Reklama

Reklama

Anna Gruszczyńska: Wilczo głodna

"Wilczy Głód to moja nazwa na bulimię. Sama borykałam się z tą chorobą przez 14 lat, aż dzięki własnej determinacji udało mi się z niej wyjść. Ty też możesz pójść w moje ślady..." - pisze na swoim blogu bulimiczka Ania Gruszczyńska.

Anna Piątkowska, Styl.pl: Wysłuchałam twojego wystąpienia podczas krakowskiej konferencji TEDx. Byłam pod wrażeniem odwagi i otwartości, z jaką opowiedziałaś o sobie i swoim problemie. Jak to jest z bulimią? Czy jest moment, w którym można powiedzieć: jestem zdrowa?

Reklama

Anna Gruszczyńska: - Myślę, że to tak, jak z alkoholikiem, który nigdy nie może powiedzieć, że jest zdrowy. Będzie alkoholikiem do końca życia, nawet jeśli już zawsze będzie trzeźwy. Tak jak ja będę do końca życia bulimiczką, ale "czystą", czyli taką, która nie wymiotuje i je normalnie.

Jak długo już jesteś "czysta"?

- Prawie dwa lata, ale miałam kilka nawrotów. Przeszłam też przez fazę - ja to nazywam - sportoreksji. Ale jeśli mówimy o jedzeniu kompulsywnym i wymiotowaniu, to dwa lata jestem "czysta".

Trafnie zauważyłaś, że Polki są uważane za jedne z najpiękniejszych kobiet na świecie, ale same siebie nie uważają za piękne. Często w zaakceptowaniu własnego wizerunku przeszkadzają nam fałdki na brzuchu czy grube uda - wyimaginowane defekty. Twój problem zaczął się podobnie...

- Miałam 13 lat, kiedy zorientowałam się, że coś jest ze mną nie tak. Wdziałam modelki na okładkach gazet i siebie w lustrze - nie wyglądałam tak, jak one. Nikt mi wtedy nie powiedział, że tak właśnie nie powinno się wyglądać, bo to efekt Photoshopa. Pomyślałam, że nie mieszczę się w żadnym standardzie piękna. Potem już poszło i nie miało żadnego związku z wyglądem, byłam po prostu uzależniona.

Jak zorientowałaś się, że masz problem?

- To proste, kiedy objadasz się i wymiotujesz, nie jest ci potrzebny żaden superspecjalista, żeby stwierdzić, że to bulimia. Mechanizm obronny organizmu mówi, że coś jest nie tak, łatwo to wyłapać. To tak jak z piciem, jeśli robisz to codziennie, możesz przypuszczać, że masz problem.

Alkoholik mówi, że pije, bo ma zły dzień, bo szef go zdenerwował, bo musi się zrelaksować, ale wszystko pod kontrolą. Jak ty sobie racjonalizowałaś uzależnienie?

- Na początku, z tego co pamiętam, zwracasz, bo masz poczucie winy, że zjadłaś o jeden kawałek ciasta za dużo. Potem przychodzą typowe ataki wilczego głodu, kiedy obżerasz się już tylko po to, żeby zwymiotować. Wiesz, że robisz coś złego, ale mówisz sobie: "To tylko dziś". Przez długi czas myślałam, że tak musi być, że nie można z tego wyjść. Przez jakieś 7 lat nic z tym nie robiłam, stwierdziłam, że jestem chora, nikt mi nie może pomóc, więc widocznie tak ma być.

Jedzenie to przyjemność, dla niektórych jedna z największych. Dla ciebie jedzenie było przyjemnością?

- Pierwsze dwa kęsy to przyjemność, po trzecim, czwartym już żadnej. Chociaż jedzenie słodyczy jest przyjemne, bo tak został zaprogramowany nasz mózg - słodki smak wyzwala endorfiny. Ale najprzyjemniejsze jest poczucie bezkarności.

- Normalnie jesz ciastko i mimo że czasami masz ochotę na kolejne, powstrzymujesz się. Bulimik wie, że może zjeść nawet sto ciastek, bo i tak je zwróci, nie będzie żadnych konsekwencji. To takie złudne poczucie mocy i bezkarności.

- Napisała do mnie 16-letnia dziewczyna o tym, że objadając się płacze, bo boli ją brzuch, jedzenie nie sprawia jej przyjemności, a mimo wszystko to robi. Ja wiem, że robi to, bo jest uzależniona.

Miałaś coś ulubionego do jedzenia czy jadłaś wszystko, co nawinęło się pod rękę?

- Je się przede wszystkim słodycze. Są oczywiście takie posiłki, które zostają, mają dostarczyć organizmowi jakieś składniki, reszta jest do zwymiotowania. Są też posiłki mieszane, kiedy jesz normalny obiad i zjesz o jeden kęs za dużo, wówczas już nie możesz tego zatrzymać. Ale najczęściej to są rzeczy zakazane, np. słodycze, lody.

Jadasz dziś słodycze?

- Nie mam odwagi. Wolę nie ryzykować. Może kiedyś się odważę, ale jestem "czysta" dopiero od dwóch lat.

Bulimia dotyka głównie młode kobiety między 19. a 35. rokiem życia. Czy społecznie to duży problem?

- Podobno niszowy... Ministerstwo Zdrowia uważa, że bulimia to rodzaj zaburzenia psychicznego, ale na świecie dawno już się nie myśli, że to choroba niszowa, którą należy leczyć farmakologicznie. Bulimia jest, jak alkoholizm, uzależnieniem. Chciałabym stworzyć system pomocy, który obejmie wykwalifikowanych lekarzy. Tak, jak mają alkoholicy - poradnie, do których można się zwrócić na każdym etapie tej choroby.

Jak wygląda leczenie bulimii?

- System opieki zdrowotnej jest przede wszystkim ciężko dostępny i - jak twierdzą dziewczyny - jest to loteria: albo trafisz na dobrego lekarza, albo nie. Do tego wielomiesięczne kolejki. Chyba że mieszkasz w Warszawie lub w Krakowie, masz sporo szczęścia i trafisz na dobrego terapeutę.

Jaka jest więc droga? Lekarz rodzinny czy psycholog?

- Jak pójdziesz do psychologa, to on ci powie po dziesięciu wizytach - 100 zł za każdą - że miałaś despotyczną matkę albo nieobecnego ojca, a ty wciąż nie będziesz wiedziała, co dalej. Chyba że będziesz miała fuksa i trafisz do kogoś, kto się zajmuje terapią uzależnień.

Ty miałaś szczęście?

- Nie. Byłam na wielu różnych terapiach, także u psychiatrów. Każdy z nich dociekał, skąd to się wzięło, ale później nie mieli już pomysłu, jak mi pomóc wyjść z bulimii. Jeden psychiatra dał mi leki psychotropowe na zniesienie apetytu, tak jakby to chodziło o nadmierny apetyt. Byłam u pediatry, potem u lekarza rodzinnego. W Krakowie jest szpital dla anorektyczek. Tam spotkałam lekarza, który specjalizował się w bulimii i powiedział, że mnie przyjmie, ale najbliższy termin był za półtora roku.

- Wyleczyłam się sama jako dorosła kobieta, bo zaczęłam czytać książki psychologiczne, zwłaszcza o terapii poznawczo-behawioralnej. Zaczęłam interesować się sportem, dietetyką. Poznałam proste zależności: jak zjesz coś, co zawiera cukry proste, to skacze ci poziom cukru we krwi i masz napady wilczego głodu. To czysta biochemia. Prosta rzecz, która zajęła mi 14 lat. Doszłam do tego sama, nikt mi nie powiedział.

Chcesz powiedzieć innym, dlatego piszesz bloga?

- Na blogu piszę o różnych metodach na oszukanie wilczego głodu, ale to są lata mojej pracy nad sobą, praktyki, setki przeczytanych książek. Chciałabym, żeby ktoś mi to powiedział, kiedy miałam 16 lat. Śmiem twierdzić, że wymyśliłam autorską metodę leczenia kompulsywnego objadania się, takie małe, codzienne interwencje, co zrobić, kiedy nachodzi cię wilczy głód. To proste rady, np. zdaj sobie sprawę z tego, co czujesz, zdaj sobie sprawę z tego, że to zaraz minie, nie musisz reagować na ten kompulsywny przymus jedzenia. Poczekaj. Weź kilka oddechów z przepony. To jest jak fala - ma swój szczyt, ale za chwilę opadnie...

Potrzebny jest upór, żeby z tego wyjść?

- Przede wszystkim potrzebna jest motywacja - musisz wiedzieć, po co chcesz to zrobić. Potrzebna jest też gotowość na to, że będziesz ponosić porażki i wiedza, że po każdej porażce wstaniesz. Wychodzenie z bulimii to jest proces, zdarzają się bolesne upadki, po których trzeba sobie powiedzieć, że to jest część procesu. Ta droga tak wygląda.

- Czasami leżysz i ryczysz, i to jest normalne w każdym wychodzeniu z uzależnienia. To nie znaczy, że ty jesteś słaba i beznadziejna. Porażki to część naszego człowieczeństwa, trzeba po prostu po nich wstawać. Rodzina ci nie pomoże, nie pomoże nikt, kto tego nie doświadczył. Usłyszysz tylko: "No, ale o co chodzi, po prostu przestań jeść, nie musisz się tak obżerać". Tak mi radzili wszyscy, przed którymi się otworzyłam. To tylko wzmacnia poczucie beznadziejności i wyizolowania.

Jak była twoja motywacja?

- Zakochałam się, wyjechałam do innego kraju, gdzie było mi ciężko, próbowałam się jakoś ogarnąć. Poznałam kogoś, kto mówił mi, żebym się nie poddawała, oczekiwał ode mnie tego, że będę szła do przodu, będę konsekwentna. Ja też zaczęłam dostrzegać, że konsekwencja przynosi rezultaty. Pomyślałam, że tak samo musi być w przypadku bulimii, że jeśli będę robiła to, co działa, to z niej wyjdę. Poczułam też, że czas najwyższy, żeby z nią skończyć. Ta choroba zaczęła mi już przeszkadzać, zawadzać w planach życiowych, wkurzyłam się i wyszłam ze strefy komfortu.

Twój chłopak, ten który cię zmotywował, wiedział, że jesteś bulimiczką?

- Tak. Jego upór i konsekwencja pomogły mi. Dał mi wsparcie i poczucie, że jestem akceptowana. Nigdy nie ingerował w proces zdrowienia, ale zawsze stał przy mnie murem.

Znałaś kiedyś inne bulimiczki?

- Okazało się, że dwie moje najbliższe przyjaciółki miały ten sam problem.

Mówisz, że bulimia to choroba związana z ogromnym poczuciem wstydu.

- Bulimia jest obrzydliwa, bo wymiotowanie jest obrzydliwe. Jeśli robisz to kilka razy dziennie, to wstydzisz się tego. Nie chwalisz się, nie mówisz swojemu partnerowi, bo się wstydzisz. Myślisz: "Jak on ma mnie pocałować, skoro robię takie rzeczy?". To jest stygmatyzujące. Do tego dochodzi poczucie, że sobie nie radzisz, jesteś w rynsztoku, jesteś jakąś obrzydliwą kreaturą.

Wydaje mi się, że kiedy z kimś mieszkasz, to nie sposób nie zorientować się, że istniej ten problem. Ktoś robi duże zakupy, dużo je, a nie tyje...

- Moi współlokatorzy przyznali, że zwrócili na to uwagę, ale myśleli, że mam taką dobrą przemianę materii.

- Jeśli zauważysz, że ktoś, kto do tej pory jadł normalnie, nagle robi sobie uczty, że w śmieciach pojawiają się, najczęściej zakopane, duże ilości papierków po słodyczach, to coś jest nie tak. Jeśli twoja koleżanka na imprezach pije za trzech i jest trzeźwa, jeśli wychodzi do toalety dużo częściej niż inni - coś jest nie tak. Jeśli wychodzisz z koleżanką na piwo i ona kupuje chipsy, paluszki, jakieś przekąski, które cały czas podjada, zje kebab, a po powrocie do domu jeszcze coś przekąsi - coś jest nie tak. Jeśli idziesz z dziewczyną do restauracji i ona zamawia starter, danie główne, deser, a w międzyczasie wyjdzie kilka razy do toalety - coś jest nie tak.

- Wiesz, jaka jest różnica między osobą z dobrą przemianą materii, a bulimiczką? Ta pierwsza, jeśli w restauracji zje te wszystkie zamówione dania, powie: "Uff, ale się najadłam". Bulimiczka nigdy tak nie powie.

Jaki feedback dostajesz od czytelniczek twojego bloga?

- Piszą np.: "Jest ze mną dobrze od miesiąca". To ogromny sukces, kiedy ktoś wcześniej wymiotował codziennie przez lata... Zazwyczaj się rozklejam czytając to, co napisały. Poprawia się jakość ich życia, relacje z własnym ciałem i z otoczeniem - to jest fajne.

- Dziś rano przeczytałam maila od jednej z moich pierwszych czytelniczek, strasznie upartej dziewczyny. Przez jakiś czas się do mnie nie odzywała, pomyślałam więc, że jest w jakimś ciężkim nawrocie. Ale ona napisała, że jest ok i w tym roku po raz pierwszy od lat odważy się włożyć bikini. To się może wydawać śmieszne, ale ja wiem, co to znaczy. Patrzę w lustro i myślę: "Jestem ok".

Te dziewczyny, które do ciebie piszą, dają ci poczucie siły?

- Tak. Dają mi też poczucie, że to, co robię, ma sens. Czasem mi się nie chce pisać kolejnego postu na bloga, ale kiedy dostaję maile od nich, cała ta robota nabiera sensu. Wiem, że to jest "po coś".

A co ty dziś myślisz o sobie?

- Lubię siebie. Mam ze sobą sztamę. Był taki czas, kiedy przerzuciłam moją kompulsję na sport, ale bardzo szybko, czyli po dwóch latach, zdałam sobie z tego sprawę. Musisz wciąż mieć z tyłu głowy, że bulimię można uśpić, ale raczej trzeba się liczyć z tym, że ona jest i nie można o niej zapomnieć. Od dwóch lat jest ze mną dobrze, ale nie odważę się zjeść największego deseru lodowego. Jeśli zrobię tak raz, będę się bała kolejnego razu, po drugim razie byłabym już pewna, że będzie trzeci raz. Wolę dbać o dietę, ale teraz to jest racjonalne, nie obsesja. Traktuję siebie jak dobry rodzic, a nie taki, który bije po łapach.

Wkładasz bikini?

- Pewnie! Straciłam już zbyt wiele lat.

Co dała ci bulimia?

- Nic. Zmarnowałam sobie 14 lat życia, nie skończyłam niczego: studiów - jednych i drugich, projektów, zmarnowałam zdrowie, przerzygałam kupę kasy. Z czasem pewnie wyjdą jeszcze jakieś konsekwencje, chociaż organizm, jeśli da mu się spokój, jest w stanie się zregenerować. Za to wyjście z bulimii dało mi dużo - siłę, odwagę, poczucie, że jestem w stanie komuś pomóc, poczucie misji - wystąpiłam na TEDx, mimo że panicznie boję się wystąpień publicznych.

Wyglądałaś na pewną siebie...

- To dlatego, że stojąc za kulisami powtarzałam sobie, że to nie chodzi o mnie, o mój show, moją osobę, że chodzi o ideę, którą chcę przekazać, o to, że komuś mogę pomóc, bo mam rację w tym, co robię - stąd pewność. Byłam u poseł Jagny Marczułajtis - chcę ustanowić dzień walki z bulimią, założę też fundację. Będę mogła wówczas występować jako podmiot prawny, a nie jako dziewczyna znikąd.

Jesteś ekspertem od bulimii?

- Tak.

------

Anna Gruszczyńska - w wirtualnym świcie znana jako "Wilczo Głodna", autorka bloga i  książki o tym samym tytule. Z zawodu projektantka, z pasji entuzjastka psychologii, sztuki i sportu. Definiuje siebie jako wolny duch - zjeździła stopem kawał świata, występowała jako performerka w teatrze ulicznym i śpiewała w grupie rekonstruującej dawne pieśni słowiańskie. Od kilku lat jej nową ojczyzną jest Belgia. "Nie ma żadnych ograniczeń dla człowieka, poza tymi w jego głowie" - powtarza.

Dowiedz się więcej na temat: bulimia | Anna Gruszczyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje