Przejdź na stronę główną Interia.pl
Chciałabym oddychać

Joanna Racewicz

Joanna Racewicz /Łukasz Pycior /Twój Styl

Zamknęła rozdział: praca w Panoramie. Stara się zamknąć prywatny wątek katastrofy smoleńskiej. Można powiedzieć, że to moment, kiedy Joanna Racewicz chce zacząć pisać swoją historię od nowa. Ma już na to najważniejszą zgodę – od samej siebie. Na spotkanie przychodzi uśmiechnięta, choć w trakcie tej rozmowy głos załamie jej się kilka razy.

Reklama

Twój Styl: Kobieta na zakręcie?

Joanna Racewicz: - Tak to można nazwać. Czas, kiedy nie do końca wiadomo, co dalej. Trzeba zdjąć nogę z gazu i zastanowić się, którą drogą jechać.

Reklama

Z TVP zwolniono panią po, w sumie, 17 latach pracy. Zabolało?

- Tak. Mówiąc precyzyjnie - nie przedłużono mi kontraktu z Panoramą i TVP Info. O tym, że od jutra "pani dziękujemy" dowiedziałam się ostatniego dnia kontraktu, dwie godziny przed wejściem na antenę. Bez szerszego uzasadnienia, poza: "nie pasuje nam pani do nowej koncepcji programowej". Proszę nie pytać mnie o komentarz. Czegoś takiego nie zrobiłabym nikomu. Na pewno nie kobiecie, która została sama z dzieckiem i za chwilę będzie obchodziła szóstą rocznicę śmierci męża. Szef ma prawo, by dobierać sobie współpracowników, to prawda. Ale ma też obowiązek traktować ich z szacunkiem. Wszystko jest kwestią smaku, jak powiedział Herbert. Jestem zdania, że zawsze warto rozmawiać. Tyle że to była sytuacja, kiedy maczeta wygrywa z rozmową.

Pożegnała się pani z widzami bez dramatyzowania. Czerwona bluzka, spokojny ton, nawet uśmiech. To samoobrona?

- Raczej próba znalezienia się w zupełnie nowej sytuacji. Twardy grunt pod nogami okazał się kruchy jak lód podczas roztopów. W takich okolicznościach przypomina mi się powiedzenie babci, która była moim wielkim autorytetem: "Jak się potkniesz, to wstań szybko, otrzep sukienkę, popraw koronę i biegnij dalej". Tak zrobię. Tylko teraz bieg zamienię na spokojniejszy krok. Pora najwyższa. Czasem warto odpocząć od pracy, od polityki, która jak czołg wjeżdża w życie osobiste.

Dlaczego chciała pani być dziennikarką?

- Jeśli powiem, że z potrzeby opowiedzenia innym o świecie albo z potrzeby jego zmiany, to stwierdzi pani: naiwna dziewczynka z małego miasta, prawda? Tej dziewczynce wydawało się, że kiedy opowie o zaginionym dziecku, to ono się znajdzie. Albo że ludzie przestaną dewastować Ziemię, kiedy usłyszą o wycinaniu lasów. Że można słowem zmieniać świat.

Zrozumiem, jeśli usłyszę, że była pani społecznikiem i harcerką.

- Byłam harcerką i przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Prowadziłam gazetkę i szkolny radiowęzeł. Podczas długich przerw czytałam ważne komunikaty, ale też udawało mi się przekonać panią dyrektor, że fajnie by było puszczać muzykę. Robiliśmy listę przebojów i koncerty życzeń. Kompromisowo, bo dyrektor miała inny gust muzyczny. Raz więc Modern Talking dla niej, raz mój ulubiony Kurt Cobain. Lubiłam mocną muzykę.

Dziewczyna z pazurem?

- Miałam czerwone włosy, malowałam rzęsy na niebiesko, nosiłam czarne ciuchy i glany. Przeszłam okres buntu, kiedy potrzebowałam zaznaczyć własną odrębność. Dla rodziców nie była to bułka z masłem, ale obyło się bez skrajnych doświadczeń, ucieczek z domu. Eksperymenty - wyłącznie z papierosami. Któregoś razu rodzice poprosili znajomego lekarza, żeby mi pokazał, jak wyglądają płuca palacza. Zaprosił mnie do gabinetu, wyciągnął zdjęcia. Poskutkowało. Odtąd cała energia poszła "w literaturę". Jak odkurzacz pochłaniałam książki - od romantycznych klasyków po Czechowa, Kunderę, Manna i Kapuścińskiego. Pisałam kilometrowe wypracowania w szkolnych zeszytach. Nałogowo - pamiętniki, opowiadania, wiersze o złamanych sercach. W moim dziewczyńskim pokoju półki uginały się od zapisanych notesów. Mama do dziś nie chce tego wyrzucić.

Rodzice mówili "jesteś świetna" czy stawiali do pionu?

- To nie takie proste. Rodzice są z pokolenia, które nie czytało książek, w których napisano, że dziecko to osobny byt, trzeba mu pozwalać popełniać własne błędy, ale też wspierać, rozwijać i dmuchać w skrzydła. Prędzej słyszałam pełne troski: zastanów się, co robisz, może nie wybieraj się w tak daleki świat, niż: kto da radę,jeśli nie ty?

Dziewczyna z Hrubieszowa ruszyła do Warszawy. Po co?

- Żeby pracować. Tutaj są gazety, radia, telewizja. Zadziałała przekora. Kiedyś zgłosiłam się na casting do lubelskiego radia. I usłyszałam od pana redaktora, który siedział w szacownej komisji: "Dziecko drogie, ty? Z tym swoim głosikiem? Możesz czytać najwyżej informacje o zaginionych pieskach i kotkach. Daj sobie spokój". Miałam dwadzieścia dwa, może trzy lata. Pomyślałam: Tak? No to ja ci pokażę! Spakowałam walizkę, kupiłam bilet i byłam przekonana, że w jedną stronę.

Łatwo się pani zadomowiła w wielkim mieście?

- Nie. Przeżywałam wszystkie możliwe katusze kogoś, kto sam siebie wrzucił na głęboką wodę. Myliłam ulice, miejsca, autobusy. Miałam oswojone ścieżki między Bielanami, gdzie mieszkałam, a Nowym Światem, gdzie był Wydział Dziennikarstwa. Ich się trzymałam. Warszawa mnie jednocześnie fascynowała i porażała gwarem, pędem. Bywało, że mówiłam: już nie mam sił, wracam. I natychmiast stawiałam się do pionu: zaraz, jakie wracam? Pokonana, na tarczy? W życiu!

Skąd w pani ta moc?

- Może z genów? Moja rodzina w znacznej części pochodzi z dawnych Kresów. To miejsce, które hartowało. Mężczyźni szli na wojnę, a kresowe wilczyce zostawały przy domowych ogniskach i radziły sobie ze wszystkim. Wierzę, że taką babską odwagę się dziedziczy. A zupełnie serio - myślę, że nic nie hartuje bardziej niż życie. Dla mnie ważny w nauce radzenia sobie był rok ’80. W Polsce strajki na Wybrzeżu, bieda i siermięga. Mama urodziła wtedy trojaczki, trzech chłopców. Teraz pewnie wszyscy mieliby szanse, ale wtedy... Żółtaczka w inkubatorach, bezradni lekarze i widok mamy, która wyglądała jak cień. Chłopcy umierali jeden po drugim. Taty nie było wtedy w kraju, a ja dostałam od losu zadanie: pomóc mamie udźwignąć rozpacz. Zastanawiam się do tej pory, skąd ona wzięła siłę, żeby przetrwać. Ja wtedy czułam,że muszę być blisko niej.

To otarcie się o śmierć pomogło pani w jakiś sposób przetrwać odejście męża?

- Jeśli pyta pani, czy prawdą jest przeświadczenie, że "co cię nie zabije, to cię wzmocni", myślę, że to bzdura. Co nie zabije, zrobi kolejną ranę i nową bliznę. Zedrze jeszcze jedną łuskę z pancerza. Czy ona potem odrasta? Nie wiem. Po katastrofie pod Smoleńskiem wpadłam w stan hibernacji. Byłam jak automat jadący od punktu A do B, którego jedyny cel to przetrwanie. Żeby dać dziecku jedzenie, uwagę i czułość. Patrzę na swoje zdjęcia z tamtego czasu i widzę zupełnie inną osobę. Inną mnie w mojej skórze. Ale trzeba było co rano wstać z łóżka, bo był dwuletni Igor, który wystawiał główkę spomiędzy szczebelków łóżeczka i wołał: "Do mamy,do mamy!". Pamiętam, że opętańczo kupowałam wtedy polisy ubezpieczeniowe na życie, bo poraziła mnie świadomość, jak kruche jest moje własne istnienie. I fakt, że ta mała istota zależy tylko ode mnie, tylko ja jestem jej oparciem. Robiłam wiele, żeby Igor nie widział, jak płaczę. Rozpaczający rodzic, który dotąd był opoką, a teraz się rozpada, to dla dziecka jak koniec świata.

Ukrywanie emocji wydaje się trudniejsze.

- Jest szkoła, która mówi: jeśli ból rozrywa ci serce, płacz przy dziecku, wal głową w ścianę, tłucz pięściami. Niczego nie udawaj, nic nie chowaj. Ja myślę, że w takiej sytuacji trzeba iść za małym człowiekiem. To on wyznacza skalę przeżywania. Z własnymi emocjami lepiej zejść na drugi plan. Schować się, zostawić łzy na czas, kiedy nie patrzy. Płakać jest dobrze w nocy. Długo zasypiałam przytulona do koszuli męża. Chowałam ją pod poduszkę, żeby zapach nie uciekł i żeby Igor nie płakał na jej widok. On wszędzie szukał taty, prawie każdego wieczoru przychodził do mojego łóżka, żeby się we mnie wtulić. Raźniej się czułam, kiedy był bliziutko i słyszałam jego oddech. Setki razy, gdy spał tyłem, widziałam na poduszce głowę Pawła. Tylko rozmiar się nie zgadzał.

Syn jest podobny do taty?

- O tak, oczy, włosy, uśmiech. Ma ten sam luźny stosunek do porządku i własnego stroju. Nie przywiązuje nadmiernej wagi do tego, czy plecak jest zapięty, a czapka nałożona porządnie na uszy. Kiedy proszę, żeby włożył koszulę, marudzi: mamusiu, proooszę, daj mi bluzę. Dla Pawła koszula i garnitur to był strój służbowy i ten zawsze musiał wyglądać jak spod igły. W domu mąż natychmiast zmieniał koszulę na T-shirt. Igor w podobny jak tata sposób pije, siada, sięga po widelec. Skupia wokół siebie kolegów z klasy, tak jak Paweł gromadził swoją drużynę przyjaciół. Tak samo jak tata ma intuicję i "nosa do ludzi". Bez pudła czuje, kto jest fajny, a kogo trzeba omijać z daleka.

Igor ma osiem lat. Jego emocje się wyciszyły?

- Przeciwnie. Przeżywa jakby odroczoną żałobę. Stał się bardziej świadomy, mam wrażenie, że teraz dociera do niego z całą mocą, co się naprawdę stało. Chociaż od początku szczerze z nim o tym rozmawiałam. Miał dwa lata, kiedy usłyszał, że śmierć jest nieodwracalna. Że tylko w kreskówkach Spiderman spada z dziesiątego piętra, poprawia kostium i idzie dalej. Mały skrzat zrozumiał, że jeśli tata zginął, to nie wróci, nie ma cudów. Zadawał tysiące pytań. Na przykład, czy jak wsiądziemy do samolotu i wzniesiemy się wysoko, to będziemy mogli pomachać tacie. Albo: czy Pan Bóg zasypia? Bo gdyby tak, to tata mógłby się wymknąć na chwilę. Teraz zawsze zatrzymuje się przy telewizorze czy radiu, gdy słyszy "Smoleńsk". Dlatego w domu nie włączam przy nim serwisów informacyjnych, w sklepach z gazetami omijamy półki, jeśli z okładek krzyczy np. słowo "ekshumacja". Za wcześnie, żeby Igor wiedział, co to znaczy.

Co mu pani mówi o mężu?

- Od początku tłumaczyłam, że ma tatę - dobrego anioła w niebie. I że on wciąż czuwa. To było motto Pawła. Gdy wyjeżdżał, często powtarzał: pamiętaj, że jestem, nawet jak mnie nie ma. W trudnych momentach te słowa wracają z całą mocą. Były jak szalupa ratunkowa, sposób na oswojenie nieobecności taty. Opowiadam o ojcu jako o bohaterze, legendzie. Choć nikt nie jest herosem bez skazy. Ale chcę, żeby Igor wierzył, że tata był fantastycznym, niezłomnym facetem. Że nosi go w sobie, ma jego geny, charakter i siłę. Igor często prosi o "historie o tacie", ale też sam stawia granice. Mówi: "już dosyć, mamusiu, bo robi mi się smutno". Jest niezwykle wrażliwy, mądry i uważny. Myślę, że dzieci, które doświadczyły straty, mają rodzaj trzeciego oka, nadzmysłu. Różnią się od rówieśników.

Igor dojrzewa szybciej?

- Chyba tak. Musi na nowo układać sobie świat. Jestem przy nim, ale on coraz lepiej radzi sobie sam. Pamiętam taką scenę: mecz piłkarski TVN kontra TVP. Dziewczynka na trybunie pyta Igora: "A gdzie jest twój tata? Bo mój na boisku". Mój syn na to: "W niebie". Ona dalej: "Taki był stary?". Patrzę i słucham, mam ciarki, ale postanawiam pozwolić mu odpowiedzieć, jak potrafi. I słyszę: "Nie. Był taki dzielny". W tamtym momencie świat przed oczami trochę mi się rozmazał, ale pomyślałam "mój kochany zuch". Kiedy wróciłam do domu po ostatnim dniu w Panoramie, przy kolacji powiedziałam szczerze i na tyle otwarcie, żeby Igor mógł zrozumieć: To był mój ostatni dyżur, teraz przez chwilę nie będę miała pracy i muszę się zastanowić, co dalej. Synek mnie przytulił, popatrzył swoimi cudnymi oczami i powiedział: Wiesz co, mamusiu?Ty się nie martw, możesz prowadzić Jeden z dziesięciu. Jesteś taka mądra, znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. Oczywiście beczałam drugi raz. Pana Tadeusza Sznuka pozdrawiam i zapewniam, że to był tylko dziecinny pomysł.

Jak po śmierci męża radziła sobie pani z własnym cierpieniem?

Potrzebowałam pomocy psychologów. Na początku była to pani profesor, która towarzyszyła nam w Smoleńsku podczas identyfikacji zwłok. To ona krok po kroku przeprowadziła mnie przez najgorszy rozdział tej historii: "nie byłaś dość dobrą żoną, nie ostrzegłaś, nie zatrzymałaś w domu".

A mogła pani zatrzymać?

- Trudno mi o tym mówić... Paweł pytał, czy lecieć do Smoleńska, czy wpisać się na dyżur, który wypadał na czas lotu prezydenta do Stanów Zjednoczonych. Powiedział: Jeśli polecę do Stanów, to nie będzie mnie pięć, sześć dni. A tu mam jednodniówkę, lecę rano i jestem w domu na osiemnastą. Co ty na to? Odpowiedziałam: Kochanie, no to pewnie, wybierz Katyń. No i wybrał. I zostało to w głowie jak potworny wyrzut sumienia. Igor często pyta: Mamusiu, a gdybyśmy mogli cofnąć czas, ostrzegłabyś tatę? Nigdy nie rozmawiałam z nim o tym, że tata miał wybór: polecieć czy nie. Że to było zastępstwo za kolegę. I gdy znów pada to pytanie, serce pęka na tysiąc kawałków.

Pani jest dzielna, wydaje się twarda. Musiała pani odszukać w sobie cechy męskie, żeby zastąpić ojca synowi?

- Nie. Nie lubię tego, co mi często powtarzano: teraz musisz być mamą i tatą w jednej osobie. To niemożliwe, bo nie da się pogodzić wody i ognia, a poza tym uważam, że każdy stereotyp, który dotyczy domowej obsady ról, to pułapka. Chcę wychować szczęśliwego chłopca, który dorastając ze stratą, nie będzie miał poczucia, że jest gorszy. Oczywiście, że w jakimś sensie moja rola jest podwójna. Ale złości mnie, gdy słyszę: mama pokazuje dziecku, jak dbać o porządek, a tata, jak jeździć na nartach. Znam wiele rodzin, wielu rodziców, którzy potasowali te zadania.

Ale praktyczne życie upomina się o stereotypy - tata uczy grać w nogę i naprawić rower. Jak wypełnić lukę po wzorcu męskim?

- Jest przy nas przyjaciel męża, Darek. Ojciec chrzestny Igora, też oficer BOR-u. Człowiek wielkiego serca i lojalności. Wystarczy zadzwonić: słuchaj, potrzebuję tego i tego, pomożesz? Długo chodził z Igorem na judo. Ma syna w tym samym wieku, chłopcy się zaprzyjaźnili. Inni koledzy męża? Byli przez chwilę, ale potem poszli do swoich spraw, do swojego życia. Pamiętają o rocznicach, składają się na prezent dla Igora na każde mikołajki, startują w "biegu Janosika", który Darek wymyślił, żeby uczcić dziwne urodziny Pawła - bez Pawła. Potem odchodzą. Ale trzeba pozwolić ludziom odejść.

Czasem się wycofują, bo nie wiedzą, jak sięzachować, ile można powiedzieć. Może gdyby dać im "instrukcję obsługi"...


- Instrukcja jest najprostsza z możliwych - pytać. I być. Nawet daleko, ale być. To się sprawdza w każdej przyjaźni. Pielęgnować bliskość, oddawać czas. Bo nieużywane ścieżki bardzo szybko zarastają chwastami.

Kto jest w pani grupie wsparcia dziś?


- Rodzice są daleko, ale służą pomocą w każdej chwili. Tata choruje, ale wnuczek go motywuje do działania. Są moje "siostry" ze Smoleńska - tak nazwałyśmy tę naszą nadzwyczajną wspólnotę. Był czas, kiedy widywałyśmy się nieustannie, oddychałyśmy tym samym powietrzem i mówiłyśmy tymi samymi słowami. Dziś też nie jestem tratwą dryfującą samotnie na rozhuśtanym morzu. Mogę liczyć na kilku przyjaciół, którzy wytrwali. Ale wciąż nie jest łatwo.

"Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna"... - to z kolei Miłosz. Z czasem przyszła myśl, że ma pani prawo odłożyć koszulę męża na najwyższą półkę w garderobie?

- Tak, dałam sobie takie prawo. Koszula jest spakowana. Zastanawiam się, jak długo może przetrwać zapach... Inne rzeczy męża też spakowałam, są w bezpiecznym miejscu. W szafie oprócz czarnych ubrań mam już jasne sukienki, kilka kolorowych marynarek. Sześć lat temu czas i świat się dla mnie zatrzymał. Ale w końcu ruszył. Musiałam, podobnie jak inne żony, córki i matki, które straciły bliskich 10 kwietnia 2010 roku, nauczyć się nowego życia "po katastrofie". Chociaż żałoba, którą przeżywa się na oczach wszystkich, i zgiełk trwający właściwie bez przerwy nie pozwalają złapać tchu.

Świat nie pomaga?

- Rzeczywiście. Oficjalnie usłyszy pani: to była potężna katastrofa, narodowa tragedia. A gdzie w tym ludzie? Prosta empatia, wrażliwość? Obrazy rozerwanego samolotu wracają jak refren przy okazji każdej dyskusji. Jak długo można zasłaniać oczy dziecku, kiedy pyta: mamo, czy to jest to miejsce, w którym zginął tata, czy on tam gdzieś leży? Ile jeszcze razy przyjdzie mi czytać o sobie wyłącznie: Joanna Racewicz- wdowa smoleńska.

Ma pani dość tego określenia?

- Tak. Ono jest jak stygmat. Rzeczywiście, jestem wdową, mój mąż zginął w Smoleńsku. W tej sprawie nie zmieni się nic. Ale ludzie lubią proste kalki, lubią obsadzać w swoich scenariuszach: ona zawsze powinna być smutna, na czarno, a najlepiej - na cmentarzu. Szminka? Po co? A nie daj Boże, żeby zatańczyła...

Albo pokazała się z innym mężczyzną. Internet chętnie spekuluje na pani temat: nowy facet, zmienione rysy... Dotyka to panią?

- Staram się tego nie czytać, ale zdarza mi się. I wie pani co? Zmartwię wszystkich, którzy piszą, że Racewicz napompowała sobie twarz, że za pieniądze za śmierć męża zrobiła sobie kilka operacji. Albo lepiej - którzy życzą: niech zdechnie, zakopcie ją razem z tym jej mężem. Rozczaruję państwa: kompletnie mnie nie ruszacie. Umiem już sobie radzić z tym, że w sieci roi się od anonimowych frustratów, którzy muszą opluć, żeby poczuć się lepiej. Można im tylko współczuć, bo jad zwykle wraca. Odporność na hejt to niełatwa lekcja, ale zapewniam - do odrobienia. Problemem są tylko dzieci, rodzice, bliscy i ważni dla nas ludzie, których nie sposób ochronić przed błotem, jakie wylewa się z każdej strony.

W pewnej chwili internet podchwycił plotkę, że śmierć pani męża zakończyła związek, który i tak zmierzał do rozwodu. Był w tym cień prawdy?

- Kompletna bzdura. O, nie, nie byliśmy parą gołąbków spijających sobie nieustannie z dzióbków. Ale te banialuki o separacji czy pozwie rozwodowym? Zachodzę w głowę, dlaczego ludzie wyrzucają z siebie takie idiotyzmy? Żeby poczuć się lepiej, żeby zaistnieć w życiu innych? Mieliśmy kryzysy jak każda para. Były burze z piorunami, potrafiliśmy się kłócić jak nikt. Ale umieliśmy też godzić się najpiękniej na świecie. Oboje znaliśmy się jak łyse konie, wiedzieliśmy o sobie wszystko i potrafiliśmy porozumiewać się bez słów. "Z kim tak ci będzie źle jak ze mną", powtarzałam za tekstem Młynarskiego i Kaliną Jędrusik, a Paweł obejmował mnie swoim szerokim ramieniem. Na ścianie w pokoju naszego synka jest zdjęcie, na którym Paweł niesie Igora na plecach. Fotografia z naszych jedynych wspólnych wakacji nad morzem. Silny tata, który pokazuje maluchowi świat. Kiedy je robiłam, byłam pewna, że tak przejdziemy przez życie. Miał być dom na wzgórzu w Kazimierzu, święty spokój i duma z syna lepszego niż marzenie. Chcesz rozbawić Pana Boga, powiedz mu o swoich planach.

Dziś, gdy świat dokucza, nie chciałaby pani czasem wyjechać tam, gdzie nikt pani nie zna? Być przezroczysta?


- Zostawić wszystko? Zabrać dziecko ze szkoły, od kolegów? Nie zapalać światełka w alei K2 na Powązkach? Nie. Tu jest nasze miejsce i wszystko, co się z tym wiąże, musimy brać na klatę. Nawet to, że w pustym mieszkaniu każdy kąt i centymetr podłogi przypominał mi o Pawle. Oswajam ciszę. Na tarasie mam fotel, lubię tam usiąść z książką. Chociaż ostatnio straciłam umiejętność odpoczywania. Aby odpoczywać, muszę mieć pewność, że grunt jest znów stabilny. Znam co najmniej kilka dziewczyn, które zostały same z dzieckiem, rzuciły wszystko i zaczęły od nowa. Znam i podziwiam. I myślę: czy ja też bym tak umiała? Czy stać mnie dziś na taką odwagę? Przecież teraz decyduję nie tylko o sobie.

Ale załóżmy, że może pani wybrać dla siebie każdą dziennikarską pracę. Gdyby to dalej była praca w telewizji, jaki program chciałaby pani robić?

- Na razie na pewno nie polityczny. Nie w atmosferze nieustannego sporu i skakania sobie do oczu. Wolałabym program o zasypywaniu rowów, które dzielą Polaków. Chciałabym pokazać dwie rodziny, usiąść z nimi do stołu i znaleźć źródło różnic i konfliktów. Co się dzieje i dlaczego tak jest, że ilekroć zaczynają się tematy inne, niż kto dziś kupi bułki albo odbierze Piotrusia z przedszkola, w powietrzu latają iskry. Próbować znaleźć z nimi to, co jednak łączy. Mimo wszystko wierzę, że jest tych rzeczy wiele.

Czyli jednak poczucie misji? Myślałam, że może odpoczynkiem byłyby lżejsze programy?

- Chyba nie. Pracowałam już w takich formatach, ale to był inny czas, inny moment życia. Najpierw byłam w ciąży, potem urodził się Igor i gdy wróciłam do pracy, Paweł, który chodził z nim na spacery, podwoził mi go na karmienie. Ciepły, serdeczny czas. Wyciszyłam się, uspokoiłam. Teraz jest inaczej, więc się rozglądam. Odkrywam to, czego nie dostrzegałam, kiedy funkcjonowałam w trójkącie: dziecko-praca-cmentarz. Na przykład, że istnieje tak intensywne życie w sieci. Może tam jest droga i przyszłość.

Słyszałam, że myśli pani o założeniu przedszkola?

- Ostatnio wrócił do mnie ten pomysł. "Polaka małego" wymyślił Paweł. To miał być plan na emeryturę. Przedszkole patriotyczne, które miało uczyć dobrze pojętej miłości do ojczyzny. Bez grama nacjonalizmu i ksenofobii, z daleka od groźnych haseł i niechęci do "obcych". Marzyło mu się miejsce, w którym dzieci byłyby uczone rozmawiania ze sobą, a nie okładania się kijami. Być może to zadanie dla mnie. Nie wiem, czy umiałabym je wykonać. Ale myślę, że nawet gdyby coś mi nie wyszło, Paweł by mi wybaczył. On mówił: "Nie udało się? Trudno, będzie nieudane".

Pani czuje z mężem jakąś więź, rodzaj łączności?

- Wierzę w takie rzeczy. Po chrzcinach Igora przyjechaliśmy do małej restauracji, kelnerzy przywitali gości szampanem. I nagle jak na komendę jednocześnie pękły kieliszki na dwóch tacach. Ktoś potem policzył, że na każdej było ich dziewięć, tyle, ilu "borowików" w tupolewie. Przykładów jest więcej i idę o zakład, że każdy, kto ma kogoś bliskiego po tamtej stronie, ma własne.

To wzmacnia, choć irracjonalne?

- Pomaga wierzyć, że jest druga strona lustra. Inny wymiar, inny świat. Że człowiek nie umiera cały, że wreszcie jest jakieś niebo, z którego widać ziemię. Naszą ukochaną piosenką był "Englishman In New York" Stinga. Piosenka o inności, wierności sobie i przekonaniom. Z mądrym i prostym: "Bądź sobą, nieważne, co mówią" i "Mierz się z wrogami, ale unikaj ich, jeśli możesz". Za każdym razem, kiedy to słyszę, myślę, że Paweł i ja znów jesteśmy blisko. Pamiętam dzień, kiedy razem z Beatą Lubińską (żona Wojciecha Lubińskiego, lekarza prezydenta) pierwszy raz jechałam do prokuratury czytać akta smoleńskie. Z sercem na ramieniu i ciężkim wojskowym butem na gardle. Sparaliżowana strachem i niepewnością, co mnie czeka. Szłyśmy bez słowa po niekończących się korytarzach, a ja powtarzałam sobie w myślach: "Panie Boże, daj siłę zmierzyć się z tym, co zobaczę". Wchodzimy do wskazanego, ciasnego pokoiku, a tam w radiu "I’man alien, I’m a legal alien. I’m an Englishman in New York". Jakbym usłyszała "jestem" z zaświatów... Sting pojawia się zawsze, gdy brakuje mi sił. Był w knajpce, w której spotkaliśmy się z kumplami Pawła tuż po pogrzebie, choć nikt tego nie ustalał z obsługą. Englishmana słyszałam w radiu, gdy wracałam z pracy z pytaniem: co dalej? Może to tylko moja wyobraźnia, moje "chciejstwo", zaczarowywanie rzeczywistości. Może przypadek. Nie wiem.

Skończymy pogodnie. Joanna Racewicz za pięć lat - dobry scenariusz. Co pani widzi?

- Chciałabym mieć szczęśliwego syna, dom z ogrodem. Stado psów, ze dwa konie. I mieć z kim wypić poranną kawę.

Rozmawiała AGNIESZKA LITOROWICZ-SIEGERT

6/2016 Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje