Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cezary Harasimowicz: Historie miłosne

Jest wyjątkiem! Odważnie mówi o uczuciach. Poświęcił im książkę Była sobie miłość. Nam Cezary Harasimowicz tłumaczy, jak kobieta i mężczyzna mogą się porozumieć, choć używają różnych języków. Czemu przepraszanie partnerki to wyraz siły. I kiedy zdrada cementuje związek.

Twój STYL: Może być szczęśliwa czy tylko tragiczna? Jak to jest z tą miłością? I jak spotkać tę wielką, prawdziwą?

Reklama

Cezary Harasimowicz: - Z tym bywa różnie. Mój dziadek na przykład zakochał się w zdjęciu. Siedział w okopie, kolega pokazał mu fotografię narzeczonej. Rok później to dziadek wziął ślub z kobietą z fotografii. A potem byli już ze sobą na zawsze. To było długie małżeństwo, choć niełatwe, bo babcia była kapryśna i rozpieszczona, ale w momentach ekstremalnych odznaczała się heroizmem. Dzięki niej dziadek nie został rozstrzelany.

Jak go ocaliła?

- To było po 17 września 1939 roku, czyli już po wkroczeniu Rosjan na polskie ziemie wschodnie, niedaleko Lwowa. Dziadek, szwoleżer, nie chciał zdjąć munduru i przez to cała rodzina wpadła w ręce Sowietów. Mieli go rozstrzelać, a wtedy babcia oświadczyła żołnierzom, że mają zabić też ją i ich córkę, nie tylko dziadka. Jej stanowczość zrobiła wrażenie. Dowódca kazał babci pokazać dłonie. Wyciągnęła ręce, zadbane, bez odcisków. "Ruki burżujki", zdenerwował się. Wtedy babcia kolejny raz wykazała się refleksem i skłamała, że jest pianistką. A Rosjanie wobec artystów czuli respekt. Zachowali się więc po ludzku i to ocaliło życie rodziny, łącznie z moją mamą. Dziadek nie został wywieziony do Katynia. Swoją drogą był wybitną postacią: polskim oficerem, jeźdźcem, medalistą olimpijskim (brązowy medal na igrzyskach w Paryżu w 1924 roku w skokach przez przeszkody - przyp. red.).

Poznał go pan? Byliście sobie bliscy? 

- Zmarł, kiedy miałem 11 lat, ale do tego momentu był najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Wychowywał mnie surowo: miałem być facetem odpornym i krzepkim. Męskość dziadka wiązała się również z jego miłością do koni. Kładliśmy się obok siebie wieczorem i on - ze łzami w oczach - snuł nieprawdopodobne opowieści o koniach, na których zdobywał najważniejsze trofea. Dowiedziałem się, że to nie były konie wierzchowe. Słynny Picador, mustang amerykański wzięty z taboru, miał nawet obcięty ogon, żeby mu się w uprząż nie wkręcał. Dziadek dostrzegł w nim wielki talent  i zrobił z niego legendarnego championa.

Jego miłość do koni miała tragiczny koniec.

- Na planie filmu Andrzeja Wajdy, gdzie prowadził szarżę w bitwie pod Somosierrą, spadł z konia i złamał kręgosłup. Ale wtedy inna miłość podtrzymała dziadka przy życiu jeszcze przez wiele miesięcy. Gdy uległ wypadkowi, babcia wstawała codziennie o piątej rano i jechała PKS-em do Konstancina, gdzie leżał sparaliżowany. Przez półtora roku go pielęgnowała bez słowa skargi. Do domu wracała o zmroku i potem znów pobudka o piątej rano. Tak właśnie ta rozpieszczona, rozkapryszona babcia Muszka się z dziadkiem żegnała.

Czyli ma pan w rodzinie miłość  legendę...

- Ale jej nie idealizuję. To była relacja z krwi i kości. Dziadek był przystojnym facetem w typie George’a Clooneya. Babcia nie miała z nim lekkiego życia. Kochał ją, ale też zdarzało mu się romansować. Mieli kilka kryzysowych momentów, jednak udało im się je przejść. To niesamowicie inspirująca historia miłosna.

Często rozmawia pan z mężczyznami o miłości, kobietach, uczuciach?

- Kiedy się któryś ze znajomych chorobliwie zakocha i musi się pozwierzać, to rozmawiam. Też miałem takie chwile, rozumiem tę potrzebę. Ale mężczyźni nie są skorzy do wywnętrzania się. A i kobiety mają z tym problem.

Czemu tak trudno mówić nam o miłości?

- To wyświechtane, zużyte pojęcie, a jednocześnie trudno wyjaśnić, co się pod nim kryje. I sama miłość też jest trudna. Dla każdego znaczy co innego. Niektórzy idą na skróty: mylą miłość z fascynacją, zakochaniem. O tym wszystkim jest sztuka teatralna Czworo do poprawki, którą napisałem. W pensjonacie spotykają się dwie pary: młoda i dojrzała. Jedni i drudzy mają problem z uzewnętrznianiem uczuć. Jedni i drudzy nie wiedzą, od czego zacząć rozmowę o bliskości, trudnych emocjach, wątpliwościach. A brak rozmów o uczuciach zawsze prowadzi do nieporozumień, pretensji, frustracji. Zakończenie spektaklu jest wzruszające, bo wieńczy go film z wypowiedziami par z długim stażem. Jest m.in. małżeństwo, które przeżyło wspólnie ponad 70 lat. Żona, dziś 90-letnia, wychodziła za mąż w sukni ślubnej po dziewczynie, która nie przeżyła powstania warszawskiego. Jak miłość się zaczyna od takich doświadczeń, to inaczej się przechodzi przez uczuciowe kryzysy. I bardziej ceni się relację. Dziś utrzymanie związku jest trudniejsze. Zapominamy, że miłość to jest też odpowiedzialność, trud..., nie tylko to co fajne, atrakcyjne, ekscytujące.

Może kiedyś małżeństwo to był  wybór pragmatyczny? Ludzie się słabo znali, ale pobierali, bo w pojedynkę żyło się trudniej. Miłość przychodziła z czasem lub nie, ale to nie decydowało, czy małżonkowie ze sobą zostaną, bo ślubowali "po grób".

- Tak, dawniej małżeństwo to była przede wszystkim instytucja, miłość kojarzono z przywiązaniem, więc inaczej się ją pielęgnowało. Była jak skarb, coś niepowtarzalnego. Dziś jedną łatwo można wymienić na nową.

W małżeństwie pana rodziców miłości ocalić się nie udało. Pochodzi pan z rozbitego domu. Jakie to dziś wzbudza w panu refleksje?

- Rodzice byli rozbitkami po ciężkich przejściach okupacyjnych, ojciec po kilku latach obozu koncentracyjnego. Rozwiedli się, gdy miałem sześć lat. Analizuję ich historię. Mam teorię, że ich miłość zniszczyły traumy wojenne, przez które nie mogli się dogadać. Pewnie nie pomogło i to, że ojciec był chorobliwym pedantem, a mama artystką, aktorką. Za duża różnica charakterów i podejść do życia. Poznali się po wojnie w gdańskim teatrze Wybrzeże, gdzie ojciec był dyrektorem administracyjnym. Urodziłem się w 1955 roku. Sześć lat później nie tylko nie byli już razem, ale nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Mama nie chciała o małżeństwie mówić. Z ojcem widywałem się raz w roku. Ich miłość była trudna, skończyła się obcością. Nigdy nie dopytywałem, jaka zadra tak ich od siebie oddaliła.

Może nie było miłości?

- Była, dzięki niej jestem na świecie. A nie było to łatwe, bo istniał między nimi konflikt serologiczny - jestem ich szóstym dzieckiem, pierwszym donoszonym. Wszystkie wcześniejsze ciąże matka poroniła. Gdyby się nie kochali, pewnie by tyle razy nie próbowali. Poza tym ani mama, ani ojciec już się z nikim po rozstaniu nie związali. Ale też nigdy nie podjęli próby pojednania czy wyjaśnienia sobie, co się stało. Sporo miłości obumiera, bo ludzie nie mówią sobie ważnych, trudnych rzeczy. 


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje