Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Babu Król: Lekarstwo na strach przed przegapieniem

Babu Król (w środku) i Smutne Piosenki nagrali płyty dansingowe /materiały prasowe

Reklama

A jak te powroty do ludyczności i tańców w parze mają się do disco polo?

Budyń: - Mamy z Piotrem dość odmienne podejście do disco polo. Ja jestem wielkim fanem i uważam, że ta muzyka spełnia dokładnie taką funkcję, jaką powinna spełniać użytkowa muzyka taneczna. Rozumiem też, że ludzie mają z nią problem ze względu na poczucie estetyki, że disco polo, żeby być disco polo, musi mieć ten charakterystyczny rodzaj brzmień i że ludzie, którzy go nie słuchają, robią sobie z tego brzemienia prywatnego wroga. Lubię chodzić na wesela, choć chodzę bardzo rzadko. Za każdym razem, kiedy orkiestra weselna gra piosenki disco polo, wszyscy się bawią świetnie. Ale przeżyłem też kilka wesel, na których orkiestra grała takie bardziej wyrafinowane utwory i zabawa wcale się nie kleiła. Wystarczy, że polecą "Majteczki w kropeczki", pierwsza flaszka się skończy, pękają kajdany i zaczyna się świetna zabawa.

Reklama

- Mój serdeczny przyjaciel Sebastian Pikula jest fanem polskiej muzyki tradycyjnej i dzięki niej zaczął się uczyć grać na skrzypcach. Kiedy jeździł po wsiach do tych wszystkich starych skrzypków, przywiózł od nich dwa wstrząsające teksty. Jeden na prośbę: "Może się nastrójmy?" odpowiedział: "To nie ma stroić, to ma zarabiać". Inna sytuacja. Sebastian gra jakiś dźwięk i mówi: "Wydaje mi się, że pół tonu nie stroimy", a stary skrzypek do niego: "O pół tonu się nie będziemy kłócić". To pokazuje, że tamta muzyka też miała w sobie pewien rodzaj brzydoty i chropowatości, którym ludzie się nie przejmowali. Oni mieli dobrze wykonać mazurka na weselu.

- Wróćmy więc do brzmień disco polo, które niektórym się nie podobają. Uważam, że mają dokładnie ten sam rodzaj chropowatości. Taki rodzaj brzydoty, który w pewnym momencie staje się wspólnym mianownikiem. Mógłbym powiedzieć, że chodzi o to, że trzeba zejść z oczekiwań, ale to sugeruje zmianę kierunku w dół, a zupełnie nie o to mi chodzi. Ludzie, którzy mają wysublimowany gust mają z tym problem.

Zaryzykujemy stwierdzenie, że bezguścia bawią się lepiej?

Budyń: - Nie. Dla mnie to pewien rodzaj pominięcia gry wstępnej. To, co powoduje, że my się jaramy muzyką, która ma takie drobne dodatki, ażur na obrzeżach, który w danym momencie przestaje być taki istotny. Jak pójdziesz sobie na potańc, albo na imprezę disco polo, zobaczysz, że ludzie startują do tańca po trzech sekundach. Na koncercie, nawet superdobrym, ludzie potrzebują wypić dwa piwka, trochę się pokręcić i zazwyczaj zaczynają się dobrze bawić, kiedy koncert się kończy. A na imprezach tanecznych muzyka jest użytkowa. Od razu mają zacząć grać ich ulubione piosenki, a oni będą tańczyć całą noc.

- Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy przestać grać wyrafinowane rzeczy, że te superkoncerty powinny ustąpić miejsca imprezom disco polo. Ale że to dwie zupełnie inne rzeczy i porównywanie ich ze sobą jest jak porównywanie awionetki ze spadającymi noskami klonu. To lata i to lata, ale z zupełnie innego powodu. Dla mnie nasza płyta jest próbą podania ręki - zostajemy sobą i gramy te wszystkie ażurowe dodatki, wymyślamy dziwne wersje "Jesteś szalona", ale jednocześnie nie chcemy uciekać od dansingu.

Piotr, to jakie jest twoje podejście do disco polo?

Bajzel: - Po prostu zazdroszczę. Zazdroszczę tego, że muzyka disco polo ma teraz pięć kanałów w telewizji, a muzyka troszeczkę ambitniejsza nie ma praktycznie żadnego. To jest wielki przemysł - disco polo. Zespoły grające tę muzykę są strasznie bogate, mają możliwość nakręcenia sobie najlepszych teledysków, a reszta nie ma. Zazdrość, tylko zazdrość.

Z czego to wynika?

Bajzel: - Ludzie to kochają, ludzie chcą się bawić, nie potrzebują do zabawy czegoś ambitnego. Potrzebują czegoś prostego, w stylu, który znają. Kiedy słyszą w kółko te same klawiszki, te same brzemienia, ten sam bicik i ten sam niedobry tekst, to się bawią. A tu muszą nagle kontemplować, o co panu artyście chodzi.

Jestem pełna podziwu, jak udało wam się idealnie zmiksować piosenki na drugiej płycie tego albumu. W życiu bym nie przypuszczała, że "Nasz Disneyland" tak dobrze pasuje do "Dancing with tears in my eyes".

Budyń: - Jest takie ćwiczenie teatru improwizacyjnego, rozgrzewka. Staje się w kółku, jedna osoba mówi słowo, druga kolejne - zupełnie z innej parafii, a ta, która wpadnie na pomysł, jak je ze sobą połączyć, robi krok do przodu i mówi, jakie jest rozwiązanie. Trochę tak robiliśmy szukając kontekstu, który jest oderwany od tego, co ludzie myślą o danej piosence. Wpadłem na to, kiedy lekko złośliwie na koncercie zacząłem śpiewać "Jesteś szalona". Wyguglałem sobie tekst, przeczytałem go i okazało się, że ja go kurde nie znam. Wszyscy znają melodię, refren, a nie znają na przykład frazy: "Ty się śmiałaś zawsze, no i cześć". Pomyślałem, że u mnie ta lekkość pióra byłaby możliwa po spożyciu olbrzymiej ilości alkoholu.

Bajzel: - "Zawsze prawda miała jakiś sens" - no wow! (śmiech)

Budyń: - Ludzie tak naprawdę nie wiedzą, że "Diana" jest o tym, że facet się kochał w dużo starszej od siebie kobiecie. Dawno temu przy tych piosenkach ktoś się popłakał, a my już mamy szufladki, w których poupychaliśmy sobie ich znaczenia. Słyszymy je, olewamy to, co słyszymy i odwołujemy się do naszej definicji. W "Jesteś szalona" - nie słyszymy w ogóle tekstu, bo zamiast obcować z piosenką, doświadczamy samego siebie. Dlatego w naszym wykonaniu Papa Dance pasuje do Ultravoxu, a Paul Anka do zespołu Dune. Ich piosenki wydają się nieprzystawalne, a doskonale ze sobą grają.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje