Reklama

Reklama

Chciał, by została polską Marilyn Monroe

Stanisław Dygant snuł plany o uczynieniu z Kaliny Jędrusik ikony na miarę Marilyn Monroe, fot. z archiwum Aleksandry Wierzbickiej /archiwum prywatne

Kalina i Staś wzięli ślub dopiero 17 lipca 1958 na warszawskim Mokotowie, w urzędzie stanu cywilnego przy ulicy Różanej. W podróż poślubną pojadą do Włoch, w Rzymie poznają Giuliettę Masinę. Kalina pomyślała, że mogłyby być siostrami. Dwie małe lalki. Bliźniaczki. Nosiłyby te same sukieneczki, bluzeczki, kapturki. Te włoskie wakacje będą wspominać całe życie.(…)

Reklama

W dole ucichły Wezuwiusz. Staś wyszedł zapalić na malutki balkonik, tam przeżywa swój moment szczęścia. Przez okno wpada lawa dźwięków – fado, a może flamenco? Staś? Co to? Tam? Na piazza? Chodźmy tam, Staś. I idą. A potem… te rytmy przypominają się ciału, zna je, chociaż ich w sobie nie słyszała. Ale były we krwi, uśpione. Gwar, trzask szkła, a stara koścista neapolitanka, której długie włosy spopielały od słońca, wyklaskuje rytm swojej najodleglejszej, a w tej chwili najbliższej młodości. O ścianę opierają się inni młodzi. Machają. Korzystają więc z zaproszenia. Nawet szklanki się znalazły.

Wino leje się. Neapolitanka wyklaskuje. Kalina tańczy, gromadząc wokół siebie prawdziwy tłum. Młodzi Włosi krzyczą do niej, gwiżdżą, Staś im wtóruje.

Pulchna kobieta w niedopiętej podomce niesie pod pachą kota, jakby chciała im go tanio sprzedać. W ślubnym prezencie.

Wracają pijani energią, rytmem, nawet jakąś nostalgią, która ukrywa się, ale nie przestaje być obecna. Na łóżku leży otwarta książka („Księga z San Michele” Axela Munthego z 1933 roku – przyp. red.). Kalina sięga po nią: „Dla mnie walka się  skończyła – zostałem w niej pokonany. Wygnano mnie z San Michele, dzieła mego życia. Zbudowałem je w pocie czoła, własnymi rękami, kładąc kamień na kamieniu. Tworzyłem w pokorze ducha tę świątynię słońca, chcąc szukać prawdy i światła u promiennego bóstwa, któremu hołd składałem przez całe życie. Niejednokrotnie ostrzegał mnie palący żar w oczach, że nie jestem godzien mieszkania w świętym przybytku, że miejsce moje jest w cieniu – nie zważałem na ostrzeżenia… Strzeż się światła!”.

I nagle zrobiło się zupełnie ciemno. Wyjrzała za okno. Cały świat tonął w czerni. Wezuwiusz wybuchł śmiechem. Nie mogła się powstrzymać. Śmiała się głośniej i głośniej, jakby szukała tam radości. Echo niosło w długie, wąskie uliczki, zwielokrotniało dźwięk, odbijając od ścian wysokich kamienic. Staś objął ją wielgachnym ramieniem. Schowała się w nim.

– Płaczesz? – zapytał.

Nic nie powiedziała. Nie chciała nawet wypowiedzieć pytania: a co, jeśli to znak?

Po latach Kalina żartowała, że Staś zabrał ją także w podróż poślubną na drugi biegun, bo do Moskwy. Kupili tam sobie „wiano” – porcelanę Kuzniecowa, ale na oblodzonym lotnisku Kalina przewróciła się i tego kuzniecowa potłukła. Na szczęście.

Fragment książki „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną? Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata”, Remigiusz Grzela. Wydawnictwo Otwarte. Premiera: październik 2020.

Skróty pochodzą od redakcji

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama