Reklama

Reklama

Artur Barciś: Wierzę, że w nas jest bardzo dużo dobra

Wciąż odkrywamy w sobie różne pokłady możliwości, czasami nawet nie spodziewając się ich - przyznaje Artur Barciś /Piotr Kamionka /Reporter

Dla części widzów aktorzy nie są realnymi ludźmi, tylko wyobrażonym wizerunkiem. Ci traktują nas, jak swoją własność. Codziennie pojawiamy się na ekranach w ich domach, więc zaczynają się z nami zżywać i oczekują, że będziemy podzielać ich poglądy - mówi Artur Barciś.


Maja Jaszewska, Styl.pl: Gasną światła, zatrzymują się kamery lub opada kurtyna i co się wtedy dzieje z tymi wszystkim emocjami, które przed chwilą wzbudził pan w sobie na potrzeby granej roli? Znikają bez śladu?

Reklama

Artur Barciś: Nie znikają, ale nie przenoszę na swoje prywatne życie postaci, którą gram. To by było nieprofesjonalne. Schodzę ze sceny czy sprzed kamery, a grana postać tam zostaje. Odczuwam natomiast emocje związane z samym występem, z jakością przedstawienia czy ujęcia, w których zagrałem. Zastanawiam się, na ile to, co zrobiłem, było dobre i czy spodobało się widzom. W świadomy sposób dysponuję całym swoim ciałem w usłudze postaci, więc umiem ocenić, czy danego dnia zagrałem lepiej albo gorzej.

A kiedy reżyseruje pan spektakl, grając w nim jednocześnie, jest to większe wyzwanie?

- Staram się wówczas być tylko w swojej roli i nie kontrolować tego, co robią na scenie moi koledzy.

W "Dwóch księżycach" Andrzeja Barańskiego przejmująco zagrał pan niewidomego chłopaka. Czy zdarzyło się, że rola nauczyła pana czegoś ważnego?

- Kiedy dostałem tę propozycję, miałem świadomość, że muszę postarać się zrozumieć, jak się czuje i jak rejestruje świat człowiek, który jest niewidomy. Bywałem wcześniej w Związku Niewidomych, bo nagrywałem tam książki na kasety magnetofonowe. Spotykałem osoby niewidome pracujące w introligatorni. W znanej sobie od lat topografii poruszały się tak sprawnie, że nikt z zewnątrz nie zauważyłby, że nie wiedzą.

- Długo się przygotowywałem do zagrania Michała. Nie było takiej techniki, jak teraz, że aktorowi nakleja się specjalne soczewki, przez co słabo widzi. Ja musiałem tę ślepotę po prostu zagrać. Michał udawał, że widzi, bo nie chciał być za swoją odmienność napiętnowany przez społeczność. W tamtych czasach można było kalekę bezkarnie obrazić i wyśmiać. Wystarczyło, że ktoś był inny a już pojawiało się ryzyko ostracyzmu. Niestety nie odeszliśmy zbyt daleko od takich zachowań. Spójrzmy na stosunek polskiego społeczeństwa do osób LGBT czy niepełnosprawnych. Bywa on bardzo okrutny i pełen pogardy.

- Jeszcze trudniejsze wyzwanie miałem grając główną rolę w serialu "Doręczyciel". Bohater w wyniku uszkodzeń okołoporodowych jest niepełnosprawny umysłowo i upośledzony ruchowo. Żeby się lepiej przygotować do tej roli, pojechałem na obóz teatralny dla osób niepełnosprawnych, organizowany przez mojego przyjaciela. Obserwowałem uczestników, jak jedzą, jak rozmawiają, jak przebiega ich proces myślowy. Wiedziałem, że wszytko to będę musiał potem zagrać.

- Tego rodzaju doświadczenia aktorskie mocno się osadzają w człowieku. Kręciliśmy ten serial dosyć długo, bo od listopada do marca. Czasami zdarzało się, że plan zdjęciowy się kończył, a ja wychodziłem i szedłem, jak mój bohater, bo ciało się do tego przyzwyczajało. Wszystkie doświadczenia, w tym aktorskie, zawsze czegoś mnie uczą. Ale nie lubię niczego powielać. Nawet, jeśli postać jest podobna do kiedyś zagranej, szukam nowych dróg i nowych sposobów ekspresji.

Czy dzięki rolom dowiedział się pan czegoś niespodziewanego o sobie?

- Trudno mi z perspektywy wielu lat powiedzieć o całym doświadczeniu aktorskim. Być może coś takiego się zdarzyło, ale nie przypominam sobie żadnego olśnienia myślą, że nagle dowiedziałem się o sobie czegoś niespodziewanego. Przecież my poznajemy samych siebie przez całe życie. Wciąż odkrywamy w sobie różne pokłady możliwości, czasami nawet nie spodziewając się ich. Staram się być dobrym człowiekiem i postępować porządnie. Moje czerwone lampki ostrzegawcze działają sprawnie.

Ogląda pan filmy, w których zagrał?

- Tak, ale nie dotyczy to telenowel. Grałem w serialu "M jak miłość" i nie obejrzałem ani jednego odcinka. Grałem, co miałem do zagrania, najlepiej jak potrafiłem, ale ta historia mnie nie interesowała.

- Obejrzałem natomiast każdy odcinek "Rancza", bo byłem ciekaw, jaki efekt końcowy zrobiono z nagranego materiału. Ten serial miał doskonale napisany scenariusz, ale czasami odcinek był za długi i trzeba było coś wyciąć. Bywało to trudne do przyjęcia.

- Pod koniec jednego z sezonów, spełniło się wielkie marzenie Czerepacha i założył partię polityczną. Wymyśliłem więc sobie, że kiedy będzie opowiadał o tym Lodzi, popłacze się ze szczęścia. Trzeba było zapłakać prawdziwymi łzami. Żeby się wszystko dobrze zmontowało, a ujęć było mnóstwo, musiałem się skoncentrować, aby za każdym razem w tym samym momencie tekstu łza wypłynęła mi z lewego oka, bo po tej stronie była kamera. Udało mi się i byłem bardzo dumny! Dzięki temu wzrosła wartość monologu, bo sukinsyn, którego grałem, okazał ludzkie uczucia i zdolność do wzruszenia. Co prawda z powodu pożądania władzy, ale jednak jakichś miękkich uczuć dowiódł.

- Okazało się jednak, że scena nie zmieściła się w całości, bo odcinek byłby za długi. Żal mi było, moich łez chociaż rozumiem, że takie są prawa produkcji telewizyjnej, która musi zmieścić się w określonych ramach czasowych.

Zachwyca mnie, jakie bogactwo emocji zawarł pan w postaci Czerepacha. W scenie w lesie, kiedy wściekły spotyka babkę, jest zupełnie inną osobą niż wtedy, gdy wzrusza i budzi współczucie, recytując sonet Szekspira. Ten kontrast nadał głębi komuś, kto na pierwszy rzut oka, wydaje się jedynie cynicznym manipulatorem.

- Bardzo mi miło, ale to nie jest moja zasługa. I nie przemawia przeze mnie fałszywa skromność. Dostałem świetnie napisany scenariusz i miałem zadanie aktorskie do wykonania. Gdyby tekst był słaby, to choćbym nie wiem, jak się starał, nie byłbym w stanie osiągnąć efektu, o którym pani mówi.

Czy zgadza się pan z opinią, że scena weryfikuje umiejętności aktorskie?

- To prawda. Jest miejscem bezlitośnie obnażającym braki warsztatowe. W filmie, za którymś razem, choćby pięćdziesiątym trzecim, może się udać słabemu aktorowi zagrać coś takiego, co będzie wyjątkowe. Ale gdyby mu kazać powtórzyć dokładnie to samo, nie będzie potrafił. Dla filmu nie ma to znaczenia, bo najważniejsze jest jedno udane ujęcie. Natomiast w teatrze nie da się powiedzieć do publiczności: "Przepraszam państwa bardzo, zagram to jeszcze raz, bo coś mi nie wyszło".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje