Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anne-France Dautheville: Zanim beton zabił trawę

Anne-France Dautheville - francuska pisarka i dziennikarka z pasją opowiada o świcie roślin. Zdradza, dlaczego warto do nich mówić.

Ludzie zapłacili za rozwój cywilizacyjny tym, że odsunęli się od przyrody, nie rozumieją jej. Skąd pani czerpie wiedzę na temat roślin?

Reklama

Anne-France Dautheville: - Aż do lat 50. XX wieku połowa ludności Francji mieszkała na wsi, dopiero po wojnie ludzie zaczęli przenosić się miast. Pewnie w Polsce sytuacja wyglądała podobnie. Wówczas beton zabił trawę. Nauka dokonała wówczas cudu, stworzyła niesamowity system, który uchronił Europę od głodu, ale jednocześnie spowodował zerwanie więzi z naturą, utratę znajomości funkcjonowania natury. Doszło do obecnej sytuacji, kiedy ziemie uprawne, na skutek używania środków chemicznych, w ogóle nie zawierają bakterii. To jest martwa gleba. Ja nie mam wykształcenia przyrodniczego, jestem samoukiem w tym zakresie.

Przyroda jest traktowana zgodnie ze słowami "czyńcie sobie ziemię podległą", a rośliny jako najniższa forma istnienia. Takie książki jak pani, każą ponownie przemyśleć zasady, którymi my ludzie się kierujemy.

- Rośliny nie mają mózgu, oczu, nie są rozpoznawalne, nie może więc zaistnieć relacja taka, jaką mamy chociażby ze zwierzętami. Jeden z moich przyjaciół jest wniarzem, przez całe lata uprawiał winnicę tak, jak się nauczył w szkole, zgodnie z zasadami - z pestycydami, środkami ochrony roślin. 3-4 lata temu zdecydował się przejść na uprawę BIO i w ciągu zaledwie dwóch lat bakterie znowu pojawiły się w glebie, uruchomiła się całe naturalne funkcjonowanie gleby, tzn., że były straty, ale najwyraźniej te zmiany, które zaszły w przyrodzie spowodowane naszą działalnością są odwracalne. Kilka tygodni po tym, jak wybuchła bomba atomowa Little Boy w Hiroszimie, osiemset metrów od miejsca uderzenia zakwitł oleander. Wierzba płacząca wyrwana z korzeniami przez podmuch, wróciła na miejsce zassana przez próżnię wywołaną wybuchem. Sosna wytworzyła na nowo spaloną korę. Przyroda odżyła, a mieszkańcy Hiroszimy urządzili Park Pokoju, do którego przeniesiono te ocalałe rośliny.

W książce przytacza pani przykład nasion papryki i kopru włoskiego, które nie mogą rosnąć obok siebie. Czy one się jakoś "rozpoznają"? Rośliny w jakiś sposób się komunikują?

- Oczywiście. Tworzą jakby nację, toczą wojny, zawierają przymierza, może nawet się zakochują.

Brzmi jak fantastyczna opowieść. W Polsce niedawno ukazała się książka leśnika, który przekonuje, że drzewa się komunikują, np. wysyłając do siebie sygnały.

- Jak najbardziej, las tworzy społeczność.

To są domniemania czy te tezy poparte są jakimiś badaniami?

- Dowodem na to są badania przeprowadzone w 2012 roku na Uniwersytecie Australii Zachodniej w Crawley przez Monicę Gagliano i Stefano Mankuzo. Koper włoski nie znosi sąsiedztwa innych roślin, zaburza ich wzrost. Badaczka umieściła dookoła doniczki z koprem doniczki z nasionami papryki - papryka wyrosła bardzo szybko, tak się dzieje u roślin zazwyczaj, gdy "wyczuwają" zagrożenie, chcą jak najszybciej wydać nasiona. W kolejnym badaniu nasiona kopru włoskiego zostały zamknięte w hermetycznym pudełku, ale wynik badania był taki sam. Nasiona papryki znowu "wyczuły" zagrożenie. Tajemnicę rozwikłał nowoczesny sprzęt, którym szuka się mikrouszkodzeń w zaporach wodnych. Okazało się, że rośliny wydawały odgłosy niesłyszalne dla ludzkiego ucha, a także dla owadów. Są dźwięki wysyłane przez korzenie albo przez białka - to sposób, w jaki rośliny mogą się ze sobą komunikować. To jest język roślin. Na podobnej zasadzie, jak delfiny przesyłają sobie sygnał.

Znam ludzi, którzy mówią do roślin, żeby lepiej rosły. Czy rośliny słyszą, co do nich mówimy?

- Spędziłam trochę czasu mieszkając wśród Indian Atapaska zamieszkujących Alaskę. Tamtejsze kobiety uprawiając ziemię mówią do roślin. Badacz z Uniwersytetu Cornella w USA, Mordecai Jaffe sprawdził, jaki wpływ ma na rośliny mowa ludzka. Badał nasiona rzodkiewki i zielonego groszku - obie rośliny rosły szybciej, gdy mówił do nich z natężeniem ok 80 decybeli - to dosyć głośno, porównywalny jest poziom hałasu startującego motocykla. Dzieje się tak dlatego, że fale dźwiękowe obijają się o rośliny - podobny efekt możemy odczuć, gdy jesteśmy w klubie i stoimy obok wzmacniacza - wówczas fale dźwiękowe czujemy w splocie słonecznym. To jest tak, jakbyśmy masowali roślinę, sprawiając, że  życiodajne płyny lepiej krążą. Ludzkość prawdopodobnie intuicyjnie rozumie takie rzeczy, bo od tysiącleci ludzie mówią do roślin, choć nauka dopiero niedawno dowiodła, że to ma znaczenie.

To znaczy, że natężenie ma znaczenie?

- Jeśli chodzi o częstotliwość to 2 kHz jest korzystnym natężeniem dźwięku.

Czy te obserwacje dotyczą także roślin modyfikowanych genetycznie?

- Nie mam pojęcia. Myślę, że nikt nie robił takich badań, bo ludzie się takimi rzeczami nie przejmują. GMO to przecież hybryda.

Czy rośliny mogą odczuwać ból?

- Eksperyment przeprowadzony, niejako przypadkiem, w 1966 roku przez Cleve Backstera każe sądzić, że tak. Backster, który akurat prowadził badania nad wykrywaczem kłamstw, z nudów chyba podłączył elektrody wykrywacza do długich liści draceny, która stała w jego laboratorium. Chciał sprawdzić, jak szybko dopiero podlana dracena rozprowadzi wodę po całej roślinie. Galwanometr zareagował na ciśnienie wody. Poszedł więc w swoim badaniu dalej, zanurzając liść w kubku gorącej kawy. Nie było żadnej reakcji. Jednak kiedy pomyślał o podpaleniu rośliny i przyniósł do pomieszczenia zapałki, linia zaczęła drgać - to uniwersalny zapis stanu paniki. Backster wielokrotnie powtórzył to doświadczenia. Rośliny reagowały także na zbliżenie się osoby, którą Backster poprosił wcześniej o wyrwanie jednej z dracen. Nauka nie potrafi tego wyjaśnić, ale wiele ludowych mądrości przeczuwało to już od czasów pradawnych.

- Tego samego rodzaju badanie przeprowadzono na drożdżach i wynik był taki sam. To by oznaczało, że jest jakaś wspólna podstawa w życiu, że ma ono wpisaną w siebie pewną reaktywność na stres, strach, szczęście. To znaczy, ze wszystkie organizmy żyjąc przyglądają się sobie. Kiedy myślimy o historii życia na Ziemi - pierwsze organizmy, sinice, pojawiły się 4 800 milionów lat temu, pierwsza komórka zwierzęca 1200 milionów lat temu to oznacza, że ta komórka zwierzęca miała już w sobie jakby ten genom roślinny. Człowiek ma przecież 78 proc. wspólnego genomu z bananem, a 98 ze świnią. Idioci dopuszczają do głosu wyłącznie część genomu banana, ale można też powiedzieć, że i Einstein i papież mają część wspólną, całkiem sporą, z bananem.

Przytacza pani historię australijskiej rośliny janowca, którą zjadają owce - roślina nie chcąc być zjadana, sprawia, że stają się one bezpłodne.

- Tak, to fantastyczna historia, w której roślina wymyśliła sztuczkę, żeby się ochronić.

W Polsce występuje roślina, która "przechytrzyła" człowieka, nie potrafimy się jej pozbyć a jest niebezpieczna - to barszcz Sosnowskiego.

- Och, bardzo dziękujemy, Polacy "sprezentowali" tę roślinę Francji.

My też "dostaliśmy ją w prezencie" od Związku Radzieckiego.

- W 45. roku, kiedy alianci pomagali wyzwolić Europę, amerykańskie samoloty, które wylądowały we Francji w dolinie Rodanu, przywiozły czołgi, te zaś  w swoich gąsienicach przetransportowały nasiona roślin. Czołgi przemieszczając się spulchniały ziemię gąsienicami, tak jakby ją orały, co ułatwiło roślinom wzrost. Wówczas alianci  przynieśli roślinę, która nie miała żadnych "wrogów" jak w swoich naturalnych warunkach. Dziś na przełomie sierpnia i września stężenie pyłków tej rośliny stało się takim problemem, że ministerstwo zdrowia stworzyło specjalną infolinię, pod która można się dowiedzieć o poziom aktualnego stężenia tych pyłków, ponieważ ludzie na nie reagują bardzo źle.

- Podobnych historii wydarzyło się wiele, nie zawsze tragicznych, jak w przypadku tych dwu roślin. Kiedy pionierzy wyruszyli do Nowego Świata w podeszwach butów i zakamarkach ubrań przenieśli nasiona babki, która nie rosła wcześniej w żadnej z Ameryk. Po drodze nasiona trafiały do gleby i kiełkowały, wyznaczając mapę wędrówki kolonizatorów.

To chyba sposób znany od zarania dziejów - ludzie podróżując przenosili nasiona.

- Tak, weźmy choćby historię pomarańczy, która opuściła swoje rodzinne Chiny dopiero w XIV wieku i dotarła nad basen Morza Śródziemnego. Dopiero w latach 70. XIX wieku ogrodnicy przekształcili ją w owoc, który znamy obecnie. Podobnie było z jabłonią, która do Europy zawędrowały albo z karawanami albo z najeźdźcami. Ludzie zabierali jabłka ze sobą w podróż, owoc zjadali a ogryzek z nasionami wyrzucali, ziarna kiełkowały i w ten sposób wyrastały po drodze jabłonie. W Chinach odkryto te oryginalne, pierwotne jabłonie. Są to niesamowite drzewa o pniach szerokich na dwa metry. Jabłoń w ten sposób przebyła 20 tys. kilometrów.

- Oblicza się, że jeden gatunek rośliny przebywa w ciągu stu lat 50 kilometrów. Ostatnie zlodowacenie spowodowało, że rośliny chciały "uciec" przed ochłodzeniem klimatu, spieszyły się więc z wytwarzaniem nasion, które przenosił wiatr, ptaki, zwierzęta i w ten sposób rośliny "zeszły " na południe. Problem polega na tym, ze rośliny migrując po Europie coraz bardziej na południe doszły do gór - z jednej stronie Alp, z drugiej Pirenejów, zaczęły się więc wznosić, ale było już w pewnym momencie za wysoko i za zimno - w ten sposób 60 do 80 proc. gatunków roślinnych w Europie wyginęło. Kiedy się ociepliło, było ich już stosunkowo mało. Sytuacja wyglądała inaczej w Ameryce Północnej, bo tam ta migracja odbywała się z północy na południe tak, że rośliny dotarły do dzisiejszego Meksyku.

Czy myśli pani, że jest szansa na to, że ludzie się opamiętają i zrozumieją, że bez roślin nie przetrwamy? W Polsce np. wycina się drzewa, niejako pod patronatem ministra ochrony środowiska.

- Słyszałam o tych wycinkach drzew, ale dotarła do mnie informacja, że, na szczęście, puszcza zostanie nietknięta. Człowiek jest zdolny do najlepszego i do najgorszego. We Francji w tej chwili jest taki trend wśród rolników w związku z rosnącą liczbą zachorowań na raka związanej z użyciem pestycydów. Ograniczają oni ich użycie. Jednak do tego ruchu włączają się raczej mali i średni rolnicy,  a nie najwięksi. No cóż, może wreszcie ludzkość sobie zada te pytania. Z drugiej strony wiadomo, że jak ginie jeden gatunek, pojawia się w jego miejsce jakaś nowa forma życia.
- W historii Ziemi już kilkakrotnie doszło do niemal kompletnego wymarcia gatunków, a jednak życie na Ziemi przetrwało. Ja uważam, że człowiek pojawił się na Ziemi, żeby wszystko zniszczyć - i robi to doskonale.

- Będąc w  USA zwiedziałam jaskinię mamutów, tam dokonano odkrycia - kawałek kryształu, w którym znaleziono bakterię, która nigdy nie miała kontaktu z powietrzem. Kryształ rozbito, bakterię włożono do pudełka petriego i ona zaczęła się tam dzielić, to były narodziny nowego organizmu. Uważam, że człowiek może zniszczyć wszystko, ale zawsze zostanie jakiś kawałek skały i woda, od których zacznie się wszystko od nowa, ale zacznie się już bez nas. Zawsze jakaś bakteria przetrwa. Jest nadzieja.

Rozmawiała Anna Piątkowska

Więcej informacji o książce "Sekrety roślin".

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje