Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Bez silnika i toalety. Pierwsze Polki w rejsie na Islandię

Nie brakowało sztormów i wiatru, który rzucał jachtem na prawo i lewo. Adrenalina i strach stały się dla nich codziennością. - Trafiłyśmy na kilka sztormów, do tego było zimno. Gdy dopływałyśmy do Islandii, temperatura wynosiła 7°C. Na tak małym jachcie praktycznie nie da się wysuszyć ubrań, więc byłyśmy kompletnie przemoczone. Łazienki czy toalety też nie ma. Wszystko dlatego, żeby ograniczyć wagę jachtu i zyskać przestrzeń wewnątrz – opowiada Dobrochna „Brożka” Nowak, jedyna Polka, która przepłynęła z Polski na Islandię i z powrotem.

Sporo miejsca wewnątrz zajmuje wyposażenie jachtu: części zapasowe, żagle, narzędzia. Własny bagaż trzeba ograniczyć do minimum. - W czasie rejsu każda z nas miała m.in. dwa komplety odzieży sztormowej, dwa śpiwory, trzy pary rękawiczek, spodnie narciarskie i ciepłe czapki. Za to nie miałyśmy się w co ubrać wychodząc na miasto - śmieje się "Brożka", która od dzieciństwa każde wakacje spędza na Mazurach.

Reklama

Pasją do wody zaraziła ją mama, która od lat jest sternikiem morskim i instruktorem żeglarstwa. "Brożka" mając zaledwie 14 lat po raz pierwszy wypłynęła w rejs morski. Dziś jako jedna z nielicznych kobiet pracuje przy remontach jachtów i regularnie wypływa na wielką wodę. Nic więc dziwnego, że sama szkoli początkujących żeglarzy i instruktorów.

We wszystkim pomaga jej partner, Szymon Kuczyński, który również jest żeglarzem. Mają za sobą wiele morskich przygód, w tym dwukrotnie udało im się pokonać Atlantyk na najmniejszym polskim jachcie 5-metrowym "Lilla My".

Pierwszy taki rejs

Do Islandii dotarła już jedna polska żeńska załoga. W 2003 roku kapitan Anna Zabłocka-Kluczka, Ewa Skut, Barbara Skut i Małgorzata Wojtaczka wspólnie przepłynęły trasę między Szkocją a Islandią. Do tej pory jednak kursu prosto z Polski do Islandii nie udało się przepłynąć jeszcze żadnej kobiecie.

- Zawsze lubiłam pływanie w damskich załogach. Rejs na Islandię jednak wyszedł trochę przez przypadek. Planowałam popłynąć na północ z Szymonem, na naszym jachcie "Lilla My", ale w czasie planowania rejsu okazało się, że do dyspozycji będziemy mieć dwa jachty. Szymon zdecydował, że ruszy sam, a mnie przypadło zorganizowanie załogi na drugi jacht "Atlantic Puffin" - wspomina "Brożka".

- To właśnie Szymon zaproponował, żeby zebrać damską załogę. Pomysł bardzo mi się spodobał, a pierwszą osobą, o której pomyślałam, była Katarzyna Sałaban. Kiedy do niej napisałam z propozycją, podjęcie decyzji zajęło jej jakieś 30 sekund! Jeszcze nie wiedziała, czy będzie miała wolne w pracy, a już się zgodziła...

W wyprawie wzięły udział w sumie 3 dziewczyny. Organizatorką i pomysłodawczynią była Dobrochna "Brożka" Nowak, studentka geografii i instruktorka żeglarstwa. Z Kaśką Sałaban płynęły ze Świnoujścia na Islandię i z powrotem. W Norwegii miejsce Kasi zajęła Zosia Bocheńska.

- Większą część trasy płynęłam z Kaśką Sałaban, którą w drodze powrotnej zmieniła Zosia Bocheńska. Rejs zaczął się 17 maja w Dziwnowie, skąd ruszyłyśmy na północ, przez Cieśniny Duńskie, Morze Północne i północny Atlantyk. Co kilka dni zatrzymywałyśmy się w portach, m.in. w Goeteborgu, na Szetlandach i Wyspach Owczych. Do Djupivogur na Islandii dotarłyśmy 14 czerwca. Droga powrotna przebiegała podobną trasą, z postojami w Stavanger i Kopenhadze - wylicza "Brożka".  

Trasa nie należała do najprostszych, ponieważ duża jej część jest daleko od lądu. A to sprzyja wysokim falom, które dla niewielkiego jachtu mogą stanowić spore zagrożenie. Rejsy na tak szerokich wodach to jednak nie tylko łódka z jednym żaglem napełnionym wiatrem. To przede wszystkim walka z samym sobą. - Był to pierwszy rejs tego jachtu, więc nie wiedziałyśmy na początku, na co możemy sobie pozwolić, jak będzie się zachowywał w różnych warunkach. Ale z czasem poczułyśmy się bezpiecznie - opowiada.

- Akweny, po których płynęłyśmy, nie należą do najłatwiejszych. Trafiłyśmy na kilka sztormów, do tego było zimno. Gdy dopływałyśmy do Islandii, temperatura wynosiła 7°C. Na tak małym jachcie praktycznie nie da się wysuszyć ubrań, więc były momenty, kiedy byłyśmy kompletnie przemoczone. Z drugiej strony dały nam w kość chwile, gdy zupełnie nie wiało. Stanie w ciszy to wielka nauka cierpliwości. Bywało strasznie, zwłaszcza gdy byłyśmy blisko lądu, gdzie jest duży ruch statków. Powinnyśmy im ustępować drogi, a nie byłyśmy w stanie się ruszyć bez wiatru.

Takie są uroki pływania jachtem bez silnika. Te chwile wynagradzają momenty, gdy wpływa się na żaglach do portu. To w dzisiejszych czasach jest rzadkością i wzbudza niemałe zainteresowanie. 

- Najbardziej uciążliwa jest monotonia, która pojawia się bardzo często. Wtedy przydaje się dobra książka i muzyka. Każdy dzień i każda noc wydają się takie same. Jednostajność urozmaica się dobrymi posiłkami, np. w rejsie na Islandię pewnego dnia zrobiłyśmy łososia duszonego na parze z masłem czosnkowym - śmieje się "Brożka".

Morze nie rozróżnia płci

W Polsce typowo kobiecych rejsów odnotowuje się niewiele, a te w zimne rejony można policzyć na palcach jednej ręki. Dla dziewczyn nie było najważniejsze przepłynięcie trasy i spełnienie jednego z marzeń. Ich głównym celem było zwrócenie uwagi na to, że Polki są również dobrymi żeglarzami - w końcu pierwszą kobietą, która samotnie opłynęła świat, była właśnie Polka (Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, w latach 1976-1978, na pokładzie jachtu "Mazurek" - przyp. red.)

- Naszą wyprawą pokazałyśmy, że kobiety żeglują równie dobrze jak mężczyźni nawet w ekstremalnych, północnych warunkach. I po raz kolejny promowałyśmy żeglowanie małym jachtem - mówi Dobrochna.

Od wieków marynarze powtarzają, że kobiety na morzu przynoszą pecha, ale te jednak są i mają się całkiem dobrze. Jeszcze nie tak dawno kobieta, która chciała wypłynąć w morze, mogła być tylko drewniana i zawieszona na dziobie. Choć, dziś sytuacja już jest zupełnie inna, "baba" na statku wciąż musi udowadniać swój profesjonalizm...

- Czasami rzeczywiście zdarzają się sytuacje, w których dziewczyny na jachtach są traktowane z góry. Ale najbardziej widać to na lądzie, kiedy pracuje się przy przygotowaniu jachtu lub robi jakieś małe remonty. Wtedy pojawia się wielu życzliwych z "dobrymi radami", które czasami bywają irytujące - opowiada Dobrochna Nowak.

- Moim zdaniem dużo zależy od osobistego podejścia. Ja większych trudności z tym nie mam. Dziękuję za chęć pomocy, wybieram pomocne informacje i działam według własnego planu. Na morzu płeć przecież nie ma większego znaczenia, ponieważ liczą się doświadczenie i umiejętności!

Bez dni i nocy

W tak nielicznej załodze czasu na jachcie praktycznie nie dzieli się na noc i dzień, lecz na chwile, kiedy ma się wachtę, i kiedy się jej nie ma. To one wyznaczają codzienny rytm. Przez całą dobę trzeba obserwować, co się dzieje dookoła, ustępować statkom i kontrolować kurs.

- Na pokładzie byłyśmy tylko we dwie, więc zamieniałyśmy się obowiązkami mniej więcej co 4 godziny. Jedna z nas była na zewnątrz, sterowała i zajmowała się żaglami. W tym czasie druga prowadziła nawigację, gotowała, a po zrobieniu tego co było do zrobienia miała czas na sen. Tak naprawdę czasu wolnego było bardzo mało. Żeby urozmaicić sobie jakoś monotonię w czasie sterowania opanowałyśmy czytanie, a w nocy i gdy warunki na to nie pozwalały, słuchałyśmy audiobooków. Wbrew pozorom człowiek szybko przyzwyczaja się do takiego planu dnia i bez problemów wstaje co 4 godziny. Co 4 godziny chce też zjeść jakieś śniadanie...

Sztormszmaty, wiadro i miska

"Atlantic Puffin", na którym płynęły dziewczyny, przystosowany jest do żeglugi jednoosobowej, ale ma miejsca do spania dla 4 osób. Koje, czyli łóżka, na jachcie są wąskie i lekko pochylone. Wszystko dlatego, by spało się w miarę wygodnie, gdy jacht żegluje w przechyle. Do tego przed wypadnięciem na podłogę chronią sztormszmaty, czyli kawałki materiału specjalnie rozpinane na brzegu koi.

Gotowanie to też wyższa szkoła jazdy. Kuchnię stanowi mała kuchenka turystyczna z jednym palnikiem i skrzynki, w których trzyma się podręczne jedzenie. Reszta prowiantu składowana jest pod podłogą. - W czasie gotowania garnki trzeba trzymać, bo na jachcie bardzo buja, a kuchenkę mamy małą, turystyczną. Na szczęście nie musiałyśmy gotować za dużo, bo żywiłyśmy się głównie gotowymi daniami.

Podczas takich wypraw próżno szukać węża z prysznicem gdzieś na ścianie. Toaleta na tak małym jachcie to luksus. Większe są wyposażane w łazienki, ale  "Puffin" jednak do takich nie należy. - Łazienki oraz toalety na naszym jachcie nie ma. Wszystko dlatego, żeby ograniczyć wagę jachtu i zyskać przestrzeń wewnątrz. Za niezbędne wyposażenie służy wiadro i miska. To musi wystarczyć. Zresztą, o tym już się nie myśli, gdy dociera się do celu. Po kilku dniach odpoczynku tęskni się za morzem, bo człowiek na lądzie znów chce wrócić na wodę - kończy swoją opowieść Dobrochna "Brożka" Nowak.

Magdalena Janczura

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje