Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anita Lipnicka: Może pani jest ten typ?

Udzielił ci się angielski spokój i opanowanie Johna?

Reklama

- Raczej nie, bo bywam wybuchowa. Ale szybko potem chcę zażegnać konflikt. Nie uznaję cichych dni, nie rozumiem ludzi, którzy karzą się wzajemnie, nie odzywając do siebie. Najczęściej awanturuję się, gdy... jestem głodna. Kiedyś pojechaliśmy do Lizbony. Błądziliśmy chyba drugą godzinę w poszukiwaniu otwartej restauracji - był czas sjesty. Czułam narastającą presję. Bo to zazwyczaj ja jestem tą, która z mapą, przewodnikiem wyznacza trasę, organizuje kolejne atrakcje. W tamtym momencie chciało mi się po prostu wyć. Pojawiło się odwieczne, głupawe pragnienie: zostać ocaloną przez "prawdziwego rycerza", który wziąłby za rękę i poprowadził do tej cholernej restauracji...

- Czasami myślę: "Dlaczego związałam się z artystą? Dlaczego nie mogłam znaleźć sobie dentysty albo jeszcze lepiej lekarza, który przepisałby mi receptę na wszystko, albo jakiegoś prawnika? No w każdym razie kogoś "normalnego"? Ale chybabym się do takiego związku na dłuższą metę nie nadawała. Lubię ferment twórczy. Choć życie w symbiozie zawodowej i emocjonalnej bywa wycieńczające.

Może pomógłby dobry terapeuta?

- Korzystam z jego pomocy od kilku lat. W chaosie, pośpiechu mam godzinę, w której mogę przyjrzeć się samej sobie. Potrzebuję tych spotkań. Bo ja wciąż jestem rozwibrowana, rozdygotana. Źle sypiam, przy łóżku zawsze stoją krople walerianowe, syropy na uspokojenie. W nocy przeżywam tragedie, wszystko wydaje się straszniejsze. W takich chwilach czuję totalną bezradność i osamotnienie... Idę do mikrofali, podgrzewam mleko, bo mam nadzieję, że mleko ukoi moją skołataną duszę. Potem kładę się do łóżka i znowu godzinami wpatruję w sufit. To bywa tragikomiczne.

- Piosenka "Sama" z mojej nowej płyty mówi właśnie o takich neurotycznych stanach w środku nocy. Byłam nawet u specjalisty od zaburzeń snu, żeby pomógł mi uporać się z problemem, ale powiedział: "A wie pani, że Napoleon spał tylko trzy godziny na dobę? I jakich dokonał rzeczy! Może pani jest ten typ?". 

A ty jaki jesteś typ?

- Ludzie myślą, że jestem zwiewną anielicą. To nieprawda! Jestem krwista, wyrazista i kolczasta. Potrafię walnąć pięścią w stół, zakląć siarczyście, bywam bezkompromisowa. Kiedy nagrywaliśmy ostatnią płytę, przerwałam sesję i wrzasnęłam: "K..., panowie, zagrajcie mi tu po męsku, a nie jak banda zniewieściałych elfów". Wielu myśli, że jestem święta, a mnie bliżej do niepoprawnej grzesznicy.

Zawsze taka byłaś?

- Jako dziecko byłam grzeczniutka. Nie buntowałam się. Zniosłam nawet fryzurę, w jakiej musiałam wystąpić w czasie Pierwszej Komunii - wielki kok, natapirowany na sztorc przez ciocię Tereskę. Na zdjęciu stoję w tym wielkim koku i ogromnych okularach ze szkłami grubości denek od butelki. Jako dziecko byłam pełna kompleksów. Długo uważałam, że jestem brzydka. Z zazdrością patrzyłam na koleżanki z klasy. Pewnego dnia na koloniach jakaś dziewczyna powiedziała: "Ale ty jesteś ładna". Najpierw pomyślałam: "To nie o mnie". Spojrzałam na nią zza tych grubych okularów: "Naprawdę?". Mama mówiła do mnie pieszczotliwie "Mój ty nosku kartofelku", ale nie mówiła, że jestem piękna.

A tata co mówił?

- Dla taty byłam ukochaną księżniczką. Starszy brat Arek był z kolei "synkiem mamusi". Pamiętam wyprawy z ojcem na ryby. Rozkładaliśmy wędkarskie stołeczki, ja wyciągałam książkę, on wędki. Kiedy je zarzucał, musiałam siedzieć cicho. Pamiętam milczącą więź, która się tam między nami tworzyła, jakbyśmy dzielili wspólnie jakiś niezwykły rytuał. Z tatą jeździłam też na grzyby, na poziomki. Razem uprawialiśmy przydomowy ogródek.

- Był głównym energetykiem w Zakładzie Rejonu Budowy Dróg i Mostów. Bardzo za nim tęskniłam, gdy na rok wyjechał do Iraku. Byłam dzieckiem, które musiało mieć blisko siebie wszystkich, których kocha: mamę, tatę i brata. Zawsze mówiłam: "Fajnie, że jesteśmy w komplecie". Ten "komplet" był dla mnie gwarantem bezpieczeństwa. Długo prześladował mnie nieuzasadniony lęk przed śmiercią rodziców. Bałam się, że pewnego dnia umrą i co wtedy będzie ze mną? Zbawiennym dźwiękiem był odgłos klucza w drzwiach, gdy wracali. Kiedy go słyszałam, czułam ulgę.

Jednym słowem, grzeczna dziewczynka. Nigdy żadnych ekscesów?

- Pamiętam, jak w liceum wróciłam pijana nad ranem i mama ratowała mnie rosołem. Tata chciał z kolei być odpowiedzialny i dotrzeć do moich problemów egzystencjalnych, więc zapytał: "Dlaczego to zrobiłaś?". Na co dostał odpowiedź: "Po prostu miałam ochotę". Rodzice dawali nam dużo swobody, nie miałam przeciw czemu się buntować. W liceum zakochałam się w piosenkach Stachury i prozie Hłaski. Jeździłam do Łodzi na zajęcia z piosenki teatralnej. Potem zaczęłam występować w kabarecie Rafała Kmity, do którego wkręcił mnie brat Arek. Opuszczałam lekcje. Świadectwa z czerwonym paskiem zostały zastąpione trójami. Mama bała się, że nie zdam matury. Jednak chodziła do szkoły i tłumaczyła nauczycielom, że córka po prostu musi śpiewać.

Rodzice nie mówili, że to zajęcie nie dla dziewczyny? Bo nocne życie, alkohol...

- Gdyby nie alkohol, nie napisałabym nawet pół piosenki. (śmiech) Lubię czerwone wino. Wypiję kieliszek i w głowie otwiera mi się klapka, która na co dzień jest szczelnie zamknięta. Myślę, że rodzice mi ufali. Nigdy nie usłyszałam: "Piosenkarka? Lepiej zostań lekarzem". Rodzice wychowali mnie i brata bez specjalnych oczekiwań. Tata tylko radził Arkowi, żeby zdawał do technikum, miałby pewny zawód. Ale oboje poszliśmy do liceum ogólnokształcącego.

A to nocne życie? Po koncercie muzycy imprezują, a ty masz przecież dziecko.

- Nieustannie obiecuję sobie, że tym razem nie będę siedziała z kolegami do rana, tylko pójdę spać. I za każdym razem zamykam imprezę tańcem na stole o czwartej. Jestem królową życia. Tylko rano, kiedy z niewyspania ledwo otwieram oczy, myślę: "głupio zrobiłam". Bo muszę być gotową do kolejnych zadań mamą.

Macierzyństwo czymś cię zaskoczyło?

- Nie przewidziałam, że wymaga aż takiego fizycznego wysiłku. Nie byłam przygotowana na targanie wózka kilka razy dziennie po schodach, na bezsenne noce, na trwający godzinami płacz dziecka... To wszystko mnie wycieńczyło. Miałam chyba dość wyidealizowane pojęcie o macierzyństwie.

Jaką jesteś matką?

- Pełną wątpliwości co do kompetencji w tej roli. Nie potrafię wyznaczać granic, a przecież dziecko musi je mieć. Sama nigdy ich nie miałam, więc nie wiem, jak to się robi. Mam też problem z byciem autorytetem dla Poli. Z braniem odpowiedzialności za jej życie. Czasem przytłacza mnie myśl, że ta bezbronna istota jest zależna ode mnie. Nasza córeczka też nie ma pewnie łatwo z takimi rodzicami. Tata nie-Polak, mama dziwna, nie chodzi do pracy, tylko biega po scenie. Kiedyś wróciła ze szkoły i zapytała zdziwiona: "Mamo, wszyscy w szkole mówią mi, że cię znają. Jak to możliwe?". No cóż, jesteśmy niestandardową rodziną. Mimo to Pola skończyła pierwszą klasę z tytułem ucznia roku, jest superfajną, błyskotliwą i dynamiczną dziewczynką.

Pewnie Pola jest dumna, gdy mama gwiazda przywozi ją do szkoły?

- Bardziej chyba się wstydzi. (śmiech) Bo kiedy ją odwożę, mam na sobie dres. Moje dziecko przez to cierpi. Pyta: "Dlaczego nie wyglądasz jak mama Nadii?". A mama Nadii jest adwokatem, zawsze elegancko ubrana, zawsze na szpilkach. "Dlaczego nie wyglądasz chociaż tak ładnie jak w teledysku?", drąży córka. Bo ja stroję się tylko na koncerty. To jest dla mnie okazja! Wtedy układam włosy, maluję rzęsy. Ale nawet wtedy nie noszę szpilek. Mam zresztą tylko jedną parę. Osobą, która nosi je najchętniej, jest Pola. Szpilki są na nią sporo za duże, ale lubi w nich chodzić po domu. Jest bardziej kobieca ode mnie, ma inne wyczucie stylu. I jest bardziej uporządkowana. Ja wciąż coś gubię, o czymś zapominam. Kiedyś zostawiłam torebkę na dachu samochodu i odjechałam. Wiadomo, torebka spadła. Na szczęście znalazł ją uczciwy pan i przyniósł mi do domu.

A może nie przywiązujesz do rzeczy wagi? Popatrz, zamiast modnego iPhone’a masz starego samsunga. Przecież cię stać.

- Nawet moja menedżerka mówi: "Anita, kup iPhone’a. Nie można się z tobą normalnie skontaktować". W moim bloku jest nawet sklep Apple’a. Mogłabym zjechać windą trzy piętra niżej i powiedzieć: "Dzień dobry, poproszę iPhone’a". Ale po co? Chyba nie mam materialnych pragnień. Tak samo było z samochodem. Jeździłam poobijanym peugeotem. Znajomi nie dawali spokoju: "Nie wypada, żebyś jeździła byle czym". No to w końcu kupiłam mercedesa klasy A. Najmniejszego i najtańszego. To idealne auto w mieście. Zresztą kierowcą jestem nieuważnym. Pola się śmieje. Czasem jedziemy i nagle słyszę "pach". "Co to było?", wpadam w panikę. Na co moje dziecko: "Nic mamo, znowu potrąciłaś słupek". Kocham swoje auto. Jest azylem. Tam mogę pobyć z własnymi myślami. Uwielbiam stać w korkach, bo wtedy mam czas tylko dla siebie. Bez wyrzutów sumienia. Wtedy układam piosenki.

Rozmawiała: Beata Biały

TWÓJ STYL 11/2013

Zobacz także:

Zobacz teledyski Anity Lipnickiej na stronach INTERIA.PL

Płytę „Vena Amoris” promuje utwór „Hen, hen”. Zobacz klip!

Ta okropna nowoczesność. Wywiad z Anitą Lipnicką



Dowiedz się więcej na temat: Anita Lipnicka | John Porter

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje