Reklama

Reklama

Chciał, by została polską Marilyn Monroe

Stanisław Dygant snuł plany o uczynieniu z Kaliny Jędrusik ikony na miarę Marilyn Monroe, fot. z archiwum Aleksandry Wierzbickiej /archiwum prywatne

”Przyjeżdżaj natychmiast. Sprawa życia lub śmierci” – napisał w telegramie wysłanym do Gustawa Gottesmana, szefa „Przeglądu Kulturalnego”. Chciał jak najszybciej przedstawić przyjacielowi Kalinę. Takie są początki wspólnej historii aktorki Kaliny Jędrusik i pisarza Stanisława Dygata opisanej przez Remigiusza Grzelę w książce „Z kim tak ci będzie źle jak ze mną?”.

Kiedy w Sopocie pojawia się Tadeusz Konwicki i odwiedza Dygata w Domu Aktora, jak wspominał po latach: „w ponurym, poniemieckim domu”, ten natychmiast przedstawia Kalinę, mówiąc, że to jego nowa żona, choć nie byli jeszcze wtedy małżeństwem. „Ale my nie przywiązywaliśmy wagi do formalności”.

W wywiadzie rzece „W pośpiechu” Konwicki opowiadał Przemysławowi Kanieckiemu: „Brezentowy płaszcz, jakiś pokoik na poddaszu w przytułku dla aktorów miejscowego teatru, Kalina. Bieda taka, że ja się tam czułem milionerem. No i z panem Stanisławem ruszyliśmy w miasto, czyli w Sopot, z takimi przystankami w celu zaspokojenia pragnienia […]. Nie byliśmy wybredni i co tam nam dano w jakim barze, to wypijaliśmy, czyli wieczorem wróciliśmy do tego pokoiku na tak zwanym rauszu. Kalina była wtedy młodziutką, drobną, strasznie sympatyczną, strasznie poczciwą, naiwną dziewczyną. Pan Dygat wyniośle zażądał herbaty, Kalinka szybko zaparzyła nam herbatę. I pan Dygat podniósł filiżaneczkę, i powiada:
– A gdzie cukier?
– Nie ma cukru – Kalina nieśmiałym głosem mówi.
No, więc była mała nieprzyjemna scysja domowa. Ja oczywiście mogłem, bo miałem troszkę gotówki, cukier kupić, ale to był wieczór, sklepy pozamykane, i tak się ten dzień skończył”.

Reklama

Dygat chciał się Kaliną pochwalić, pokazać ją światu. Już wtedy snuł plany o uczynieniu z niej ikony na miarę Marilyn Monroe. 

„Miłość do gwiazd filmowych jest najczystsza, najpiękniejsza, bezinteresowna” – dowodził w powieści „Podróż”. – „Toteż niesłusznie jest lekceważona i ośmieszana, czasami nawet tępiona przez starszych. Płótno ekranu nie grozi rozczarowaniem, którego tyle doznaje się potem na płótnie pościeli”.

Po raz pierwszy zakochał się, mając cztery lata. Obiektem jego westchnień była Ossi Oswalda, którą zobaczył w filmie Lalka z 1919 roku w kinie Colosseum przy Nowym Świecie 19. Tam kupił papierową lalkę prezentującą Ossi. Z arkusza można było wyciąć nie tylko ją, ale też sukienki. Pisał, że tak rozbierając i ubierając Ossi, przeżył swoją pierwszą miłość „na podłożu erotyczno-seksualnym”. Potem były: Vilma Bánky (Król cyrku z 1923 roku), Betty Bronson (Piotruś Pan, 1924), Virginia Valli (East Side, West Side, 1927), Sally Eilers (Buster na froncie, 1930). Filmy oglądał na podstawie fotosów wystawionych w gablotach przed kinem. Zdarzało się, że przez to spóźniał się do szkoły.

Podobne wspomnienia ma Józef Hen, choć młodszy od Dygata o dziewięć lat. Jako dziecko konstruował sobie filmy na podstawie fotosów, by później opowiedzieć kolegom, że był w kinie i film oglądał. „Ciekawe, że nigdy, nigdy nie interesowałem się wielkimi gwiazdami, jak Greta Garbo, Marlena Dietrich czy Pola Negri. Były za dumne, za wyniosłe, nie zwracały na mnie uwagi. No, a potem? A potem zacząłem się kochać w zupełnie realnych aktorkach z krwi i kości o nazwiskach polskich” – wyznawał w felietonie dla „Ekranu” w 1959 roku.

W domu na Żoliborzu, w którym zamieszka z Kaliną, powiesi nad łóżkiem portret Marilyn Monroe. W powieści „Podróż” z 1958 roku pisał: „Miłość do aktorek filmowych ma jeszcze tę dobrą i piękną stronę, że rywalizacja nie dzieli, ale łączy, bez zastrzeżeń, bez ukrytych zadrażnień i konfliktów”.

Krytyczka filmowa Wiesława Czapińska zapamiętała, jak Dygat i Kalina idą sopockim Monciakiem. „On wielki, ona drobniutka, filigranowa, talia osy, włosy długie prawie do pasa. Szli zatopieni w sobie, ona wtulona w jego potężne ramię, on pochylony coś jej szeptał na ucho. Nie widzieli nikogo poza sobą. Widać było, że są bez pamięci zakochani”.

Kalina zagra w Teatrze Wybrzeże jeszcze jedną rolę – Larysę Dmitriewną w „Pannie bez posagu” Aleksandra Ostrowskiego, chętnie granego dziewiętnastowiecznego rosyjskiego dramaturga realisty. Larysa jest piękną, nostalgiczną dziewczyną, która upokorzona przez mężczyzn, sama decyduje się ich upokarzać, namówiona przez swoją chciwą i ambitną matkę.

W 1954 roku na Politechnice Gdańskiej powstaje studencki teatr Bim-Bom, a jego kierownictwo obejmuje Zbigniew Cybulski, któremu teatr repertuarowy nie odpowiada. Wkrótce dołączy do niego Bogumił Kobiela, przewodząc grupie z Wyższej Szkoły Ekonomicznej. Od początku mają poczucie, że z Bim-Bomem tworzą manifest swojego pokolenia. Manifest wolności. Wokół socrealizm, a raptem wybucha kabaret zapatrzony w Chaplina, oparty na nieokiełznanej wyobraźni i wyrafinowanym dowcipie. Zamiast sceny kilka stołów, wystarczy pomysł rozwijany w improwizacji.

Agnieszka Osiecka od razu przylgnęła do tych wariatów sentymentalnych nieludzko, sentymentalnością nie do podrobienia. „Jeden pan z Oruni wyrzeźbił sobie Kasię Karską z Bim-Bomu i z tą rzeźbą, jak podręczną lalką, prowadzał się po mieście. Mój szef z 'Głosu Wybrzeża', Sławomir Sierecki, wymalował na ścianie swojej kawalerskiej izdebki Juliette Gréco naturalnej wielkości, i chcąc zapalić światło, musiał przekręcić kontakt umieszczony w jej sercu” – pisała w „Szpetnych czterdziestoletnich”.

Jerzy Afanasjew pisał o reperowaniu młodych dusz. Bim-Bom był wąchaniem czasu. Kalina Jędrusik nie do końca umiała się w tym teatrzyku odnaleźć, choć ją fascynował. To nie znaczy, że nie miała przyjemności z pojawiania się w jego programach. Dla Zbyszka Cybulskiego Bim-Bom był wszystkim: i matką, i bratem, i nauczycielem. „Gdybym umierał, co brzmi pompatycznie, wszystkie moje filmy, sztuki, Kapelusz pełen deszczu, to wszystko nic – myślałbym tylko o naszym teatrze. Przez Bim-Bom zbliżyłem się do człowieka. Do swego zawodu” – zwierzył się Jerzemu Afanasjewowi.

W Bim-Bomie krytyk filmowy Konrad Eberhardt szukał podobieństwa Cybulskiego do Deana. „Doszedł do umiejętności sugerowania rzeczy ważnych drogą niemal zupełnie nieważnych gestów, układów mimicznych, poruszeń ciała. A w sumie był od Jamesa Deana aktorem nieporównanie głębszym i ciekawszym”.

Co się stało, kiedy romans się wydał - czytaj na następnej stronie >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje