Reklama

Reklama

Anna Dereszowska: Nie da się być wiecznie doskonałą

- Chyba gdzieś popełniłyśmy błąd, bo emancypacja spowodowała, że nadal pełnimy kobiece role, ale dołożyłyśmy do nich aktywność w obszarach do tej pory zarezerwowanych dla mężczyzn. W efekcie rodzimy, wychowujemy dzieci, prowadzimy domy robiąc kariery zawodowe, będąc aktywne społecznie i przedsiębiorcze - mówi aktorka Anna Dereszowska, którą niebawem będziemy mogli oglądać w serialu Polsatu "Komisarz Mama". - Nie da się wytrzymać z kimś wiecznie doskonałym. To też dopiero z czasem zrozumiałam.

Maja Jaszewska, Styl.pl: W nowym serialu Polsatu "Komisarz Mama" gra pani postać silnej i stanowczej przełożonej. Czy w życiu też pani tak przewodzi?

Reklama

Anna Dereszowska: - Mam takie skłonności, przez co z moim narzeczonym, Danielem, tworzymy dosyć trudny związek, bo on ma podobny charakter. W swojej naiwności sądziłam, że skoro jest młodszy ode mnie, to go na tyle wychowam, że będę przewodziła naszemu stadu. Tymczasem trafiła kosa na kamień. Jednak im starsza jestem, im dłużej jesteśmy ze sobą, tym chętniej oddaję pola i wręcz czuję ulgę, kiedy ktoś za mnie podejmuje część decyzji.

- Jakiś czas temu postanowiliśmy wybudować domu na Mazurach, gdzie chcemy częściowo przenieść nasze życie. Dużo decyzji związanych z budową scedowałam na Daniela. On zresztą jest znacznie lepszym organizatorem z racji swoich zawodowych obowiązków. Śmiejemy się, że jest za pan brat z Excelem, tak jest poukładany i skrupulatny. Zdarza się, że jeszcze mnie pilnuje, żebym nie zapomniała, co miałam załatwić. Jestem świetna w podejmowaniu decyzji, ale troszkę gorzej mi idzie realizacja i pilnowanie terminów. (śmiech)

W kobiecej naturze, co silnie wspomaga kultura, leży umiejętność dopasowywania się, nieraz sporym kosztem, do wymagań sytuacji. Czy łatwo przychodzi pani wyrażać niezgodę na coś, co pani nie pasuje?

- Myślę, że z wiekiem nauczyłam się stawiać granice. Umiem już zdecydowanie powiedzieć "tak" i "nie". Zgadzam się z panią, że ten przymus zgodności ma źródła w kulturze. Myślę, że mama by mi go nie wdrażała, bo była kobietą wyzwoloną i bardzo samodzielną. Z kolei jej mama, babcia Olimpia, jeździła przed wojną na motocyklu, grała w tenisa i była wolnym duchem. Natomiast moja babcia ze strony taty, wychowująca mnie po śmierci mamy, powtarzała: "Anusiu, odpuść, grzeczniej. Dziewczynce nie wypada. Powinnaś ukłonić się pierwsza". Wiele z tych nauk wynikało z kindersztuby, ale też z głębokiego przekonania, że kobiecie wielu rzeczy nie wypada. Przez wiele lat miałam te słowa z tyłu głowy, co często mnie blokowało. Im jestem starsza, tym mniej mi się chce stosować do ograniczeń, które w nas, kobiety wpojono. A z drugiej strony, im jestem starsza, tym łatwiej mi różne rzeczy odpuścić, bo szkoda mi czasu i energii.

Odpuszczamy, kiedy wiemy, że mamy dość siły, aby nie odpuścić.

- Poczucie, że coś możemy, ale nie musimy, rzeczywiście daje dużo siły.

Wspomina pani, że jest podobna do mamy i do babci ze strony mamy. Na ile przekaz międzypokoleniowy, ten korowód kobiet za nami stojący, ma w życiu znaczenie?

- Kiedyś w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Parłam do przodu. Teraz zaczynam odczuwać to połączenie. Myślę, że pamięć pokoleniowa na poziomie wręcz komórkowym, o czym mówi Bert Hellinger, ma ogromne znaczenie. Nigdy nie byłam na jego ustawieniach, ale bardzo chcę się na nie wybrać i kiedyś zrobię to dla siebie. Jestem przekonana, że niesiemy w sobie doświadczenia naszych przodków, tylko musimy pozwolić sobie do nich sięgnąć. Coraz częściej nauka otwiera się na tę rzeczywistość. Chociażby medycyna, która zwraca się ku holistycznej wizji człowieka.

- Ostatnio nagrywałam audiobook Kristin Hannah "Firefly Lane". Jedna z głównych bohaterek, w wieku podobnym do mojej mamy, choruje na raka. To mnie tak rozbiło, że ciężko mi się było pozbierać. Byłam zdziwiona, bo na co dzień nie wspominam choroby i śmierci mamy. Nawet nie bardzo to pamiętam, chociaż miałam dziewięć lat, kiedy umarła. To było tak ciężkie i traumatyczne przeżycie, że gdzieś je zamiotłam, schowałam w rejony, do których nie zaglądam. I nagle lektura "Firefly Lane" otworzyła te obszary. Nie byłam w stanie czytać dalej, aż realizator w studiu się niecierpliwił. Tak mi się rozwibrowały na jakiś czas emocje, że łzy leciały z najbardziej błahych powodów. To pokazuje, ile emocji i myśli w sobie nosimy i jak je nieraz głęboko skrywamy. Dlatego myślę, że warto się zatrzymać i sięgnąć do nich. Chociażby z myślą o moich dzieciach, o dorastającej córce. Aż mnie ściska w gardle, jak o tej sztafecie pokoleń myślę...

Porozmawiajmy więc o czymś innym. Pani doświadczenie zawodowe jest niezwykle bogate. Jest w nim scena teatralna, plan filmowy, estrada, audiobooki, dubbing. Czy zgadza się pani z opinią, że tak naprawdę aktorskie umiejętności najbardziej weryfikuje scena teatralna, bo na niej nie można powtórzyć ujęcia, ani odpowiednio zmontować materiału?

- Jeśli chodzi o talent, to on albo jest dany od Boga, albo nie. Natomiast scena weryfikuje warsztat aktorski. Pamiętam, jak nas potwornie irytowała w szkole teatralnej praca z profesor Zofią Kucówną, która - jak nam się wydawało - uczyła nas archaicznego aktorstwa dopasowanego na scenę, a więc grania odpowiednio głośno, z gestem niosącym kwestię. W małych salkach szkoły wydawało nam się to absurdalnie nieprzydatne. A potem, kiedy na trzecim roku debiutowałam na ogromnej scenie Teatru Dramatycznego, nagle się okazało, że moja wrażliwość, która przyniosłam do szkoły teatralnej i której nie zdołano we mnie zabić, korzysta z techniki, której z taką niechęcią się uczyliśmy. To oczywiście było potrzebne na początku pracy. Teraz mam już to wszystko w sobie. Co prawda z powodu pandemii już rok nie grałam w teatrze i cholera wie, co będzie, jak wrócę na scenę. (śmiech)

Jest pani na scenie już 20 lat. Nadal każde wyjście jest opłacane tremą i spięciem?

- Jednemu z wielkich polskich aktorów założono kiedyś Holter. Zapytany przez lekarza, czy ma stresujące momenty w ciągu dnia, odpowiedział, że absolutnie nie. Bo nawet jeśli wychodzi na scenę, to schodząc z niej wraca do bufetu, gdzie dokańcza opowiadać anegdotę przerwaną przez wzywający go dzwonek. A tymczasem Holter pokazał, że w trakcie wejścia na scenę wszystkie jego paramenty wyskoczyły w kosmos. Myślę, że moje wyniki pokazałyby dokładnie to samo. Doświadczenie doświadczeniem, ale za każdym razem, kiedy występuję wieczorem, przez cały dzień czuję rozwibrowanie i stan gotowości. Dopiero po spektaklu pojawia się rozluźnienie, wracam do domu, a lodówka woła: "Otwórz mnie!".

Brakuje pani tych silnych emocji w czasie pandemii?

- Z jednej strony było mi bez nich nieswojo, z drugiej ogromnie dobrze, bo mogłam więcej czasu spędzać z rodziną. Natomiast mocno odczuwam brak przepływu emocji z widownią. Szczególnie tego w trakcie występów estradowych czy recitali, kiedy kontakt jest znacznie bliższy, bo mogę widzów zagaić, zaprosić na scenę, zwrócić się do nich bezpośrednio. Satysfakcja po udanym koncercie jest czymś wspaniałym i uskrzydlającym.

Co jest pani najbliższe: estrada, scena teatralna czy plan filmowy?

- Gdyby mi pani zadała to pytanie rok temu, bez wahania odpowiedziałabym, że teatr. Bardzo się cieszę, że życie zawodowe ułożyło się tak, że moja aktywność aktorska jest tak różnorodna. Nie planowałam, samo tak wyszło. W dużej mierze dzięki spotkaniom z niezwykłymi ludźmi. Każde z nich było jak kamień milowy. Chociażby pierwsze z panem Jerzym Połońskim w kółku teatralnym w Pałacu Młodzieży w Katowicach, potem w szkole teatralnej z Ulą Borkowską i panią profesor Krystyną Tkacz, która zaszczepiła we mnie miłość do piosenki. Ogromnie ważne było spotkanie z Piotrem Cieślakiem, który zobaczył we mnie potencjał i zaproponował mi nagłe zastępstwo w swoim spektaklu "Wszystko dobre, co się dobrze kończy" w Teatrze Dramatycznym a potem angaż. Ktoś z tego teatru, już nie pamiętam kto, zaanonsował mnie do teatru Polskiego Radia, gdzie bardzo dużo rzeczy nagrałam, a poznany w radiu Waldek Modestowicz ściągnął mnie do dubbingu. Równolegle trafiłam na plan "Złotopolskich" i tak się to wszystko rozwijało wielotorowo.

Teraz na planie "Komisarz Mama" gra pani policjantkę z wydziału kryminalnego. Mogłaby pani wykonywać taką pracę?

- Ostatnio pomyślałam, że mogłabym być policjantką, bo jest coś pociągającego w walce o to, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Jeśli czuje się misję, można znaleźć w sobie siłę na mierzenie się z naprawdę trudnymi wyzwaniami, jakie są w wydziale kryminalnym.

- Lubię być na planie tego serialu i obserwować Paulinę Chruściel grającą główną rolę. Nie wyobrażam sobie lepszej aktorki dla tej roztrzepanej, niefrasobliwej pani komisarz, która jednocześnie jest bardzo pragmatyczna, skuteczna w działaniu i do tego jest świetną mamą. Wspaniale było towarzyszyć jej w tej serialowej przygodzie jako przełożona, która trochę przeszkadza.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje