Reklama

Reklama

Anna Dymna: Siłę zawsze dają mi ludzie

Pod jakim względem zmieniło panią macierzyństwo?

Reklama

- Zawsze staram się bardzo ostrożnie mówić o macierzyństwie, bo gdy się formułuje, czym ono jest, kobiety, które nie mogą mieć dzieci mogą poczuć się strasznie. Znam kobiety, które nie mają dzieci, ale są wspaniałymi matkami, cudownymi kobietami i zupełnie nic im nie brakuje. Dla aktorki macierzyństwo jest bardzo ważne. My jednak strasznie gnamy w tym naszym życiu, bardzo skupiamy uwagę na sobie, musimy walczyć o siebie i myślimy bardzo egoistycznie. Miałam to szczęście, że byłam uczona przez stare aktorki, które powtarzały mi: "Ania, musisz mieć jakąś miłość poza zawodem, bo ten zawód w każdej chwili może cię kopnąć i powiedzieć: ‘Spadaj, jesteś niepotrzebna!’. Gdy nie masz dzieci pozostaje ci tylko samotność, alkoholizm i ponura starość w najlepszym wypadku". - Zosia Jaroszewska powtarzała mi: "Patrz, ja nie mam dziecka. Czy to się liczy, że zagrałam jedną czy dwie role więcej? Wcale nie, liczy się to, że teraz nie ma mi kto zrealizować kartek na mięso". (śmiech)

- Wtedy przecież były jeszcze kartki, a ja robiłam jej za córkę i je dla niej realizowałam. Już wtedy zaufałam jej i wiedziałam, że ma rację. W naszym zawodzie faktycznie jest tak, że jesteś potrzebna, a chwilę później - nie wiadomo skąd - zupełnie niepotrzebna i nie wiesz, co zrobić z resztą swojego życia. Gdy masz dziecko, wszystko ci się porządkuje, masz priorytety, wszystko wygląda normalniej. Przez nasz zawód czasem naprawdę można zwariować, bo albo się ścigasz z kimś, albo sam ze sobą. Wszystko oddajesz swojej kolejnej roli i jesteś jak pusty dzban. A przecież tak nie można żyć. Trzeba mieć miłość poza zawodem. Dziecko jest twoje. W kobiecie, która ma dziecko uruchamia się cała biologia.

Najważniejsze kobiety w pani życiu?

- Najważniejsza zawsze była mama. To od niej nauczyłam się najwięcej i do dziś jest moim niedościgłym wzorem. Odkąd umarła, zaczęłam sobie zdawać sprawę, że nie była zwykłą kobietą, tylko aniołem. Tak zawsze lubię sobie o niej myśleć. Jaka była? Cicha i dobra. To była jedna z tych osób, przy których chciałaś posiedzieć chociaż chwilę, by się ogrzać tym ich dobrem. Pamiętam rozmowę z lekarzem, gdy była w szpitalu. Powiedział mi, że to dość niezwykłe, ale gdy mama leżała na OIOM-ie, wszyscy leżący z nią zdecydowanie lepiej się poczuli. Gdy ją zabrali na operację, wszystkim samopoczucie się mocno pogorszyło. Po operacji znowu wróciła na oddział i znów było ludziom lepiej. Mama na pewno emanowała czymś niezwykłym.

- Poza nią zawsze miałam ogromne szczęście do bliskich kobiet, fantastycznych przyjaciółek. Moim pierwszym reżyserem była kobieta - Lidia Zamkow. Zawsze się śmiała, że była moją akuszerką. U niej debiutowałam, ale pracowałam z wieloma innymi wspaniałymi reżyserkami. Miałam też przyjemność znać takie fantastyczne kobiety, jak Wisława Szymborska czy reżyserka Basia Sass, która akurat była bardzo dziwną osobą. Jednak doskonale się z nimi obiema rozumiałam, prawie bez słów. Bardzo ważną rolę w moim życiu odgrywa moja przyjaciółka, która nie jest aktorką i jest ze mną na dobre i na złe, od zawsze. Jednak, przede wszystkim, ważne kobiety dla mnie są w teatrze: Anna Polony, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Ela Karkoszka. Są mi niezwykle bliskie, to one wprowadzały mnie w zawód, wszystkiego uczyły. Teraz ważne relacje mam z Anią Radwan, Ewą Kaim i z tymi młodszymi również.

A ważni mężczyźni?

- Tata był ciekawą postacią. To był ścisły umysł. Zapewne po nim mam zdolności manualne i wylądowałam w liceum w klasie o profilu mat-fiz. Był jednak mocno nietolerancyjny, miał klapki na oczach. Pod tym względem był zupełnie inny niż moja mama, która każdego rozumiała, każdemu pomagała i zawsze dawała drugą szansę. Ojciec nigdy. Był antykomunistą, ale okropnie dostał od życia, więc pewnie przez to miał swoje twarde poglądy i zasady. Z kolei zawsze był bardzo uczciwy i pracowity, cenił spartańskie wychowanie, mycie codziennie rano w zimnej wodzie, ale dzięki temu nauczył nas wszystkiego. Zawsze powtarzał, że jak coś chce się mieć, to trzeba to zrobić własnymi rękami. Co sobotę zabierał nas nad rzekę na ryby. Potem przy ognisku piekliśmy to, co złowiliśmy w ciągu dnia. Zabierał nas na wspaniałe wakacje. Tak go zawsze wspominam.

Jest pani w wieloletnim związku małżeńskim. Ma pani patent na mężczyzn?

- A Boże broń! Każda kobieta potrzebuje czegoś innego, każdy mężczyzna jest inny. Jedno wiem na pewno - to, co we wspólnym życiu jest najważniejsze, to zaufanie i nie zniewalanie się. Nie wolno być z kimś też tylko dlatego, bo coś się chce od tej osoby uzyskać. Uważam, że nie należy też zbyt dużo od siebie oczekiwać, a wystarczy akceptować siebie nawzajem. W związkach najgorsze jest to, że napotykając mały problem, zbyt szybko się zniechęcamy. Uważam, że gdy jesteśmy w kryzysie, warto go przeczekać. Kryzysy w związkach powodują, że relacja między dwiema osobami wchodzi na wyższy etap, jest lepsza. Jest jedna zasada: trzeba je przezwyciężyć. Nie poddawać się na pierwszym zakręcie.

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje