Przejdź na stronę główną Interia.pl

Buntowniczka z wielu powodów

Osobowość skomplikowana i fascynująca. Bezkompromisowa, zaangażowana, a jednocześnie do rany przyłóż. Mało kto potrafi z takim wdziękiem łączyć w sobie przeciwieństwa jak pisarka Krystyna Kofta, królowa słynnego literackiego stolika.

Rozmawiałam z nią kilka razy. Raz w Czytelniku, gdzie akurat trwało cotygodniowe, wtorkowe spotkanie i "stolik Kofty" tłumnie oblegali jej znajomi oraz przyjaciele. Za każdym razem mówiła coś, co zostawało ze mną na dłużej. O kobietach, o miłości, o pożegnaniach...

Reklama

Widziałam w jej nastawieniu do życia uparty optymizm. Nieoczywisty, ale zaraźliwy. I czułość, kiedy mówiła o bliskich osobach. Czasem nutę stanowczości, gdy przywoływała historie związane ze swoją twórczością. I prawdziwe zainteresowanie, które wyczuwa się w sposobie, w jaki ktoś po zadaniu pytania czeka na odpowiedź.

Tym razem zaprosiła mnie do swojego domu na cichym osiedlu, na obrzeżach miasta.

- To jest wieś w mieście - mówi pisarka. Nieduży dom, otoczony zielenią i kwiatami, jest kwintesencją przytulności.

Krystyna i Mirosław Koftowie wychodzą oboje, żeby otworzyć furtkę. W marcu obchodzili 52. rocznicę ślubu. Od razu widać, że się lubią. To może być tajemnica ich dobrego związku. Siadamy w salonie wypełnionym, jak podkreśla bohaterka, "starymi gratami od Sasa do Lasa" oraz mnóstwem książek.

Zaparza herbatę, podaje czekoladę i miskę migdałów. Krystyna Kofta zamyśla się na chwilę: - Gdybym miała napisać swój list do życia, miałabym wielki problem. Tak trudno przekazać innym swoje doświadczenie...

Własny pokój

Co jest najważniejsze? - Walka o swoją podmiotowość. Trzeba walczyć zawsze. Na tyle, na ile jest to możliwe. Wciąż o tym przypominam. Chcę buntować kobiety - przyznaje. Sama także walczyła. Choćby o partnerstwo w małżeństwie.

- Mąż zaspokajał ambicje moich rodziców, których nie spełnił mój brat. Magisterium, doktorat... Trochę go rozpuścili. A ja chciałam równouprawnienia - mówi.

Pierwsze zderzenie potrzeb i możliwości przeżyła, kiedy przeprowadzili się z jej rodzinnego Poznania do Warszawy. Do mieszkania teściowej przy ulicy Mokotowskiej.

- Gdy urodził się Wawrzyniec, zaczął się mój piękny, lecz najtrudniejszy czas. Przez cztery lata sama zajmowałam się synem. Mąż skupiał się na pracy. Jak Wawrzyniec zaczął mówić, to na pytanie, co robi tatuś, odpowiadał: "Pisze dotorat". Chciałam mieć dziecko i zależało mi na tym, żeby je wychowywać bez pomocy mojej matki, która aż paliła się do tego. Zdawałam sobie sprawę, że większość obowiązków spadnie na mnie, ale nie spodziewałam się, że wszystkie - wspomina.

W dzienniku, który pisze właściwie przez całe życie, w tamtym czasie zanotowała: "Moja praca się nie liczy tak jak praca mężczyzny. Pracuję z doskoku. W dzień, kiedy dziecko śpi, albo w nocy. W szczelinach czasu" (tak zatytułowała nową książkę, która ukaże się jesienią: "W szczelinach czasu. Intymnie o Peerelu").

- Po latach mój mąż przyznał, że teraz zachowałby się inaczej. Cieszę się, że to zrozumiał. Było mi ciężko, ale właśnie wtedy napisałam pierwszą powieść "Wizjer", którą zaniosłam do Czytelnika ot tak, z ulicy i pod panieńskim nazwiskiem, żeby nie wykorzystywać nazwiska męża, popularnego dzięki bratu Jonaszowi. Przygotowałam dwie wystawy. Nie poddawałam się - opowiada.

Mirosław Kofta: - W biografii Krysi to dążenie do samostanowienia i niezależności jest niezwykle istotne. Rozumiem to, ale wiem, że mogę się czasem, jak to mężczyzna, zachowywać bezmyślnie czy gruboskórnie.

Kiedy zamieszkali w domku, dotkliwie odczuwała brak własnego pokoju. Pracowała w tym dużym, który wszyscy nazywają salonem. Nie lubi tego określenia: "Jaki to salon? Tak niski, że można dotknąć dłonią sufitu". Nie było drzwi, pisała przy stole kreślarskim ustawionym pod oknem.

- Do Wawrzyna przychodzili koledzy i koleżanki, biegali po korytarzu, a ja usiłowałam się skupić. Byłam naprawdę wściekła. Pokoje mieli mąż, syn i była jeszcze sypialnia. W dzienniku pisałam: "Gdyby tak mieć swój pokój, wynajmowany choćby na kilka godzin, jak garsoniera!". Najpierw wymyśliła wstawienie drzwi w tym pokoju.

Potem uznała, że jedynym wyjściem będzie przeniesienie do niego sypialni.
 - Jaka to była walka. Kobiety mnie nie wspierały i nie rozumiały mojej potrzeby własnej przestrzeni. Znajome i sąsiadki załamywały ręce: "Jak to będzie wyglądało? Ohyda. A jak przyjdą goście, to będą siedzieli na łóżku?". Takie argumenty nie robiły na mnie wrażenia. U moich rodziców mieszkaliśmy w kuchni, a na Mokotowskiej przez dziewięć lat mieliśmy dla siebie 13 metrów - opowiada. Postawiła na swoim.

Oczko w głowie

 Macierzyństwo uważa za nadzwyczajne doświadczenie.

- Piękne i trudne. Nigdy nie miałam zastrzeżeń do swojego dziecka, nie tak jak do męża - śmieje się. - Zawsze byliśmy z Wawrzynem blisko. Czytał mi głośno, gdy robiłam coś w kuchni, tak jak ja swojej matce. Rysował, gdy ja pisałam. Wychowywałam go zupełnie inaczej, niż wychowywano mnie. Chociaż muszę przyznać, że moi rodzice mimo swoich surowych zasad dali mi mnóstwo akceptacji. To w życiu bardzo pomaga.

W dzieciństwie uznawano ją za krnąbrną.

- Podobało mi się to. Rodzice rozmawiali ze sobą po niemiecku, żebym nie rozumiała, ale wiedziałam, że w zasadzie są ze mnie zadowoleni - mówi. Szybko zaczęła sama o sobie decydować. Postanowiła przenieść się z żeńskiej szkoły, do której chodziła w rodzinnym Poznaniu, do liceum plastycznego.

Dyrektorowi szkoły nie przyszło do głowy, że dziewczynka z teczką rysunków pojawia się bez porozumienia z rodzicami. Zgodził się. Matkę i ojca poinformowała dopiero po pół roku.

- Bałam się, że mnie cofną do tej żeńskiej szkoły, której nienawidziłam - śmieje się pisarka. - W końcu powiedziałam o wywiadówce, zaznaczając, że odbędzie się w innym miejscu.  Boże, co to było! Liceum plastyczne?! Ruja i porubstwo. Ale kiedy rodzice poznali dyrektora i polonistkę, zaakceptowali mój wybór.

Zaznacza, że nie poleca takiego postępowania, bo wymaga kłamstwa.

- Ja się tego nauczyłam. Musiałam kłamać, żeby wyjść z domu. Nie było mowy, aby matka mnie wypuściła na prywatkę. Oszukiwałam, kiedy szłam na wagary. Miałam dwa dzienniczki, ale uważałam, że jestem w prawie, pewnie dlatego przychodziło mi to łatwo - tłumaczy.

Jej rodzice mieli już dwoje kilkunastoletnich dzieci, gdy podczas wojny urodziła się Krystyna, najmłodsze dziecko, oczko w głowie.

- Jak miałam 16 lat, matka mnie odprowadziła na sylwestra, a za pięć dwunasta przyszła mnie odebrać. Byliśmy już z Mirkiem małżeństwem, a jak wychodziliśmy, stawała w drzwiach i mówiła: "Dzieci, pamiętajcie, żebyście o dziesiątej byli w domu".

Wawrzyniec Kofta mówi, że mama zawsze akceptowała jego wybory.

- Była rodzicem nienarzucającym. Niespecjalnie chciała chodzić na wywiadówki. Nie przejmowała się moimi ocenami. Może także dlatego, że nie miała powodów. Uważała, że to moja decyzja, na ile zaangażuję się w naukę. Czułem się traktowany poważnie, ale czasem myślałem, że mogłaby się bardziej ucieszyć z moich sukcesów - żartuje.

Został doktorem biologii. Jest autorem wielu podręczników.

- Mam wrażenie, że udało mi się go wychować na samodzielnego człowieka. Zawsze trochę się bałam, że zamienię się w swoją matkę, będę się wtrącać w jego życie. Wiem, że jest niezwykle utalentowany, ma talent pisarski. Umie nawiązywać kontakty z ludźmi. Z tego, co wiem, jest bardzo dobrym nauczycielem - mówi z dumą Krystyna Kofta.

Zawsze iskrzy

 Gdy przygotowywała do druku swoje dzienniki "Monografia grzechów. Z dziennika 1978-1989", Beata Stasińska z wydawnictwa W.A.B. mówiła jej: "Musisz wyrzucić trochę konfliktów z Mirkiem. Przecież jesteście takim dobrym małżeństwem, a z tych dzienników wynika, że nieustannie się kłócicie".

- Odpowiedziałam jej: "Ale co ja zrobię, kiedy ja właśnie wtedy piszę?" - śmieje się Krystyna Kofta. Trochę kłótni jednak usunęła. Żeby proporcje były bardziej wyrównane. Z Mirosławem Koftą są małżeństwem już ponad pół wieku.

- Myślę, że jesteśmy na siebie skazani - śmieje się. - Mam dużo do powiedzenia na temat kompromisu. Jeśli wiemy, że związek jest coś wart, warto walczyć. Przy takich wyrazistych osobowościach bywa trudno. Czasami dostaje się małpiego rozumu.

Mirosław Kofta: - Lata wspólnych doświadczeń umacniają związek. Dzisiaj nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie gdzie indziej. Jesteśmy rogatymi duszami. Kłócimy się. Czasami przyczyna jest błaha, ale nikt nie jest w stanie zrezygnować z udowodnienia własnej racji. To też nasz rytuał. Ale kochamy się i jesteśmy ze sobą blisko.

Wawrzyniec Kofta: - Czasem ludzie po latach są ze sobą dla świętego spokoju, oni nie. Myślę, że nigdy się ze sobą nie nudzili. Ich związek jest ciągle żywy i pełen emocji.

Co Mirosław Kofta lubi w swojej żonie?

- Mnóstwo rzeczy. Krysia jest twórcza, otwarta na ludzi, ciągle ma nowe pomysły na siebie, swoją pracę. Interesuje się wieloma dziedzinami: polityką, modą, ekonomią... Dużo myśli o innych, szczególnie tych, którzy są w potrzebie. Czasem jest trochę zbyt apodyktyczna. Przejawia się to w dbaniu o zdrowie. Uznaje, że powinienem regularnie brać jakiś zestaw witamin i z bezwzględnym uporem będzie tego pilnowała. Ten jej upór przejawia się również w samodyscyplinie i konsekwencji. Podziwiam to w niej - zaznacza.

Spędzają razem dużo czasu, co wynika także z charakteru ich pracy.

- Mam kilka godzin w tygodniu w Instytucie Psychologii, bo prowadzę grant badawczy, ale poza tym pracuję w domu. Tak jak Krysia. Mamy swoje codzienne zwyczaje: wspólne posiłki, wieczorne oglądanie telewizji: wiadomości i seriali na BBC lub HBO. W jej życiu ogromne znaczenie mają przyjaźnie z mężczyznami literatami.

- Mówi się, że nie ma przyjaźni między mężczyzną i kobietą, bo ona z pewnością ma jakiś podtekst. Tak, ma. Zawsze iskrzy. Ale dobra przyjaźń nie musi być skonsumowana - przyznaje pisarka.

Jeszcze podczas studiów w Poznaniu zaprzyjaźniła się z Janem Komolką. Młody pisarz wygrał konkurs wydawnictwa Czytelnik na powieść. Za "Ucieczkę do nieba" dostał Nagrodę Kościelskich.

- Kiedy mój mąż był zajęty karierą naukową, Janek pomagał na wiele sposobów. Piec do ciepłej wody przyniósł na własnych plecach i zamontował. Spotykamy się, jak przyjeżdżam do Poznania. Zawsze jest tak, jakbyśmy się widzieli wczoraj - twierdzi. Jej przyjaźń z Januszem Głowackim trwała dekady.

- Zdarzało się, że jak się pokłóciłam z mężem, rozmawiałam potem z Głowackim i on mówił: "Tak powiedział do ciebie? Nie powinien. Mogłabyś się rozwieść... Ale lepiej nie, bo on cię kocha" - wspomina Krystyna Kofta. - Jak zaczynałam się przyjaźnić z Januszem, byliśmy młodzi. Wszystko miało inne znaczenie. Jego ciągle otaczał wianuszek kobiet. Czasem się z tego śmialiśmy. Chętnie podtrzymywał ten swój wizerunek playboya. Jego śmierć była dla mnie trudnym przeżyciem. Wiedziałam, że jest chory, ale nie byłam gotowa na to pożegnanie - dodaje.

Od lat przyjaźni się też z Tomaszem Łubieńskim, od niedawna z Januszem Rudnickim. Mąż nie bywał zazdrosny?

- Nie. Wiedziałem, że Krysia tego potrzebuje. Nikt nie jest święty, a oni mieli swoją komitywę pisarską - mówi Mirosław Kofta.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje