Reklama

Reklama

Ciemna strona szkół artystycznych, czyli różne twarze przemocy

Hasło „Stop przemocy w teatrze” bardzo często pojawiało się w przestrzeni i niestety było spychane. Teraz powinno być czymś nadrzędnym. /123RF/PICSEL

Sytuacje, w których przekracza się granice młodych ludzi, adeptów sztuki różnych profesji, coraz częściej wychodzą na jaw. Jak się okazuje, problem dotyczy nie tylko środowisk aktorskich. Balet, akademie muzyczne czy opery są tak samo przesiąknięte traumatycznymi sytuacjami i nagminnym przekraczaniem granic. Czy przemoc w szkołach artystycznych dalej będzie zamiatana pod dywan?

Dorota Segda w krakowskiej PWST zabroniła "fuksówki", czyli upokarzającego zwyczaju inicjującego studia w szkole aktorskiej, Bartosz Bielenia przyznał się do dręczenia w ten sposób młodszych kolegów z uczelni, post Anny Paligi, absolwentki Łódzkiej Szkoły Filmowej, rozpoczął publiczną dyskusję na temat przekraczania granic w środowisku artystycznym. Choć mówią o tym teraz najodważniej, zjawisko to nie dotyczy jedynie aktorów.

Reklama

- Hasło "Stop przemocy w teatrze" bardzo często pojawiało się w przestrzeni publicznej i niestety było spychane. Teraz powinno być czymś nadrzędnym. To być może zmieni cały porządek i układ wielu instytucji, ale bez tego kolejne osoby będą padały ofiarami przemocy - mówi Dorota Landowska, aktorka, która w 1992 roku ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie‎. - Tę najwybitniejszą, największą sztukę można naprawdę uprawiać w dużej empatii, we wzajemnym szacunku i bez przemocy. Nie trzeba więcej ofiar, żeby tworzyć wybitne dzieła.

Podobnego zdania jest Julia Wyszyńska (aktorka, absolwentka Studium Teatralnego przy Teatrze Śląskim w Katowicach i Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie). - Niektórzy uważają, że ceną, którą można zapłacić za pracę z geniuszem są manipulacje, awantury, strach. Ale czymś, co otwierało mi oczy na przestrzeni lat, było zauważanie, że te najpiękniejsze sceny powstają w poczuciu bezpieczeństwa i w pełnym zaufaniu. Atmosfera terroru służy tylko oprawcom, żeby mogli łatwiej wciągać innych w manipulacje i zarządzać cudzym strachem - przekonuje.

Najpierw w szkole, później na planie i w teatrze

- Informacje o tym, że nie dzieje się dobrze w szkołach teatralnych, docierały do mnie, już dorosłej kobiety, na planach filmowych. Kiedy padało pytanie: "Z jakiej jesteś szkoły?" do młodszych kolegów, studentów, których poznawałam w pracy, zaczynała się dyskusja. Czuli, że mogą nam, starszym kolegom aktorom zaufać, poradzić się - opowiada Dorota Landowska. - To były straszne historie. Bardzo tym studentom współczułam. Po to jest szkoła, żeby nas wprowadzić w ten zawód, a nie podciąć skrzydła na samym początku. Dotarło do mnie, jak doświadczenia ze szkół teatralnych mogą zniszczyć ludzką psychikę, kiedy pewnego dnia w garderobie okazało się, że wśród kilku aktorek byłam jedyną bez zaburzeń odżywiania. Może to dlatego, że dla mnie okres studiów był najpiękniejszym czasem w życiu i miałam szczęście do wspaniałych pedagogów. Na roku mogliśmy na siebie liczyć, wspieraliśmy się. Naszą opiekunką była Aleksandra Górska, która mówiła: "Dzisiaj nie obchodzi mnie, jakimi będziecie aktorami. Bądźcie dobrymi ludźmi".  

- Młodych ludzi trzeba uczyć, że nigdy w życiu nie można dać sobie wmówić, że jak zagrasz źle, to reżyser ma prawo się na ciebie obrazić. Nie ma również prawa manifestować swojego prywatnego rozczarowania. Wykładowca lub reżyser nie ma też prawa manipulować twoimi prywatnymi emocjami poprzez wyprowadzanie cię z równowagi, by wywołać w tobie jakąś sceniczną reakcję. Doprowadzanie kogoś do takich emocji z zewnątrz zawsze jest przemocą - tłumaczy Julia Wyszyńska. - Na studiach miałam panią profesor, która wyciągała nasze prywatne historie i doprowadzała nas do płaczu. Osiągaliśmy ten efekt na scenie, ale kosztem swoich emocji. I co z tego, że rzeczywiście lały się łzy, jak powinniśmy byli być uczeni tego, jak sami możemy wprowadzać się w takie stany emocjonalne? Teraz wiem, że to było nadużycie, ale młodych ludzi nie uczy się, jak to rozpoznawać.

Dorota Landowska przyznaje, że o ile nie miała kłopotów w szkole aktorskiej, to w pracy zawodowej spotykała okrutnych reżyserów, aktorów, którzy nie powinni upokarzać innych, a jednak to robili. - Sprawiali, że ludzie, którzy mieli z nimi do czynienia, zaczynali wątpić w swoją wartość. Szantaże emocjonalne, dawanie roli, a później upokarzanie. Słowa: "Co ty odp...dalasz?!". Dla osoby dobrze wychowanej i wrażliwej to jest bardzo trudne. Na początku wydawało mi się, że powinnam sobie z tym radzić, skoro inni nie reagują. Próbowałam przechodzić nad tym do porządku dziennego. Kiedy takie traktowanie się powtarzało, patrząc na moich kolegów myślałam: "Nie możemy się na to godzić". Ale ludzie często uważają, że cena jest zbyt duża: marzenia, rola, kariera. I po prostu nie reagują.

Postanowiła coś zmienić. - Kiedy zaczęłam reagować, nie godzić się, zaczęto robić za mnie zastępstwo. Ludzi, którzy chcą coś zmienić, wykańcza się w białych rękawiczkach. Widzisz na mieście plakat spektaklu, do którego przygotowywałaś się pół roku, ale nie ma tam już twojego nazwiska, bez żadnej informacji. To boli, ale nie chciałam mieć z tym nic wspólnego, wolałam zostawić moją ukochaną rolę, bo zapłaciłabym dużo wyższą cenę.

Dostałam warsztat, zabrano mi wiarę w siebie

Sytuacje, w których przekracza się granice młodych ludzi, adeptów sztuki różnych profesji, coraz częściej wychodzą na jaw. Jak się okazuje, problem dotyczy nie tylko środowisk aktorskich. Balet, akademie muzyczne czy opery są tak samo przesiąknięte traumatycznymi sytuacjami i nagminnym przekraczaniem granic.

Emilia jest świeżo upieczoną absolwentką wydziału lalkarstwa na Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie (filia wrocławska).

- Jedną z pierwszych traumatycznych sytuacji, których doświadczyłam, był przedmiot "Gra aktorska w planie lalkowym" z ówczesną panią dziekan wydziału. Już wcześniej chodziły słuchy, jak straszne są zajęcia, które prowadzi. Przestrzegano nas przed jej humorami i wyzwiskami. Kiedy doszło do zajęć, praktycznie cały semestr nic nie robiliśmy. Ona opowiadała o swoich prywatnych sprawach, przynosiła ciasto, ale nie było mowy o merytorycznych zajęciach. Przed sesją zorientowała się, że jesteśmy w lesie z materiałem. Zaczęły się wrzaski: "Jesteś głupia?", "Jak ty to, k...wa, grasz?". Próby trwały do późnych godzin, a ich koniec był tylko dobrą wolą wykładowczyni - wspomina Emilia. - Moja koleżanka przygotowała etiudę do spektaklu egzaminacyjnego. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem, jak to zrobiła, jak świetnie się przygotowała. Gdy skończyła, zaczęły się wyzwiska ze strony pani dziekan. Zaczęła ją przezywać, mówiła: "Jakie to jest, k...wa, żenujące!". To wszystko dlatego, że od początku jej nie lubiła.

Iza w szkole baletowej słyszała między innymi, że wygląda jak tłusta krowa.

- Do szkoły baletowej trafiłam przez przypadek. Miałam do tego talent, tańczyłam taniec towarzyski, więc mama wysłała mnie na egzamin do szkoły, mówiąc, że to tylko casting na zajęcia. Choć miałam predyspozycje do klasyki, o wiele bardziej spodobał mi się taniec współczesny. Dostałam się, choć nie było to spełnienie moich marzeń - mówi Iza Szostak, tancerka i choreografka (rok ukończenia szkoły: 2003). - Szkoła trwa 9 lat. Zaczynało 40 osób, skończyło osiem. Najgorsze było kilka pierwszych lat, bo już pod sam koniec trafiłyśmy na wspaniałą nauczycielkę i przede wszystkim dobrego człowieka. Ale we wcześniejszych latach było o wiele gorzej. Doświadczałam okropnych rzeczy, przemocy psychicznej i fizycznej, byłam poniżana. Krzyczano na nas, upokarzano. W grę wchodziło szczypanie po pośladkach, żebyśmy zrzuciły - i tak znikomy - tłuszcz.     

- Teraz mi się to zlewa w całość, ale trwało to około sześciu lat, do szesnastego roku życia. Porównywano moją figurę do tłustej krowy. Niektórzy koledzy byli poniżani ze względu na swoją orientację seksualną. Pamiętam, jak nauczyciel za karę bił ich drążkiem - dodaje Iza.

Karolina, absolwentka Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie na wydziale operowym, padła ofiarą przemocy ze strony swojej wykładowczyni, gdy ta stała się o nią zazdrosna.

- Trafiłam do klasy pani profesor, która dość krótko pracowała na uczelni. Nie miałam tu nikogo, czułam się sama w obcym mieście. Na śpiewie to wygląda tak, że jest profesor prowadzący oraz pianista, który również jest wykładowcą. Zajęcia są indywidualne: dwa razy w tygodniu z profesorem i pianistą, raz w tygodniu z samym pianistą. Trafiłam na młodą pianistkę, która szybko stała się moją opiekunką, jeszcze szybciej zaczęła skracać dystans nauczyciel - uczeń. Niebawem pojawił się podtekst seksualny. Nie miałam wcześniej doświadczeń o charakterze seksualnym z kobietami, ale wyczułam, że mnie podrywa - wraca do wspomnień Karolina.

Relacja akademicka bardzo szybko przerodziła się w prywatną. Gdy poznała swoją wykładowczynię, młoda śpiewaczka była w bardzo trudnym momencie swojego życia. Pianistka rekompensowała jej wszystkie deficyty, wyczuwała słabe strony i czułe punkty. - Stworzyła odrębny świat, zaopiekowała się mną. Bardzo szybko dałam się w to wciągnąć, bo bardzo potrzebowałam wsparcia i je dostałam. Na pierwszy rzut oka wydawało się to idealne, bo otrzymałam poczucie własnej wartości, czułam się wyjątkowa. Myślałam, że mogę wszystko. Nie widziałam wówczas nic złego w byciu w związku z wykładowcą, mimo, że kategorycznie zabraniała mi to ujawniać - mówi była studentka.

W pewnym momencie zaczęła czuć się osaczona: "Zaczęła zabraniać mi jeżdżenia taksówkami, bo uważała, że taksówkarz będzie mnie podrywał. Zabraniała mi rozmawiać z innymi studentami. O niektórych studentkach mówiła okropne rzeczy, a także wmawiała mi, że są dziewczyny, które są chore psychicznie i ją prześladują. Za jej sprawą izolowałam się od innych ludzi".

- Relacja, w której dochodzi do uzależnienia od siebie studenta z pozycji wykładowcy, wydaje mi się z założenia nierówna, ponieważ powszechnie wykładowca uznawany jest za autorytet - komentuje Anna Cyklińska, psycholożka. - Osoby na tej pozycji mogą nadużywać władzy, na przykład stosując przemoc psychiczną, czy gaslighting. To mechanizm, w którym manipuluje się drugą osobą, w taki sposób, że ofiara traci zaufanie do siebie samej, podważa swoje zdrowie psychiczne, czy poczytalność.

Jakie konsekwencje spotkały nauczycieli stosujących przemoc wobec uczniów? Czytaj dalej >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje