Przejdź na stronę główną Interia.pl

Barbie: Lalka, której nikt nie chciał

Ruth Handler podczas 35. urodzin Barbie, fot. Robert Clark /East News

Ruth Handler potrafiła sprzedać dosłownie wszystko. W 1959 roku przyjechała do Nowego Jorku na krajowe Targi Zabawek przekonana, że lalka, którą stworzyła, podbije świat. Jednak od siedmiu lat musiała walczyć z krytykantami. Ta lalka to zupełnie nietrafiony pomysł - mówili. Mimo wszystko do tej pory Barbie jest najsłynniejszą lalką na świecie.

Reklama

Przeczytaj fragment książki "Barbie i Ruth":

Jako czterdziestotrzyletnia wiceprezes Mattel Inc. Ruth stworzyła w 1944 roku raczkujący biznes, który z czasem przekształcił się w trzecią największą firmę produkującą zabawki w Ameryce. Mattel Inc., z siedzibą w Hawthorne na obrzeżach Los Angeles, był wart 14 milionów dolarów. Ruth - drobna, niewysoka kobieta, "petarda" z uśmiechem na ustach i porywczym temperamentem - w ciągu czterech lat potroiła wielkość firmy. Z pomocą męża Elliota, który był głównym projektantem zabawek, udało jej się wygryźć największych rywali na rynku - Louis Marx and Company oraz Kenner Products. Obroty Mattela niedługo przewyższą obroty obu tych firm.

Lalka na targach

Reklama

Ruth udała się prosto do hotelu New Yorker, gdzie jedna z sal została zmieniona w przestrzeń ekspozycyjną. Targi cieszyły się tak wielką popularnością wśród wystawców, że stanowiska z zabawkami opanowały również hotele, które sąsiadowały z głównym holem New Yorkera. Łóżka, krzesła i stoły zostały wywiezione, by zrobić miejsce na rozbudowane wystawy, takie jak ta promująca lalkę Ruth.

Ruth chciała wyglądać wyjątkowo modnie, więc wybrała ubranie, które podkreślałoby jej wąską talię oraz pełny biust. Przechadzając się tam i z powrotem pomiędzy stanowiskami, oceniała krytycznym okiem i poprawiała każdą trzydziestocentymetrową ekspozycję - w pełni świadoma, ile od niej zależy. Złożyła ogromne zamówienie u swoich japońskich wytwórców - 20 tysięcy lalek tygodniowo, do których potrzebne było 40 tysięcy elementów ubrań zaprojektowanych tak, by idealnie otulały drobną, choć wyjątkowo zmysłową figurę zabawki. Chociaż koszt umieszczenia oraz ściągnięcia takiej ilości inwentarzu ze sklepowych półek nie był jedyną kwestią, która zaprzątała myśli kobiety.

Ruth martwiła się również o swoją wiarygodność. Założyła tę firmę, a mężczyźni w tej przesiąkniętej testosteronem branży obdarzyli ją kredytem zaufania ze względu na jej wrodzony talent do prowadzenia biznesu. Jednak jeszcze nigdy nie wymyśliła i nie zaprojektowała żadnej zabawki. Poza tym wykazywała czasami wręcz irracjonalny optymizm, który napędza przywódców i nie zostawia zbyt wiele miejsca na porażkę. I chociaż firmowi projektanci wielokrotnie powtarzali, że sprawienie, aby ta lalka odniosła rynkowy sukces, graniczyło z cudem, ona i tak zrealizowała do końca swój projekt.

To nie było bawidełko

Ruth zapalała jednego papierosa od drugiego. Wyszczekiwała polecenia okraszone wyrazami, które nie przystoją damie i wycierała najmniejsze drobinki kurzu. Jej zuchwałe zachowanie skrywało inny, znacznie bardziej osobisty powód, dla którego ta konkretna zabawka była dla niej taka ważna. W oczach Ruth ta drobna lalka była czymś więcej niż tylko kolejnym bawidełkiem. Była zdeterminowana, by przekonać nabywców, że owa plastikowa zabawka zajmie bardzo istotne miejsce w życiu każdej małej dziewczynki. (...)

Przed Targami Zabawek media kompletnie ignorowały lalkę Ruth. Zważywszy, że wyobraźnię Amerykanów zdominował wtedy podbój kosmosu, "New York Timesa" interesowała głównie dwuetapowa, stucentymetrowa plastikowa rakieta, która potrafiła wystrzelić na wysokość 60 metrów. Miniaturową atrapę zaprojektował sam Jack Ryan - były inżynier pracujący przy tworzeniu pocisków rakietowych Sparrow dla Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych - po tym, jak Mattel wywabił go z jego poprzedniej posady w firmie Raytheon. Firma Ruth mogła się pochwalić wszelkimi przywilejami, jakie zapewniała współpraca z poważną firmą produkującą samoloty - posiadała własny wydział nauki i rozwoju oraz dwudziestu dyplomowanych inżynierów dysponujących pokaźnym budżetem, który umożliwiał wymyślenie kolejnego hitu w świecie zabawek dla dzieci. Skrupulatnie wyselekcjonowani ze względu na ich niezwykłą kreatywność oraz nieposkromionego ducha rywalizacji, szybko dorobili się ksywy "grupa innowatorów". Oczekiwało się po nich, że myślami będą o dobrych kilka lat do przodu, rozwiązując w ten sposób problem ewentualnej konkurencji.

Taka zabawkowa rakieta trafiała do grupy dziesięciu inżynierów przemysłowych, którzy mieli za zadanie stworzyć plan produkcji. Ruth tłumaczyła w jednym z wywiadów, że każda nowa zabawka wymagała przygotowania około stu zestawień kosztów, zanim rozpoczął się etap projektowania. Jako założycielka firmy mocno wierzyła w systemy zarządzania i produkcji, które wypracowała. Fabryki Mattela były znacznie bardziej zmechanizowane niż te, którymi mogła pochwalić się konkurencja. Koszty także prezentowały się zgoła inaczej. Jak zwykle balansując na granicy zuchwalstwa, Ruth chwaliła się w "New York Timesie": Z naszym systemem spokojnie moglibyśmy produkować prawdziwe samoloty i rakiety. Jednak zamiast tego - napędzana geniuszem Elliota - Ruth zaopatrywała powojenny rynek w zabawki dla dzieci, których wtedy tak brakowało.

Ta utalentowana para szybko zapracowała na reputację twórców sprytnych i niedrogich zabawek, zbijających kapitał na kulturze popularnej. W obawie przed kradzieżą pomysłów Ruth nie ujawniała żadnych informacji na temat planowanych nowości, które miały swoją premierę dopiero na Targach Zabawek. Decydowała się również na projekty, które ciężko było skopiować, ale jednocześnie łatwo zastrzec prawami autorskimi. W 1959 roku salony wystawowe Mattela opanowały już hotel, w którym Ruth czekała na kupców. Podczas gdy w przedsionkach i korytarzach setki mniejszych firm próbowały przekonać potencjalnych nabywców, by rzucili okiem na ich nowe projekty, Mattel umawiało się z klientami na indywidualne prezentacje - dokładnie wyreżyserowane i odpowiednio dramatyczne. Kupcy reprezentujący większe marki potrafili obracać do góry nogami swoje plakietki, żeby zmylić agresywnych nawoływaczy, ale jeśli w grę wchodziła firma Mattel - sami wyszukiwali ich przedstawicieli. Poprawiając gęste brązowe włosy, które ułożyła w elegancką falę opadającą na jej szerokie czoło, Ruth wypatrywała tego jednego, jedynego człowieka, który mógł wszystko zmienić.

Czekając na tego jedynego

Wśród tysięcy zarejestrowanych nabywców, którzy pojawili się na Targach Zabawek, nikt nie był równie ważny i wpływowy jak Lou Kieso, reprezentujący największego amerykańskiego detalistę - Sears, Roebuck. Jego opinia potrafiła zadecydować o piorunującym sukcesie bądź sromotnej porażce danej zabawki na rynku. Zamówienie złożone przez tego mężczyznę oznaczało miejsce na półkach sklepowych w całym kraju oraz reklamę w rozchwytywanym świątecznym katalogu Searsa. Kieso był już przychylny firmie Mattel w przeszłości, więc Ruth tym bardziej zależało na tym, by jej najnowsze "dziecko" trafiło tam, gdzie jego miejsce - do popularnych sklepów sieci Sears.

Na tamten moment Sears budował duże markety na przedmieściach Ameryki już od ponad dziesięciu lat. Amerykanie wyciągali z portfeli karty kredytowe Searsa, kiedy tylko mieli ochotę nabyć nowe ubrania, zabawki czy urządzenia - wraz z towarzyszącymi im umowami serwisowymi. Niektórzy mieszkali nawet w domach Searsa, poskładanych z zestawów, które można było zamówić drogą pocztową do 1940 roku.

W pokoju, w którym czekała Ruth, ciężkie hotelowe zasłony zostały zasunięte, umożliwiając kontrolowane podświetlenie każdej ekspozycji. Najbardziej spektakularna z nich przedstawiała białą, krętą klatkę schodową i pojedynczą, trzydziestocentymetrową lalkę stojącą na przedostatnim schodku od góry. Miała ona na sobie śnieżnobiałą suknię ślubną z rozkloszowaną spódnicą, która omiatała schody. Jej gładką twarz i blond włosy okalał maleńki, choć wyjątkowo realistyczny welon, a w ruchomych rękach lalki znajdywał się stosunkowo duży bukiet kwiatów. Wydawała się chodzić na palcach, choć przez każdą z jej stóp przechodził niewidoczny pręt, który mocował ją do podłoża. Ślubną lalkę otaczało jeszcze dwadzieścia jeden innych figurek - każda o takiej samej twarzy i proporcjach, choć różniące się kolorem włosów i ubiorem. Tematyczne ekspozycje prezentowały między innymi lalkę typu Plantation Belle ubraną w letnią sukienkę w paski oraz pasujący kapelusz oraz lalkę w prostym czarno-białym, pasiastym stroju kąpielowym, wyposażoną dodatkowo w małe okulary przeciwsłoneczne, złote okrągłe kolczyki oraz buty z odkrytymi palcami. Blondynek było dwa razy więcej niż brunetek.(...)

Następczyni tekturowych wycinanek

Na początku lat 50. w sklepach można było znaleźć różne papierowe lalki - najpopularniejsze były zwierzęta, dzieci, bobasy, całe rodziny oraz postaci z bajek i legend. Ruth jednak zauważyła, że mając tak szeroki wybór, dziewczynki skupiały się głównie na jednym rodzaju lalek - dorosłych kobietach. (...)

Ruth fascynował sposób, w jaki córka i jej koleżanki trzymały tekturowe kobiety niczym kukiełki i prowadziły długie dyskusje na temat dorosłego życia - a przynajmniej tego, jak sobie to życie wyobrażały. Z czasem zauważyła, że personifikowały się z lalkami, widząc same siebie w rolach, które przypisywały zabawkom. Naśladowały również sposób, w jaki dorośli prowadzą rozmowy.

Tekturowe wycinanki miały jedną ważną zaletę ­ wymienną garderobę, ale ubrania mocowało się przy pomocy mało efektywnych zakładek, a efekt końcowy pozostawiał wiele do życzenia. Przy czym same lalki były płaskie i jednowymiarowe, nie ułatwiając zadania dziecięcej wyobraźni.

Ruth zastanawiała się, o ile szczęśliwsze byłyby małe dziewczynki na całym świecie, gdyby zamiast marnych papierowych lalek miały do dyspozycji pełnowymiarowe lalki przedstawiające dorosłe kobiety. Lata później zwierzała się dziennikarzom: Wiedziałam, że jeśli tylko udałoby nam się wykorzystać ten rodzaj zabawy i stworzyć trójwymiarowe lalki, dokonalibyśmy czegoś naprawdę wyjątkowego. Wyobrażała sobie miniaturową kobietę ze sztucznego tworzywa, ubraną w realistycznie wyglądające ubrania, może nawet z odrobiną makijażu i pomalowanymi paznokciami.(...)

Ruth i Elliot rozważali możliwość poszerzenia swojej oferty o lalki, ale zależało im na tym, aby znaleźć dla siebie jakąś unikalną niszę. Nigdy nie wchodziliśmy w żaden biznes w taki sam sposób, jak robiły to inne firmy. Nigdy nie wzorowaliśmy się na innych - wspominała potem Ruth. Jednak kiedy przedstawiła swój pomysł na "dorosłą" lalkę Elliotowi, ten nie przyjął go z entuzjazmem. I choć zazwyczaj wspierał żonę we wszystkim, co postanowiła, tym razem tłumaczył: Ruth, żadna matka nie kupi swojej córce lalki, która ma biust. Zdaniem dobrej znajomej, Fern Field, Ruth była załamana jego reakcją. Reszta całkowicie męskiej załogi Mattela poparła zdanie Elliota. Nie mieli nic przeciwko zabawkowym pistoletom i rakietom, instrumentom muzycznym i innym typowym zabawkom dla dzieci, ale lalka, którą opisała im Ruth, nie mieściła im się głowach. Powtarzali jej, że matki będą przerażone na myśl o lalce, która wygląda seksownie. Wymarzona lalka Ruth miała zdecydowanie zbyt kobiece kształty. Rodzice podnieśliby raban. Chłopcy i dziewczynki nie tylko bawili się odmiennymi zabawkami - wyrastali również na mężczyzn i kobiety, którzy tworzyli odmienne zabawki.

Tłumaczyli jej również, że wyprodukowanie tak niewielkiej, a zarazem bardzo szczegółowej plastikowej lalki jest niewykonalne. Poza tym nawet jeśli udałoby im się tego jakoś dokonać, koszty produkcji przewyższałyby ewentualne dochody ze sprzedaży. Ruth chciała mieć realistyczne ubrania - z zamkami, zaszewkami oraz wykończonymi rąbkami. Chciała, by jej lalki miały eyeliner na oczach, róż na policzkach oraz kolorowy lakier na paznokciach. Koszty skonstruowania form i potrzebnej maszynerii - nie wspominając już o powojennych stawkach - czyniły z wizji Ruth wyjątkowo drogi eksperyment. Dlaczego po prostu nie zostanie przy zarządzaniu i marketingu? - projektanci szeptali pod nosami.

Jednak nic tak nie motywowało Ruth, jak stwierdzenie, że czegoś nie da się zrobić. Wycofała się o krok, a powstały impas ciągnął się do czasu, aż Barbara stała się nastolatką - wciąż bawiącą się papierowymi lalkami. Wtedy, w 1956 roku, na rodzinnych wakacjach w Europie Ruth znalazła dokładnie to, czego potrzebowała, by sprawić, że projektanci zmienią zdanie.

Lilli z Lucerny

Handlerowie zaplanowali sześciotygodniową wycieczkę po Europie, trwającą od połowy lipca do początku września. Razem z dwójką swoich dzieci popłynęli w rejs na pokładzie Queen Mary z Nowego Jorku do Anglii. Tam zatrzymali się na tydzień w Londynie, po czym pojechali prosto do Paryża. Stamtąd prywatny samochód wywiózł ich aż w Alpy Szwajcarskie, do hotelu Grand National w Lucernie, położonego bezpośrednio nad brzegiem Jeziora Czterech Kantonów. Pierwszego dnia wyjechali kolejką na szczyt góry Pilatus, po czym wybrali się na rasową wycieczkę po Alpach, odwiedzając nawet lodowiec będący źródłem rzek Ren i Rodan. Zanim wyruszyli do Wenecji, zrobili sobie wolny dzień, by na spokojnie zwiedzić malownicze szwajcarskie miasteczko i przy okazji zrobić zakupy. Kiedy tak spacerowali po wybrukowanych uliczkach, natknęli się na sklep z zabawkami - najpewniej należący do Franza Carla Webera, słynnego wytwórcy zabawek. Syn Ruth, Ken, który miał wtedy 12 lat, chciał z miejsca wejść do środka, ale jego matka i piętnastoletnia siostra zamarły przed wystawą sklepową. Tuż obok klasycznych drewnianych lalek zobaczyły twardą, plastikową. Lalka ta nazywała się Lilli.

Lalki Lilli miały nieproporcjonalnie wydłużone kończyny, przywodząc na myśl trójwymiarową wersję postaci znanych z komiksów, i były ubrane w przepiękne kostiumy. Jedna miała na sobie kombinezon narciarski, inna typowo europejski strój. Ruth i Barbara jeszcze nigdy nie widziały takich lalek, więc Ruth zaproponowała, że kupi córce pokazowy egzemplarz, który będzie mogła wystawić sobie w pokoju, jako że już od jakiegoś czasu dziewczyna nie bawiła się lalkami. Barbara była wniebowzięta, choć miała trudności z wyborem pomiędzy tak odmiennymi strojami. Ruth chciała kupić osobno same ubrania, ale poinformowano ją, że nie ma takiej możliwości. Jeśli kupujący chciał mieć do dyspozycji inny kostium, musiał kupić go razem z lalką.(...)

Plastikowe lalki Lilli mierzyły niecałe trzydzieści centymetrów, a każda z nich miała tę samą twarz dorosłej kobiety - z wąskimi brwiami w kształcie litery V, oczami patrzącymi na bok oraz prowokacyjnie wydętymi czerwonymi ustami. Miały także długie zgrabne nogi, imponujący biust oraz wąskie talie.(...)

Lilli przybrała formę lalki zaledwie cztery lata przed podróżą Ruth do Europy - wtedy też jej twórca, rysownik Reinhard Beuthien, nawiązał współpracę z projektantem Maxem Weissbrodtem. To właśnie ta dwójka dostrzegła w niej ogromny potencjał i uwolniła Lilli z kart komisu, przekształcając ją w zmysłową, trójwymiarową zabawkę. Weissbrodt pracował dla hamburskiej firmy O & M Hausser, która od 1904 roku słynęła ze swoich odlewanych figurek wykonanych z oryginalnej firmowej mieszanki materiałów zwanej Elastolin, a do lat 50. mogła się już pochwalić sporymi innowacjami w pracy z plastikiem. Lilli - ze swoimi długimi nogami zakończonymi odlewanym czarnym bucikiem - niewiele brakowało do prostytutki, a należy pamiętać, że w Hamburgu było to zajęcie zgodne z prawem, dopuszczane i aprobowane przez rząd.

Lalki Lilli były sprzedawane w sklepach z tytoniem, barach i sex shopach. Mężczyźni kupowali lalki Lilli jako prezent z podtekstem z okazji wieczoru kawalerskiego, stawiali je na desce rozdzielczej samochodu, zawieszali na lusterkach lub obdarowywali nimi swoje dziewczyny, robiąc z nich sugestywne pamiątki. Lilli była również narzędziem marketingowym dla gazety "Bild". Z czasem ta nietypowa lalka - z dedykowaną garderobą i wachlarzem akcesoriów - stała się również zabawką dla dzieci. Jednak Ruth nie wiedziała nic na temat przeszłości Lilli i nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Nareszcie miała przed sobą wzór lalki, która podbije świat. Powróciwszy do Kalifornii ze zdobyczą w ręku, z miejsca zabrała się do pracy.

Jack Ryan, szef zespołu badawczego i projektowego w Mattel, miał właśnie lecieć do Japonii, pracować nad kolejnym projektem. Ruth wcisnęła mu lalkę Lilli do walizki. Kiedy już tam będziesz - powiedziała - sprawdź, czy zdołasz znaleźć kogoś, kto byłby w stanie wyprodukować lalkę tej wielkości. Wyrzeźbimy własną twarz i ciało i zaprojektujemy kolekcję ubrań, ale sprawdź, czy zdołasz znaleźć jakiegoś producenta.(...)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje