Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ciechocinek: Pogoń za zdrowiem i... uczuciem

W wielu przebojach opisywano prawdziwe miejsca i zdarzenia. Przypomnijmy te historie...

Nad VIII festiwalem w Opolu od początku zbierały się czarne chmury. Zabrakło pieniędzy na wyczekiwany przez widzów Maraton Kabaretowy, z powodu upałów podczas prób zasłabło kilku wykonawców, a zwieńczeniem była gigantyczna ulewa. Ktoś lapidarnie zrecenzował festiwalowe koncerty: "Ach, co to był za grób!", zaś dziennikarz "Trybuny Opolskiej" grzmiał: - Kiepskich piosenek mamy dość przez cały rok w radiu i telewizji. Na festiwalu chcemy wyłącznie piosenek dobrych.

To musiał być przebój

Reklama

Mimo utyskiwań, właśnie w 1970 r. na scenie zaprezentowano hity, które przeszły do historii, m.in. "Zielono mi" w wykonaniu Andrzeja Dąbrowskiego i "Jadą wozy kolorowe" Maryli Rodowicz. Danuta Rinn w sprawdzonym w życiu i na scenie duecie z Bogdanem Czyżewskim wykonała utwór "Na deptaku w Ciechocinku". Na całe lata stał się on nieoficjalnym hymnem bywalców znanego uzdrowiska i przebojem miejscowych "fajfów". Już tylko znając autorów piosenki można było obstawiać, że jest to pewniak. Słowa napisał Jan Tadeusz Stanisławski, satyryk znany z "Kabaretu pod Egidą" i kabarecików Olgi Lipińskiej, autor takich hitów, jak "Orkiestry dęte", "Cała sala śpiewa z nami" czy znany z serialu "Czterdziestolatek" szlagier "40 lat minęło". Muzykę skomponowała jego stała współpracowniczka Urszula Rzeczkowska.

W tym czasie Danuta Rinn i Bogdan Czyżewski mieli już na koncie dwa świetnie przyjęte albumy: "Całujmy się" i "Pamiętaj o mnie". A piosenka "Na deptaku w Ciechocinku" była kolejnym przebojem. Gdy śpiewali, tysiące bywalców znanego uzdrowiska mogło wspominać kuracje, spacery, potańcówki i flirty. Znali nie tylko deptak, tężnie, ale także wymienioną w dalszej części piosenki fontannę zwaną "grzybem".

Wypady do sanatoriów były niezwykłą atrakcją dla wielu obywateli PRL, bo łączyły kurację z wypoczynkiem i życiem towarzyskim. Władze już zaraz po wojnie zadbały, by kurorty, wcześniej dostępne tylko dla osób bardzo zamożnych, otworzyły się na zwykłych zjadaczy chleba. W ciągu zaledwie czterech lat od 1948 r. liczba klientów Ciechocinka prawie się podwoiła, a swoje ośrodki miał na miejscu prawie każdy szanujący się zakład pracy. Fundowane przez państwo wakacje w pięknej miejscowości były nie tylko okazją do podreperowania zdrowia w tężniach solankowych, ale także do romansów i bardziej lub mniej zaawansowanych flirtów.

W Ciechocinku można się było rozerwać w "Bristolu", "Miłej", "Pod kasztanami" czy słynnej "Zdrojowej". Potańcówki z muzyką na żywo przyciągały tłumy. Zdarzało się, że aby zdobyć miejscówkę w lokalu, trzeba było przekupić portiera. Niedługo po obiedzie panie ubierały eleganckie sukienki, panowie prasowali koszule i ruszali w miasto, by zdążyć na "fajfy". Czas był ograniczony, bo jeśli ktoś pragnął wrócić do pokoju w sympatycznym towarzystwie, musiał zdążyć przed godziną 22. Wtedy zamykały się sanatoryjne podwoje i zapadała cisza nocna.

Celebryci pod tężniami

W Ciechocinku można było także spotkać ówczesnych celebrytów. Gwiazdy nie tylko przyjeżdżały tam koncertować (Violetta Villas występowała tam aż 92 razy), ale także wypoczywać ramię w ramię ze zwykłymi kuracjuszami. Uważnie obserwowano ich kreacje i zachowanie, by po powrocie do domu wspominać te spotkania z wielkim światem.

Na deptaku można było natknąć się na Hankę Bielicką, Mieczysławę Ćwiklińską, Ninę Girycz czy Kazimierza Górskiego.

Aktor Igor Śmiałowski często sięgał po anegdotę związaną ze swoim kolegą po fachu i bywalcem uzdrowiska Antonim Różyckim: - Znakomity amant warszawskich teatrów spędzał w latach 50. wakacje w Ciechocinku. Pewnego pięknego popołudnia wybrał się na deptak. Jak zawsze nieskazitelnie ubrany, z laseczką w ręku, dostojnie kroczył, szelmowsko zerkając na przechodzące kobiety. Nagle podeszła do niego jakaś leciwa dama w olbrzymim kapeluszu i zwracając się do pana Antoniego spytała kokieteryjnie: - To pan? Pan? Różycki skłonił się i uśmiechnął: - Do usług łaskawa pani. - Kochałam się w panu pięćdziesiąt lat temu - nieśmiało, spuszczając niewinnie oczęta, niemal wyszeptała dama. Różycki cofnął się, i, uchylając kapelusza, odpowiedział: - Cóż, trzeba mi było to powiedzieć pięćdziesiąt lat temu, łaskawa pani.

Jak wspominał Bogusław Kaczyński, uzdrowisko było miejscem, gdzie ładowała akumulatory słynna polska śpiewaczka operowa Ada Sari. Tam też zakończyła życie w 1968 r. - Pamiętam, byłem u niej, gdy wyjeżdżała do sanatorium w Ciechocinku. Pytałem, dlaczego jedzie tylko na tydzień. - Bo na lekcje przyjadą uczniowie z Francji, Austrii, Czech i muszę ich przygotować na konkursy międzynarodowe. Ale w Ciechocinku zmarła nagle na zawał serca - wspominał Kaczyński.

Ludzi przyciągała nie tylko uroda tego miejsca, ale również panująca w nim rodzinna atmosfera. Jak opowiadała po latach Alicja Kapuścińska, żona Ryszarda, sławnego polskiego reportażysty: - Podszedł do mnie starszy pan: leczyłem pani męża, gdy trafił do sanatorium po operacji kręgosłupa, którą mu robiono w szpitalu w Warszawie na Spartańskiej. Po tylu latach pamiętał takie szczegóły - mówiła wzruszona spotkaniem z terapeutą. Szczególną pozycję uzdrowiska podkreślało także to, że zachodnie filmy, na których premiery w mniejszych miejscowościach czekało się miesiącami, tam wyświetlano zaraz po kinach w stolicy. Nic dziwnego, że miejscowość nazywano "przedmieściem Warszawy".

Wciąż się to nuci

Wraz z końcem PRL Ciechocinek przestał przyciągać tłumy gwiazd, ale w sanatoriach nadal najczęściej jest komplet kuracjuszy. Są też sławy, które po prostu zakochały się w tym miejscu i zostały na stałe. Jedną z nich jest Don Vasyl, który nie tylko zorganizował na miejscu festiwal piosenki romskiej, ale także wybudował w mieście 300-metrowy dom za dwa miliony złotych. Tym, którzy mieli okazję widzieć wnętrza dworku, na długo pozostaną one w pamięci. Zostały urządzone z prawdziwie królewskim przepychem. Swoje miejsce na ziemi mają w uzdrowisku również Zbigniew i Danuta Nowakowie z zespołu Happy End.

- Ciechocinek jest jednym z najwspanialszych miejsc, gdzie można tworzyć. Panuje spokój, jest sprzyjający klimat. Tu jest nasza przystań - mówią artyści.

Ciechocinek obchodzi stulecie otrzymania praw miejskich. Czy ktoś pamięta nieformalny hymn uzdrowiska? Okazuje się, że piosenka wcale się nie starzeje. Wciąż można ją usłyszeć w miejscowych lokalach i to w wykonaniu różnych artystów, m.in. Joanny Kurowskiej i Tadeusza Drozdy.

LEN

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje