Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ania Rusowicz: Długo na ciebie czekałam

​Bała się, że nie będzie dobrą mamą. Swoją straciła wcześnie, tęskniła za jej ciepłem. Dopiero w trakcie terapii zrozumiała, że przez pierwsze lata życia dostała od niej wszystko, co najlepsze: miłość, akceptację, bezpieczeństwo. Teraz chce to przekazać synkowi Tytusowi. To będą dla Ani Rusowicz wyjątkowe święta. W nowym domu, z czteromiesięcznym dzieckiem. Dobrze jest posmakować szczęścia.

Przed kominkiem na dywaniku leżą dwa psy. Kot wskakuje mi na kolana. Widać, że zwierzaki czują się w nowym domu wspaniale, a Ania Rusowicz i jej mąż Hubert Gasiul są z niego dumni. Ania - szczególnie z pokoju dziecięcego synka Tytusa. Hubert - ze studia nagraniowego na piętrze. Siedzimy w salonie, wokół piętrzą się kartony z rzeczami do rozpakowania. Hubert parzy dla mnie kawę, Ani robi bawarkę. Tytus śpi cichutko w wózku, obudzi się dopiero po dwóch godzinach. 

Reklama

Twój STYL: Zazdroszczę ci. Pierwsze święta z dzieckiem to wspaniały czas. Wiesz, że zapamiętasz je na całe życie? 

Ania Rusowicz: Marzyliśmy o takim Bożym Narodzeniu - choinka do sufitu, ogień w kominku, psy i kot wygrzewają się w cieple, my śpiewamy, tulimy dziecko. W tym domu śpię dopiero czwartą noc. Kiedy go kupiliśmy, byłam w ciąży. Podczas remontu przyjechałam kilka razy, Hubert wszystkim się zajmował. Nadal nie wiem, gdzie co leży, to mnie denerwuje... Szukam garnków, sztućców, szperam w pudłach. Na szczęście mąż wziął na siebie zadanie ogarnięcia nowej rzeczywistości, moja uwaga jest w całości skupiona na Tytusie. 

Domyślam się, że w dzień i w nocy. 

- Wstaję co dwie godziny. Odkąd Tytus przyszedł na świat, to nie zegar, ale synek dyktuje mi rytm: karmienie, przewijanie, chwila snu. Na szczęście zaczął już odróżniać pory dnia i potrafi przysnąć nieco dłużej, gdy jest ciemno. Leżymy razem w naszym łóżku, on w środku, my po bokach. Może przypomina mu się czas, kiedy był jeszcze w brzuchu? Czekam na pierwszą noc, którą prześpię bez pobudki. Ale będzie fajnie!

Nigdy nie złości cię bycie mamą? 

- Nie, choć przeżywam różne emocje, od zachwytu po zmęczenie. Przy dziecku złagodniałam. Nie tylko nie daję mu odczuć, że coś mnie zdenerwowało, ale jeszcze akceptuję i cierpliwie znoszę jego frustracje: smutek, złość. Kiedy mały płacze, przytulam go i zastanawiam się, jak mogłabym mu ulżyć. Czasem zdarza nam się posprzeczać o coś z Hubertem, ale to już nie to. Aż śmiać mi się chce, gdy przypominam sobie, jaka byłaby moja reakcja kiedyś: krzyczałabym, waliła pięścią w stół. A dziś - ocean spokoju. 

Może to dlatego, że wszystko jest na swoim miejscu. 

- Faktycznie, mam poczucie, że dobrze poukładałam życie. Nie wiem, czy to kwestia szczęścia, czy po prostu zawsze wiedziałam, o co mi chodzi, i dążyłam do tego. Nie miałam niezwykłych marzeń. Jak każda kobieta pragnęłam stabilizacji. Domu, dziecka i mężczyzny, który o nas zadba. Da poczucie bezpieczeństwa.

Kiedy pierwszy raz pomyślałaś o sobie "mama"? 

- Wciąż to do mnie nie dociera, że jestem mamą! W ciąży ze zdumieniem patrzyłam, jak zmienia się moje ciało, rośnie brzuch. Wszyscy pytali, czy będą bliźniaki, taki był duży. Lekarka śmiała się, że Tytus lubi komfortowe warunki, bo było dużo wód płodowych, więc miał sporo wolnego miejsca. Jeszcze dzisiaj, kiedy leżę i patrzę na Tytusa, myślę: "Synu, nie wierzę, że jesteś przy mnie". Może gdy usłyszę pierwsze "mama", nareszcie dotrze to do mnie. 

Powiedziałaś kiedyś: "Boję się, że nie będę dobrą matką". 

- Chyba każda kobieta zadaje sobie pytanie: "Czy będę dobrą mamą?". Tym bardziej ja, która wychowałam się bez mamy, nie miałam wzorca, z którego mogłabym czerpać. 

To skąd wiesz, co robić? Kto cię nauczył? 

- Dziecko uczy wszystkiego. Wystarczy, że wsłuchasz się w jego potrzeby, zrozumiesz je i już to masz. Zresztą nie musisz być świetna, a na pewno nie od razu. Możesz być wystarczająco dobra i to jest super. Wszystko w życiu ma sens, głęboko w to wierzę. Studiowałam psychologię i tam dowiedziałam się, że potrzebne w dorosłym życiu umiejętności dziecko nabywa do siódmego roku życia, potem jedynie doskonali je i rozwija. Dlatego obecność rodziców w tym okresie jest ważna. A ja byłam z moją mamą właśnie siedem lat. Zbudowałam przy niej fundamenty, na których mogłam oprzeć swoje dorosłe życie. Na studiach zrozumiałam, że jestem kompletna, mogę normalnie funkcjonować, bo mama wyposażyła mnie we wszystko, czego potrzebuję. W ciepło, w swoją pełną miłości obecność, czułość, troskę, w poczucie bezpieczeństwa. Dlatego pewnie mogłam stworzyć dom, związek z mężczyzną.

Pamiętasz jakieś obrazki z życia z mamą? 

- Teraz, gdy pojawił się syn, coraz rzadziej wracam do czasów, kiedy byłam dzieckiem. Bardziej dbam o to, żeby on miał szczęśliwe dzieciństwo. Mnie zostały skrawki wspomnień: jesteśmy razem w kuchni, jedziemy we dwie autem... Pamiętam też choinkę, jakieś porwane sceny z ostatnich wspólnych świąt. Ale to raczej wrażenia, emocje, ślad atmosfery naszego domu. Nie mam nawet jak odbudować tych wspomnień, bo wszystkie pamiątki zostały w rodzinnym domu, zatrzymał je mój biologiczny ojciec, z którym nie mam kontaktu. Po śmierci mamy zaopiekowały się mną babcia i ciocia. Gdy przyszła wiadomość o wypadku, wzięłam kilka zabawek i pojechaliśmy do cioci do Dzierzgonia. Nie myślałam, że już tam zostanę. To miało być tymczasowe, plan był taki, że wrócę do taty i brata. Ciocia jest młodszą siostrą mamy, zawsze spędzaliśmy u niej święta, wakacje, więc czułam się tam jak u siebie. Mój pobyt u wujostwa się przedłużał, aż do mnie dotarło, że tata nie chce mnie zabrać. Buntowałam się, rozpaczałam. Na szczęście ciocia i wujek zrobili wszystko, żebym dorastała w kochającej się rodzinie. A babcia starała się osłodzić mój smutek i żal. 

Chociaż sama cierpiała, bo na pewno nie było jej łatwo pogodzić się ze stratą córki. 

- Nigdy nie dała po sobie poznać, z jakim bólem musiała się mierzyć każdego dnia. Była najcudowniejszą babcią na świecie. Dzieliłyśmy razem pokój, co początkowo mnie irytowało, ale gdy pięć lat potem zmarła i zostałam w tym pokoju sama, nie mogłam znieść pustki. Brakowało mi jej przytulania, bajek czytanych na dobranoc i opowieści z dawnych czasów. Była babcią idealną: ponad kłótnie i waśnie, skupiona na wnukach. Gotowała dla nas pyszności. Do dziś pamiętam jej zupę dyniową z kluskami z kaszki manny albo zupę zagraj, okraszoną kartoflankę. Wracałam ze szkoły, a babcia czekała z gorącym obiadem. Była filarem całej rodziny. 

Co jej zawdzięczasz? 

- Pokazała mi, że trzeba być silnym człowiekiem. Ona taka była. Dzielna i mądra. Dużo w życiu przeszła. W młodości mieszkała w pięknym dworku na Litwie. A potem wybuchła wojna. Dziadek, oficer, zginął. Ona została sama z trójką dzieci. W dodatku musiała uciekać z rodzinnych stron i w nowej Polsce zaczynać wszystko od nowa. Wykształciła dzieci, wychowała na porządnych ludzi. I nigdy nie narzekała. Raz tylko zaszkliły się jej oczy, gdy zapytałam o wojnę. Nie chciała o tym mówić. Płaczącej nie widziałam jej nigdy, nawet po śmierci mamy. Teraz myślę, że miała świadomość, że musi zachować spokój dla mnie. Żeby był ktoś, na kim ja, zagubiona siedmiolatka, mogłabym się oprzeć. 

Jakie były pierwsze święta bez mamy? 

- Przez wiele lat rodzinne święta były smutne - kojarzyły się ze zbliżającą się rocznicą śmierci mamy. Nie potrafiliśmy o tym zapomnieć, usiąść z uśmiechem przy wigilijnym stole. Jednak czas leczy rany. Czas i ludzie. Bo założyłam własną rodzinę i teraz mam szansę napisać swoją historię. W tym roku Boże Narodzenie będzie radosne, bo z Tytusem.

Kiedy szczególnie brakowało ci mamy? 

- Ciągle mi jej brakuje, nawet teraz. Hubert mówi: "Przydałaby się tutaj babcia". I wiem, że moja mama byłaby cudowna w tej roli. Czasem wkurzam się na nią, że jej z nami nie ma. Krzyczę: "Powinnaś tu być i pomagać!". Ta tęsknota za mamą najsilniej ujawnia się wtedy, gdy mam kryzys. Najtrudniej było, gdy chodziłam do podstawówki. Dzieci potrafią być okrutne i bezmyślne. Przekomarzały się, czyja mama jest ładniejsza, a mnie mówiły: "A ty nie masz mamy!". Czułam się gorsza, wybrakowana. Na Dzień Matki koleżanki malowały laurki, a ja przechodziłam katusze. Pamiętam, że zamazałam całą kartkę na czarno. Bo komu miałam ją dać? Nikt nie czekał na laurkę ode mnie, ani mama, ani tata. Ponieważ był osobą publiczną, znaną, wszyscy wiedzieli, że mnie zostawił.

Nigdy więcej go przez te lata nie widziałaś? 

- Może raz? Jeśli nawet, to było krótkie spotkanie. Za nim tak bardzo nie tęskniłam, nie był ojcem obecnym nawet za życia mamy. To ona tworzyła dom, on był artystą skupionym na swojej karierze. Bratem, który z nim został, też się nie zajmował, właściwie przeszedł przyspieszony kurs dorosłości. Ale Bartek jest sześć lat starszy, szybko się usamodzielnił. Wydaje mi się dzisiaj, że tata po prostu nie chciał mieć dzieci. Może się do tego nie nadawał. Niektórzy mężczyźni nie dojrzewają do ojcostwa. 

Musiałaś zbudować siebie na nowo. To chyba trudne? 

- Pomogła mi terapia. Zresztą cały czas w niej uczestniczę. Pracuję z moim psychoanalitykiem, rozumiem już, że to, co mnie spotkało, należy do przeszłości. Nie miałam na nią wpływu, nie wybrałam jej, nie mogę też niczego zmienić. Ale przyszłość będę już kształtować sama. Terapia pomogła dostrzec, że mam wszystkie narzędzia, by samą siebie uczynić szczęśliwą. Byłam kochana przez mamę, robię to, co lubię, mam wspaniałego męża, zdrowe dziecko. Terapia porządkuje w głowie, pomaga ułożyć życie i relacje. Robię to również dla Tytusa, bo chciałabym, żeby miał fajną, zrównoważoną mamę, a nie taką, która przenosi na niego traumy z dzieciństwa. Śmierć matki, porzucenie przez ojca. 

Po takich przeżyciach można stracić zaufanie do mężczyzn. Nie miałaś wątpliwości, czy Hubert sprosta roli ojca? 

- Dziesięć lat go testowałam! Kiedy spotkałam Huberta, nie widziałam w nim materiału na męża, a już na pewno na tatę dla moich dzieci. Zmieniał często dziewczyny, lubił kawalerskie życie. Powiedział, że się we mnie zakochał, ale ja wciąż traktowałam go jak kumpla. Podszedł mnie: udał, że nie może otworzyć drzwi do mieszkania, poprosił, żebym weszła przez małe okienko nad drzwiami, byłam znacznie drobniejsza. A potem otworzył drzwi kluczem, stanął naprzeciwko i mnie pocałował. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale spodobał mi się jego dotyk i bliskość. Pomyślałam, że to szaleństwo, ale przecież ja też jestem zwariowana, czemu by nie poddać się temu uczuciu? I tak zrobiłam. "Muszę się z tobą ożenić, bo zaraz czmychniesz", powiedział żartobliwie Hubert i nie było odwrotu. Miałam zaledwie 23 lata, gdy zostałam jego żoną. Pobraliśmy się w tym samym kościele, w którym rodzice brali ślub. Bo choć jesteśmy rockandrollowcami, to w środku tradycjonalistami. Miałam białą suknię, welon. Ale byłam za młoda, żeby zrozumieć powagę małżeńskiej przysięgi. 

Masz już pewność, że Hubert to facet na całe życie? 

- Dziś staram się żyć tak, jakby jutra mogło nie być. Może to, co spotkało mnie w życiu, tego mnie nauczyło? Nie znasz dnia ani godziny, więc nie odkładaj szczęścia na później. Nie tłumacz, że teraz najważniejsza jest praca, kariera. Może nie być żadnego "później". Cieszę się każdą chwilą z Hubertem, Tytusem, z naszymi zwierzakami. Fajnie, że wprowadziliśmy się do pięknego domu, ale moglibyśmy żyć w mniej ładnym, mniejszym. To są tylko mury, najważniejsze, że mam kogoś, kogo kocham, kto chce ze mną mieszkać. 

W sierpniu napisałaś na portalu społecznościowym: "Jest nowy przybysz na planecie Ziemia". 

- Śmiejemy się z Hubertem, że synek zagubił się w drodze do nas w kosmosie i dziesięć lat krążył po odległych galaktykach, zanim dotarł na Ziemię. Dziesięć lat staraliśmy się o dziecko. Już nawet straciliśmy nadzieję. Miałam 16 lat, gdy lekarka podczas badania powiedzia- ła, że prawdopodobnie nie będę nigdy mamą. Liczyliśmy się z Hubertem, że zostaniemy "starym, dobrym małżeństwem" z dwoma psami i kotem. Najbardziej było przykro, gdy wszyscy wokół mówili, że powinniśmy mieć dzieci, idealnie nadajemy się na rodziców, a przecież o niczym innym nie marzyliśmy! Pielgrzymowaliśmy od lekarza do lekarza, żaden specjalista nie potrafił podać przyczyny, z powodu której nie mogłam zajść w ciążę. Pogodziliśmy się z losem. Postanowiliśmy urządzić ciekawe i przyjemne życie bez dzieci. Przenieśliśmy się do Szklarskiej Poręby, żeby móc jeździć w sezonie na snowboardach, bo to kochamy. A potem mieliśmy wypadek samochodowy. Uderzyłam skronią w przód samochodu dokładnie tak, jak ćwierć wieku wcześniej moja mama, która zginęła w wypadku samochodowym pod Poznaniem. 

Ty też mogłaś zginąć. Fatum? 

- Ale nie zginęłam. Żadne fatum. Przeciwnie: stało się coś wspaniałego. Zaraz po tym wypadku zaszłam w ciążę. Wigilię w zeszłym roku urządzaliśmy z Hubertem w Szklarskiej Porębie, robiłam sałatkę śledziową i strasznie mnie nosiło. Byłam zła jak osa. Huberta coś tknęło, pobiegł do apteki po testy ciążowe. Poszłam z nimi do łazienki. Mąż się przestraszył, słysząc mój płacz. A ja ryczałam ze szczęścia! Taki prezent na Wigilię. Potem wszystko potoczyło się szybko. Dbałam o siebie i przygotowywałam się do porodu. W czasie ciąży miałam arytmię i nie mogłam koncertować. Po kilku krokach brakowało mi tchu. Uznałam też, że na scenie jest dla dziecka za głośno, bo brzuch nie chroni przed falami dźwiękowymi. 

Jak się przygotowywałaś do porodu? 

- Przede wszystkim poprosiliśmy Tytusa, żeby się nie spieszył! Bardzo się wiercił latem, a wtedy Wilki, zespół, w którym Hubert jest perkusistą, dużo koncertują. Przyszły tatuś pogłaskał brzuch i zaapelował do syna o cierpliwość. Chcieliśmy być tego dnia razem. Tytus prośbę rozpatrzył pozytywnie i faktycznie Hubert był ze mną. Na dodatek syn przyszedł na świat dokładnie w swoje imieniny, 16 sierpnia, a imię - piękne, dumne, rzymskie - wybraliśmy przecież wcześniej. Chciałam skorzystać z technik hipnotycznych, które pomagają pokonać ból. W sali, w której rodziłam, cichutko sączyła się z głośników hinduska muzyka, medytowałam, siedząc w kucki. Hubert powiedział, że wyglądałam jak Indianka. Okazało się jednak, że główka dziecka jest owinięta pępowiną i nie obeszło się bez cesarskiego cięcia. Obudziłam się po narkozie i zobaczyłam, że ktoś koło mnie leży i się we mnie wpatruje. To było bardzo intensywne spojrzenie ciemnych oczu. Przyjrzałam się - śniada  cera, czarne włosy, a rysy twarzy jakieś... nieznane. Inne niż te, które już poznałam dzięki trójwymiarowemu USG! Chciałam krzyknąć, że to nie moje dziecko, ale rozejrzałam się, zobaczyłam, że jestem na sali sama, i oprzytomniałam. Wtedy zrozumiałam, że ten pan obok to mój Tytus. I że on też się dziwi na mój widok! Hubert żartuje czasem, że urodziłam sobie syna, bo na razie jest podobny do mnie. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że w ogóle mamy dziecko. 

Może wyczerpałaś już swój limit nieszczęść i teraz w twoim życiu będzie tylko dobrze. 

- Tego nigdy nie wiesz. Na pewno czuję opiekę babci i mamy. Myślę, że są ze mnie dumne. 

Dlaczego długo nie chciałaś śpiewać jej piosenek? 

- Bałam się komentarzy, że się lansuję dzięki matce. Zresztą nie znałam jej piosenek, w domu to było tabu, nie słuchaliśmy ich. Hubert mnie namówił, żebym zapoznała się z repertuarem mamy. Pamiętam, kiedy pierwszy raz na YouTubie odtworzyłam nagranie z jej koncertu... Jakbym słyszała obcą osobę. To było dziwne. Oswoiłam się jednak z myślą, że kiedyś zaśpiewam coś mamy i w dwudziestolecie jej śmierci udało się zorganizować minirecital w Opolu. (Tytus domaga się jedzenia, Ania siada w bujanym fotelu przy kominku, Hubert podaje jej dziecko, Ania przystawia synka do piersi). 

Właśnie wychodzi twoja kolejna płyta. Jest taka... kosmiczna. 

- niXes to bajkowa i trochę kosmiczna wersja mnie. Zresztą "nixes" to inaczej syrena lub rusałka, postać pojawiająca się w różnych mitologiach ludów germańskich. Skojarzenie z moim nazwiskiem też nie jest przypadkowe. 

Na płycie trudno rozpoznać, że to ty śpiewasz. Pewnie dlatego długo udawało wam się zachować tajemnicę, początkowo nie było wiadomo, kto stoi za tym projektem. 

- Ostatnie partie wokalne nagrywałam w dziewiątym miesiącu ciąży, może dlatego mam w tych utworach zupełnie inny głos. W ciąży trudno jest uruchomić mięśnie brzucha i przepony, by "podeprzeć dźwięk", jak nazywają to nauczyciele śpiewu. Na dodatek synek kopał, czasem aż traciłam oddech. 

Ruszasz w trasę koncertową? 

- Zwykle po wydaniu płyty zaczynają się koncerty, ale nie zamierzam szaleć, muszę mą- drze do tego podejść. Teraz jest czas dla dziecka. To ono jest najważniejsze. A może powinnam zająć się kołysankami? Napisałam już jedną specjalnie dla Tytusa: "Zaśnij syneczku w ciepłym łóżeczku, mama przytuli cię. Zaśnij, bo przecież każdy na świecie wie, że to już czas na sen". Widzisz, jak spokojnie zasnął? A jeszcze przed chwilą pił mleko z mojej piersi. 

BEATA BIAŁY

Twój STYL
Zobacz także:

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje