Reklama

Reklama

Anne Fontaine: Nie lubię normalnego życia

Czuję się po prostu reżyserem. Moja płeć to moja sprawa osobista - mówi Anne Fontaine /Getty Images

Zupełnie nie nadaję się do egzystencji, którą rządzi rutyna i która posiada z góry określony rytm - mówi słynna francuska reżyserka Anne Fontaine. W rozmowie z Joanną Orzechowską-Bonis, artystka opowiada o pracy z polskimi aktorkami, dwoistości ludzkiej natury i tygodniu, który przepracowała na komisariacie.

Joanna Orzechowska-Bonis: Pani filmografia jest bardzo różnorodna -  zawiera dramaty, biopiki, melodramaty, komedie. W postaciach pani bohaterów  zawsze pojawia się jednak strefa cienia.

Reklama

Anne Fontaine: Kino jest pod tym względem wyjątkowym medium - już samo zbliżenie czyjejś nieruchomej twarzy może nas odsyłać do ukrywanych, ciemnych cech danej postaci, oddać jej najbardziej intymne i subtelne odczucia. To fascynujące. Zawsze interesowała mnie niewidoczna na pierwszy rzut oka strona ludzkiej osobowości.

- W grę wchodzi zawsze również nasza podświadomość-  w trakcie zdjęć odczuwa się to czasem wręcz fizycznie: rezultat wymyka się naszej kontroli, tworząc zupełnie nową, nieoczekiwaną  jakość. Dążę do odkrycia tego, co ukrywamy -  przed innymi i przed samymi sobą. Może być to piękno, dobro czy zło. Kino pozwala na eksplorację tych stref - to jego wielka siła. Walcząc z tym, co niewidoczne człowiek szuka czegoś w co może uwierzyć - religii, miłości, ideologii. Kino, i sztuka w ogóle, pozwalają na stawianie tego typu  pytań.

Zawsze fascynowały panią maski które nosimy i schematy zachowań, które je nam narzucają. Najważniejsza jest dla pani chwila, kiedy maski spadają. Nazywa się panią nawet "reżyserką dwuznaczności".

- To prawda, że zawsze interesował mnie ambiwalentny charakter ludzkiej natury, jej paradoksalność, paroksyzmy naszych zachowań i  tajemnice, które w sobie nosimy. Dwuznaczność? To kwestia interpretacji - można przecież powiedzieć, że wszystkie nasze zachowania są dwuznaczne. Generalnie mówiąc, interesuje mnie kondycja ludzka, jej kompleksowość. Pytania, które sobie stawiamy, odwołując się do naszych przeżyć, wspomnień czy ran. W takich chwilach oddalamy się od naszych ról społecznych, stajemy się sobą.

- W moich filmach często ukazuję sytuacje deklasacji, przekraczania obowiązujących norm, buntu i nieposłuszeństwa - dzięki nim zbliżamy się do tego, co w nas ludzkie. Transgresja nie jest celem samym w sobie, jest drogą do naszej tożsamości. 

Pani filmy to również opowieści o wolności.

- Życie zaczyna się na nowo, kiedy wypowiadamy posłuszeństwo. Wolności nikt nie daje, wolność się bierze, czy chodzi o wybory społeczne i polityczne czy też o nasze intymne decyzje. Na bardziej ogólnym poziomie moje filmy stają się rozprawą na temat konieczności przekraczania zakazów i własnych ograniczeń. Proszę tylko pomyśleć, ile zła w dziejach ludzkości uczyniono w imię słusznych decyzji czy dobra... Nigdy nikogo jednak nie oceniam. Nie znoszę też uogólnień.

W  "Nocnym konwoju", goszczącym ostatnio na ekranach polskich kin ukazała pani policjantów jako osoby skonfrontowane z problemami życiowymi, często zagubione. Czy chodziło pani o zrewidowanie niezbyt pozytywnego obrazu policji?

- Film powstał w oparciu o książkę, której autor inspirował się rzeczywistymi faktami. Chodziło mi o ukazanie bohaterów, żyjących w bardzo sformatowanym i rządzącym się określonymi regułami świecie,  którzy w życiu prywatnym okazują się bardzo wrażliwi i odkrywają w sobie reakcje, o które sami się nie podejrzewali.

- Punktem zwrotnym okaże się tu postać policjantki, o skomplikowanym życiu prywatnym, która podejmuje decyzję przerwania ciąży. "Nocny konwój" nie jest filmem o policji - to po prostu historia poszczególnych osób. Pod mundurem kryją się zawsze odrębne indywidualności. Myślę o każdej formie uniformu - mundurze policji czy wojska, sutannie czy też o maskach, które przywdziewamy w społeczeństwie. Ten egzystencjalny temat wydawał mi się szczególnie bulwersujący.

Ludzie się zmieniają - z wiekiem, czy też pod wpływem życiowych doświadczeń...

- W ramach przygotowań do filmu pracowałam przez tydzień w komisariacie. Nie można generalizować, ale w policji dużo się zmieniło: pracuje w niej coraz więcej kobiet, spotkałam policjantów, którzy są homoseksualistami czy innych, o bardzo radykalnym profilu. Policja, podobnie jak społeczeństwo, to obecnie prawdziwy "melting pot", w którym mieszają się najróżniejsze tendencje. W tym mikrokosmosie nie ma wiele miejsca na wolność czy szans na indywidualne reakcje.

- Opowiadana przeze mnie historia otwiera drzwi, ukazując policjantów nie jako automaty, ale żywych, czujących i cierpiących ludzi, stawiających sobie pytanie o prawo do wolnych wyborów.

Często pracuje pani z gwiazdami. Czy zmienia to coś w pani sposobie pracy?

- Ważne jest aby mieć do czynienia z bardzo dobrymi aktorami, którzy posiadają uprzywilejowany kontakt z widzami. To 70 proc. sukcesu filmu. Omar Sy i Virginie Elfia są gwiazdami, ale posiadają pewien rodzaj wrażliwości, który doskonale wpisywał się w opowiadaną przeze mnie historię. Z drugiej strony charakteryzuje ich ogromna kruchość - im bardziej aktorzy są znani i uwielbiani, tym bardziej boją się porażki. Reżyser musi zdawać sobie sprawę z tych  niuansów.

- W przypadku gwiazd mamy też zawsze do czynienia z pewną stylizacją -  ich twarze są własnością publiczną, rola staje się więc dla nich pewnego rodzaju przebraniem. Ale to nie jest istotne - ważne są przekazywane przez nich emocje, nawet jeśli trudniej  jest utożsamić się z gwiazdą aniżeli  z aktorem nie znanym szerszej publiczności .

W pani karierze dużą rolę odegrał również film nakręcony w Polsce  "Niewinne" - o życiu polskich mniszek w czasach II wojny światowej i wyborach moralnych, przed jakimi stanęły. Zagrała w nim cała plejada polskich aktorek, z Agatą Kuleszą, Joanną Kulig  i Agatą Buzek na czele. Jakie zachowała pani o nim wspomnienia?

- Realizacja "Niewinnych" była dla mnie doświadczeniem dość surrealistycznym - znalazłam się w Polsce, wśród polskiej ekipy, nie rozumiałam ani słowa i czułam się jak dyrygent, który ma prowadzić koncert w oparciu o instrumenty, nad którymi zupełnie nie panuje. Miałam jednak wiele szczęścia, ponieważ polska szkoła aktorska jest po prostu wspaniała: aktorki zaskakiwały mnie swoją głębią i intensywnością swojej gry.

- Kiedy przeprowadzałam casting, byłam pod wrażeniem nie tylko ich warsztatu, ale również zaangażowania w pracę nad dramaturgią opowieści. Na moich oczach wszystkie stawały się zakonnicami z 1945 roku, z ich tragediami i nadzieją. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie. Kocham polskie aktorki!

Czego poszukuje pani w kinie jako reżyserka? Silnych emocji, przygody? Co jest pani siłę napędową w kinie i w życiu?

- Nie lubię normalnego życia. Zupełnie nie nadaję się do egzystencji, którą  rządzi rutyna i która posiada z góry określony rytm. Jestem na przykład do niczego, jeśli chodzi o robienie zakupów czy zajmowanie się domem. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że to rodzaj kalectwa, ale za to doskonale odnajduję się w  intensywności pracy na planie.

- Kiedyś byłam tancerką i pamiętam, do jakiego upojenia doprowadzał mnie taniec. Dzisiaj tę rolę odgrywa film - to mój sposób na życie i wręcz witalna potrzeba.  Kręcenie filmów pozwala mi więcej żyć i wolniej  umierać - przynajmniej tak to widzę. Pracowałam również w czasie pandemii COVID-19 - podczas pierwszego lockdownu napisałam scenariusz i od razu przystąpiłam do zdjęć. Ta energia pozwoliła mi przetrwać, tym bardziej, że tym razem chodziło o komedię.

Przez długi czas mówiło się o kinie kobiet - realizatorek jako o odrębnej kategorii. Czy rzeczywiście istnieje kino kobiece?

- Kiedy pracuję nad filmem, nie czuję się ani kobietą ani mężczyzną. Jestem kimś absolutnie transseksualnym, w każdej scenie utożsamiam się z inną postacią. Może to być kobieta, mężczyzna czy dziecko. Nie wiem też, w jakim stopniu moje kino może być kinem kobiecym. Czy chodzi o specyficzny rodzaj wrażliwości? Nie sądzę.

- Swego czasu krytycy pisali o mnie, że kręcę filmy jak mężczyzna. Miał to być zapewne komplement, ale ja sama czuję się po prostu reżyserem. Moja płeć to moja sprawa osobista.

Czy kultura przetrwa pandemię ? Mówi się, że artyści spadli ze swego piedestału...

- To szokujące, że kultura w czasie pandemii jest traktowana jako potrzeba trzeciej czy czwartej kategorii. Dowodem że tak nie jest były we Francji protesty przeciwko zamykaniu księgarń. Mam nadzieję, że kultury nie można zgasić w ciągu kilku miesięcy, wiem jednak jak ciężki był to okres dla artystów, którzy nie mogli pracować. Nie wiemy, co nas czeka, ale wierzę, że pragnienie obcowania ze sztuką powróci. Musimy się jednak wciąż buntować,  walczyć.

Jakie są pani najnowsze projekty?

- Moim kolejnym filmem jest  komedia polityczna o dwóch eks-prezydentach z Jean Dujardinem i Gregory Gadebois. Zamierzam pokazać film pierwowzorom moich bohaterów  - Nicolas Sarkozy’emu i François Hollande. Mam nadzieję, ze wykażą sie poczuciem humoru. Mam nadzieję, że będą mogli ją poznać również polscy widzowie.

Zobacz także:

O dziewczynie, która została stolarzem

Biwakowanie podbija polski rynek turystyczny

Ile kroków dziennie należy robić?


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje