyczną", lecz wedle jednego z czasopism: "podobnie jak w przypadku Jacka nie sposób sobie wyobrazić, aby jej nadużywał".

Co więcej, Gable był domatorem, nie lubił się zabawić, ani nie wychodził na miasto. Uważał, że Hollywood było zbyt cywilizowane, potrafiło "zmiękczyć każdego mężczyznę w miesiąc". Jego dom stanowił dowód, że był "twardzielem" zarówno na ekranie, jak i poza nim. Znajdował się tam "kobiecy" pokój dla jego nastoletniej pasierbicy, ale poza tym wszystko przepełnione było męskością: pokój myśliwski oraz gabinet, gdzie ku swemu zadowoleniu mógł strzepywać popiół z cygar na podłogę, a na drewnianej boazerii na ścianach wisiały głowy zwierzyny ustrzelonej jego ręką.

To na pewno nie był żaden Valentino ze swoimi draperiami i bransoletami niewolnika. To Clark Gable, "ostatni z nieposkromionych bohaterów Hollywood". Wizerunek Gable’a z powodzeniem zbudowano na stereotypie męskości, nadal jednak aktor nie był do końca gwiazdorem. Wielu biografów twierdzi, że w tamtym czasie łączyło go płomienne uczucie z Crawford - do roku 1934 wystąpił u jej boku w sześciu filmach - jednak MGM najwyraźniej nie mogło podać tej informacji do publicznej wiadomości. To prawda, fani od zawsze uwielbiali gwiazdorskie pary, jednak oboje aktorzy byli w związkach małżeńskich. Co więcej, gdyby zaczęli spotykać się w prawdziwym życiu, do Gable’a przypięto by łatkę amanta. Tak naprawdę potrzebował stać się charyzmatycznym aktorem pierwszoplanowym, nie takim jak w "Kaprysie platynowej blondynki "(1932), w którym to jego podstępna towarzyszka, Jean Harlow, błyszczała w każdej scenie.

Pierwszym krokiem ku temu był film "Ich noce". Zgodnie z wątpliwym mitem w 1933 roku solidnie zamroczony alkoholem Gable w drodze do domu potrącił przechodnia, który zginął na miejscu. Spece z MGM uprzątnęli ten bałagan, załatwiając z pracownikiem studia, że to on poniesie odpowiedzialność i odsiedzi wyrok w więzieniu. Szef wytwórni Louis B. Mayer wściekł się na aktora za kłopoty, które ściągnął mu na głowę, i ukarał go wypożyczeniem studiu Columbia (mniej znaczącym niż MGM). Tam obsadzono go w filmie "Ich noce" w roli sympatycznego i konkretnego dziennikarza, który poskramia nieokiełznaną dziedziczkę fortuny dzięki mieszance celnie wymierzonych klapsów i dosadnych przemów. Film miał premierę w 1934 roku i od razu stał się hitem. Dzięki niemu Gable zdobył Oscara, a także ekranowy wizerunek, który MGM zdołało połączyć z jego "prawdziwym" (czytaj: męskim) wizerunkiem.

Sam Gable podkreślał to skojarzenie. W "Motion Picture" powiedział, że Pete był pierwszą postacią, którą grał i w której skórze mógł być naprawdę sobą. Pete to był on. Do tego stopnia, że Gable zdecydował się do roli założyć swój dziesięcioletni kapelusz, jako że zarówno on, jak i Pete byli typem gościa, który nosi swój wyświechtany do ostatniego strzępu kapelusz. Ów "nowy Gable", zdaniem "Photoplaya", "zrzucił z siebie kajdany" skojarzeń z wizerunkiem idola. Nie stanowił już jedynie obiektu pożądania kobiet, Gable był teraz mężczyzną z krwi i kości. Sukces filmu stanowił wynik świetnego scenariusza oraz gry aktorskiej zarówno Gable’a, jak i Claudette Colbert. Nie zaszkodziło także to, że obraz był niezwykle dwuznaczny, tak jak to tylko potrafiły filmy z lat trzydziestych, w których tak naprawdę nie pokazywano na ekranie ani krzty seksu.

Colbert podciągnęła spódnicę i pochwaliła się udem w obecnie już kultowej scenie łapania autostopu, a Gable zasłynął ściągnięciem koszuli i pokazaniem... braku podkoszulka. Dziś może wydać się to błahe, ale wówczas obowiązujący sposób ubierania się nakazywał, żeby mężczyźni zawsze nosili podkoszulek. Gdy Gable go nie założył - i pokazał to w dodatku w jednym z najbardziej popularnych filmów roku - producenci podkoszulków zaczęli obawiać się o swój interes. Nie miał znaczenia prawdziwy i mierzalny skutek ekonomiczny, liczył się wniosek: Gable był gwiazdorem, który poprzez wybór garderoby mógł kompletnie zmienić sposób myślenia.

Przez kolejne trzy lata Gable i MGM wypuszczali hit za hitem, wystarczy wspomnieć tylko "Zew krwi" (1935) czy "Bunt na Bounty" (1935), obrazy, które ugruntowały jego image. Pomimo że profesjonaliści z wytwórni filmowej usiłowali przekazać coś zupełnie innego, małżeństwo aktora było w opłakanym stanie. Zdążył już rozstać się ze swoją drugą żoną, Rią, rzekomo ze względu na flirt z Crawford. Aby uciszyć pogłoski o zdradzie małżeńskiej, niezwykle przekonujące, zwłaszcza biorąc pod uwagę kreowany wizerunek Gable’a lansowany przed kamerami oraz wiek Rii i jej stosunkową naiwność, "Photoplay" opublikował cały artykuł poświęcony temu, "dlaczego gwiazdorzy żenią się z prostymi dziewczętami". Sugerowano, że Ria wyróżniała się "czymś więcej niż tylko zwykłą, piękną powierzchownością", miała bowiem "czar, pewność siebie i ogładę", potrzebne, by przyćmić każdą śliczną gwiazdeczkę.

Dlaczego zatem ni z tego, ni z owego czasopisma dla fanów tak usilnie starały się stać na straży małżeństwa Gable’a? Może dlatego, że zrobił dziecko Loretcie Young, bardzo młodej aktoreczce, grającej u jego boku w filmie "Zew krwi". Magazyny dla fanów mogły nie wiedzieć wszystkiego, ale spece z MGM z pewnością posiadali wystarczającą wiedzę, by wcielić w życie strategiczny plan odwracania uwagi od sprawy prasy plotkarskiej. Young, gorliwa katoliczka, już i tak wystarczająco nagięła swoje przekonania, wdając się w romans zarówno z Gable’em, jak i żonatym Spencerem Tracym, ale aborcja - wówczas typowe lekarstwo na niechciane skutki uboczne gwiazdorskich romansów - nie wchodziło w grę.

Mająca zatuszować skandal intryga przeszła do historii Hollywood jako jedna z najbardziej zawiłych. Young wyruszyła w długą podróż po Europie i wróciła do Los Angeles w ósmym miesiącu ciąży. Wówczas studio MGM zadbało o to, aby przebywała w odosobnieniu, z dala od wścibskich spojrzeń, za to z zastępem zatrudnionych przez MGM pielęgniarek. Żeby uciszyć plotki na temat prawdziwej przyczyny "długiej choroby" Young, MGM zorganizowało aktorce wywiad dla prasy, którego udzieliła, leżąc w łóżku wśród starannie ułożonych poduszek ukrywających jej faktyczny stan. Urodziła dziecko w listopadzie 1935 roku i oddała do adopcji jedynie po to, aby sama mogła je adoptować dziewiętnaście miesięcy później. Widzowie nigdy się o tym nie dowiedzieli, a wizerunki zarówno Gable’a, jak i Young pozostały nienaruszone. Dopiero dziesiątki lat później sekret ujrzał światło dzienne.

Ria Gable mogła, ale nie musiała wiedzieć o romansie i jego komplikacjach, jednak wedle relacji pewnego czasopisma, gdy Gable wrócił z planu filmu "Zew krwi", jego pierwsze słowa brzmiały: "Chcę odzyskać swoją wolność". Gdy wszędzie krążyły pogłoski o skrywanym romansie aktora z Young, studio MGM wiedziało, że to nie jest odpowiedni czas na występowanie o rozwód. Uzyskano więc separację, po której Gable udał się na długie wakacje do Ameryki Południowej. Orzeczono także wstępny i wspaniałomyślny podział majątku. To było rozstanie w odcinkach. Plotki na temat nieszczęścia w małżeństwie powtarzano od tak dawna, że z czasem wszyscy uwierzyli w naturalną kolej rzeczy i zaakceptowali to, że Gable jest kawalerem pod każdym względem, no, może pomijając stan prawny.

Kawaler potrzebował wizerunku kawalera, a Gable’owi nietrudno było go odnaleźć. O ile wcześniej kreował się na szczerego, nielukrowanego, męskiego gościa, teraz nabrał cech supermęskiego twardziela. Jeśli wierzyć przekazom prasowym, Gable nigdy nie nocował w Hollywood, jeśli akurat nie pracował. Gdy tylko zmywał makijaż z twarzy, wyruszał w góry, na odludzie, nad rzekę, nieważne gdzie, ważne, że mógł się tam dostać swoim jeepem, zapakowanym po brzegi bronią i sprzętem obozowym. Takie opowiastki wpadały w ucho, a do tego pomagały odwrócić uwagę od pogłosek na temat związku Gable’a z kolejną aktorką Hollywood, znaną szerokiej publiczności, z którą lata temu, gdy ich wizerunki dopiero nabierały kształtów, wystąpił w jednym filmie. Była to Carole Lombard, kobieta dorównująca mu energią i wigorem. (...)

Czytaj więcej na następnej stronie!

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje