Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Celeste Barber szczera do bólu i niezwykle zabawna

Uwielbiam się z siebie śmiać. Jedyną osobą na świecie, której sprawia to tyle samo radości, jest moja siostra Olivia. Przesyłałyśmy sobie nawzajem zrzuty ekranów zdjęć i rzucałyśmy sobie wyzwania: przyjąć odpowiednią pozę i zrobić imitację fotki - pisze Celeste Barber w książce "Challenge Accepted".

Przeczytaj fragment książki Celeste Barber "Challenge Accepted":

Reklama

Pierwsze fotowyzwanie #celestechallengeaccepted było łatwe. Na zdjęciu była laska wygięta w dziwnej pozie jogi na klatce schodowej. Zamieściłam swoją wersję na moim Instagramie i na prywatnej stronie na Facebooku (nie posiadałam wtedy oficjalnego konta na Facebooku - raczej go nie potrzebowałam, biorąc pod uwagę fakt, że nieźle radziłam sobie z zarządzaniem moimi osiemdziesięcioma siedmioma znajomymi) z podpisem: "Zaczynam coś nowego". Spodobało się - to znaczy spodobało się moim znajomym, którzy zostawili mi rozbawione komentarze. I tyle.

Bawiłam się w ten sposób przez kilka tygodni, zamieszczając różne zdjęcia - niektóre na plaży, inne w łazience, w większości ze mną w skąpej odzieży w roli głównej. Robiło się fajnie. Zdawałam sobie sprawę, że udaje mi się rozbawić coraz więcej osób i wkrótce miałam coraz większy odzew. Tydzień po tym, jak miałam 2000 obserwujących, dalej bawiłam się wyśmienicie. A później w mojej prywatnej skrzynce odbiorczej na Facebooku pojawiła się wiadomość od kogoś z ABC Online. Chcieli zrobić ze mną wywiad na temat mojej wizji mediów społecznościowych. 


Moja wizja wyglądała następująco: właśnie zamieściłam swoją wersję zdjęcia, w którym Kim Kardashian leży w błocie na wzgórzu w samej bieliźnie. ALE UWAGA, UWAGA: poza na fotce została wystylizowana przez jej męża, Kany’ego. Cieszyłam się, że mogę opowiedzieć o moich występach i "kreatywnym geniuszu" Kany’ego. Zrobiliśmy wywiad, a dzień po tym, jak został opublikowany, na moim koncie było już prawie 5000 obserwujących! Pięć tysięcy obserwujących! Jasna dupa! Nie jestem już kimś, kto tylko naśmiewa się z Kim "Kimbo" Kardashian, JA NIĄ JESTEM!

Od razu poczułam, jak w moim wnętrzu zachodzi zmiana i zaczęłam kasować w telefonie numery osób, które moim zdaniem mnie ograniczały. No, bo przecież w końcu jestem sensacją Instagrama, psiamać! Będą mnie otaczać wyłącznie pozytywne osoby i pod żadnym warunkiem nie chcę już dłużej zadawać się z wami i waszą negatywnością, sorry. To był weekend i wpadli do nas akurat znajomi - Kate i Phil - mieli się zatrzymać na kilka nocy. To dwójka z grona naszych najstarszych przyjaciół, więc kiedy już się spotykamy, robi się z tego niezła libacja. Faceci poklepują się nieustannie po plecach, a ja i Kate zazwyczaj siedzimy na kanapie i oglądamy razem telewizję, przysięgając, że nie będziemy się odzywać ani ruszać się z miejsca. Wszyscy przyjęliśmy strategiczne pozycje poklepywaczy oraz widowni przed telepudłem, oczywiście nie wypuszczając z rąk telefonów, kiedy nagle zaczęły zalewać nas wiadomości od bliższych i dalszych znajomych przez FB, Insta, gołębie pocztowe i faks, informujące, że konto "pęka mi w szwach".

Wiarygodne i powszechnie szanowane źródło informacji prasowych "Daily Mail" dorwało się do artykułu z ABC Online, poszatkowało go wedle własnego uznania i bez jakiejkolwiek zgody ze strony ABC Online opublikowało historię o mnie na swojej stronie głównej. Jako że lojalność mam głęboko w dupie, proszę bardzo - poszatkujcie moją historię, puśćcie wodze wyobraźni, napiszcie, że mam czterdzieści osiem nóg, mam to gdzieś, wiem, ile w tym prawdy, nic mi nie możecie zrobić, "Daily Mail", nagońcie mi obserwujących i SPRAWCIE, ŻEBYM STAŁA SIĘ SŁAWNA! I właśnie w ten sposób liczba moich followersów zaczęła wzrastać w tempie kilkadziesiąt tysięcy na minutę.

Phil, samiec alfa w naszym stadzie - to znaczy ten, który najgłośniej krzyczy - wymyślił pijacką gierkę. Cała nasza czwórka zasiadła przy stole w jadalni. Drinki na stole. Phil kazał nam przełączyć telefony na tryb samolotowy, Kate włączyła stoper. Wtedy miałam już na koncie jakieś 8000 obserwujących. Phil ogłosił, że jeśli za minutę licznik followersów skoczy do dziesięciu tysięcy, będziemy musieli wypić nasze napitki do dna. Powitaliśmy jego propozycję radosnym okrzykiem - Phil to naprawdę geniusz imprezowych rozrywek.

Minutę później telefon Kate zabrzęczał - rzuciliśmy się jak dzicy włączać telefony i BANG, miałam piętnaście tysięcy obserwujących. Kiedy obudziliśmy się następnego dnia z pokaźnym bólem głowy, licznik na moim koncie wskazywał pięćdziesiąt sześć tysięcy osób, a w mojej skrzynce e-mailowej znajdowało się mniej więcej tyle samo e-maili z zapytaniami o udzielenie wywiadu. Po tamtej nocy liczba followersów rosła i rosła, ja miałam coraz więcej i więcej pracy, a niezmierzone możliwości zarabiania na robieniu jeszcze głupszych rzeczy były na wyciągnięcie ręki.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje