Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cezary Harasimowicz: Historie miłosne

Jest wyjątkiem! Odważnie mówi o uczuciach. Poświęcił im książkę Była sobie miłość. Nam Cezary Harasimowicz tłumaczy, jak kobieta i mężczyzna mogą się porozumieć, choć używają różnych języków. Czemu przepraszanie partnerki to wyraz siły. I kiedy zdrada cementuje związek. Przeczytaj fragment rozmowy Michała Kukawskiego z Cezarym Harasimowiczem - cały wywiad znajdziesz w sierpniowym numerze magazynu Twój STYL.

Twój STYL: Może być szczęśliwa czy tylko tragiczna? Jak to jest z tą miłością? I jak spotkać tę wielką, prawdziwą?

Reklama

Cezary Harasimowicz: - Z tym bywa różnie. Mój dziadek na przykład zakochał się w zdjęciu. Siedział w okopie, kolega pokazał mu fotografię narzeczonej. Rok później to dziadek wziął ślub z kobietą z fotografii. A potem byli już ze sobą na zawsze. To było długie małżeństwo, choć niełatwe, bo babcia była kapryśna i rozpieszczona, ale w momentach ekstremalnych odznaczała się heroizmem. Dzięki niej dziadek nie został rozstrzelany.

Jak go ocaliła?

- To było po 17 września 1939 roku, czyli już po wkroczeniu Rosjan na polskie ziemie wschodnie, niedaleko Lwowa. Dziadek, szwoleżer, nie chciał zdjąć munduru i przez to cała rodzina wpadła w ręce Sowietów. Mieli go rozstrzelać, a wtedy babcia oświadczyła żołnierzom, że mają zabić też ją i ich córkę, nie tylko dziadka. Jej stanowczość zrobiła wrażenie. Dowódca kazał babci pokazać dłonie. Wyciągnęła ręce, zadbane, bez odcisków. "Ruki burżujki", zdenerwował się. Wtedy babcia kolejny raz wykazała się refleksem i skłamała, że jest pianistką. A Rosjanie wobec artystów czuli respekt. Zachowali się więc po ludzku i to ocaliło życie rodziny, łącznie z moją mamą. Dziadek nie został wywieziony do Katynia. Swoją drogą był wybitną postacią: polskim oficerem, jeźdźcem, medalistą olimpijskim (brązowy medal na igrzyskach w Paryżu w 1924 roku w skokach przez przeszkody - przyp. red.).

Poznał go pan? Byliście sobie bliscy? 

- Zmarł, kiedy miałem 11 lat, ale do tego momentu był najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Wychowywał mnie surowo: miałem być facetem odpornym i krzepkim. Męskość dziadka wiązała się również z jego miłością do koni. Kładliśmy się obok siebie wieczorem i on - ze łzami w oczach - snuł nieprawdopodobne opowieści o koniach, na których zdobywał najważniejsze trofea. Dowiedziałem się, że to nie były konie wierzchowe. Słynny Picador, mustang amerykański wzięty z taboru, miał nawet obcięty ogon, żeby mu się w uprząż nie wkręcał.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje