Reklama

Reklama

Aneta Todorczuk: Perfekcyjna to ja już byłam

Co ciekawego dzieje się teraz u pani zawodowo?

Reklama

- We wrześniu w Teatrze Miejskim w Lesznie miał premierę spektakl "Miłość i polityka", Pierra Souvila, w którym gram ważną rolę. Scena w Lesznie nie daje może takiego rozgłosu jak serial, ale to mój rozwój, inwestycja w siebie, nawet jeśli cały kraj tego nie zobaczy, to ja wiem, czego się przy nim nauczyłam. Jeśli chodzi o projekty muzyczne, za chwilę będę finalizowała płytę z utworami Sinead O'Connor, które pochodzą ze spektaklu "Kobieta, która wpadała na drzwi". Cały czas pracuję ze studentami, wykładam aktorstwo na Uniwersytecie im. Fryderyka Chopina i zamierzam napisać pracę doktorską, więc sama też się uczę i siedzę w książkach o emisji głosu. Mam w głowie dwa nowe pomysły, za które zabiorę się jeszcze jesienią. Z tym, że na projekty trzeba zdobyć pieniądze, a dopiero potem mówić o nich głośno, więc jeszcze mówię cicho, ale na się pewno się wydarzą i będzie bardzo zabawnie a zarazem sentymentalne - jak to w moich spektaklach. Połączenie tego co jest dla mnie ważne, więc lirycznie, wspomnieniowo i śmiesznie też.

Widać ten sentyment na koncertach! Śpiewała pani swego czasu ze Zbigniewem Wodeckim "Lubię wracać tam gdzie byłem już". Lubi pani wracać do Białegostoku?

- Myślami bardzo. Fizycznie jest mi trudniej, bo tu w Warszawie ciągle coś się dzieje - to sprawy zawodowe, to rodzinne, dzieci przecież chodzą do szkoły, także raczej moi rodzice przyjeżdżają do nas. Ale oczywiście Białystok mnie zbudował. Czasem się śmieję i cytuję to powiedzonko: "Ty z Białegostoku możesz wyjechać, Białystok nie wyjedzie z ciebie nigdy...". Nawet pierwszy samodzielny projekt, który nagrywałam, czyli koncert Kofta nagrywałam w Operze Podlaskiej w Białymstoku. Białystok do mnie wraca, to moje dzieciństwo i tu mieszkają moi rodzice.

A jaką pani jest mamą - nadopiekuńczą czy raczej koleżeńską?

- Przygodę z byciem mamą nadopiekuńczą już zakończyłam, natomiast z byciem mamą koleżeńską trzeba bardzo uważać, bo jednak córka powinna pozostać córką, a matka nie wchodzić w rolę koleżanki. Dorośli nie powinni wciągać dzieci w swoje problemy, co nie znaczy, że nie mieć dobrej relacji, wspólnego języka. Z Zosią, piętnastolatką, mam doskonały kontakt i ważne, że rozmawiamy. O różnych rzeczach, o wolności, kobiecości, prawach kobiet, o LGBT, o naszej współczesności. Mam poczucie, że jest ok. Zosia lubi czytać jak ja, Stasia jeszcze trzeba do książek namawiać. Razem oglądamy wiele filmów, śmiejemy się.

- Z Zosią sięgnęłyśmy już do klasyki filmowej: Woody’ego Allena, Tarantino i moja córka mówi w tej chwili o studiowaniu na filmoznawstwie albo reżyserii... Zresztą dobre filmy inspirują do dyskusji o kwestiach życiowych, ale też bez ciśnienia, bo zmuszanie dzieci do poważnych rozmów zwykle daje skutek odwrotny. Wolę dać córce więcej wolności, a wiem, że sama trafi do mnie z pewnymi tematami. Moim sukcesem jest to, że usłyszałam od niej, nastolatki: "Mamo jestem z ciebie dumna, sama do wszystkiego doszłaś i chcę być taka jak ty!". To olbrzymi komplement i bardzo mnie wzruszył. Ona będzie już kobietą, która będzie dobrze wiedziała, czego chce. Czas pokaże czy zajmie się filmem. Ja miałam być skrzypaczką, a tuż przed maturą podjęłam decyzję, że jednak nie i wybrałam aktorstwo.

I jak pani ocenia tę decyzję z perspektywy czasu?

- Nie żałuję, ale czasem myślę, że przydałby się jakieś "konkretne" wykształcenie. Śmieję się, że jestem po dwóch zawodówkach, bo obie moje szkoły - i muzyczna, i aktorska (Liceum Muzyczne w Białymstoku, klasa skrzypiec i warszawska PWST - przyp. red.) są zdecydowanie praktyczne. Nasze artystyczne prace naukowe nie wyglądają jak te na studiach ścisłych i my, magistrowie sztuki, zdajemy sobie z tego sprawę. To branża bardzo specyficzna. Owszem wymaga talentu, tego się w szkole człowiek nie nauczy, ale potem talent jest już tylko procentem czynników składających się na sukces, mniejszym niż pracowitość, szczęście, notoryczne ćwiczenie warsztatu, determinacja.

- Bywa, że w pewnym momencie zaistnieje potrzeba nabywania innych umiejętności. Nie skończyłam studiów menadżerskich, a wyprodukowałam już kilka spektakli, weszłam w nową przestrzeń zawodową. Cenię to sobie, to ważne rzeczy, a pewnie nigdy bym ich nie zrobiła, gdybym w pewnym momencie kariery nie zostawiła ciepłej i bezpiecznej posadki w Teatrze Narodowym, z którego odeszłam po siedmiu latach pracy. To też nie była łatwa decyzja, ale odważyłam się. I dzisiaj sama sobie dziękuję, że to zrobiłam.

Gratuluję, nie każdy może tak powiedzieć! Jest pani optymistką?

- Raczej realistką. Owszem, żeby realizować marzenia trzeba mieć trochę siły w skrzydłach i wiatr pod te skrzydła podsycać, a do tego niezbędny jest optymizm. Niemniej w codziennym życiu są realia, rachunki i obowiązki, do których nie wystarcza wiara i nadzieja. Pamiętam o tym, radzę sobie, więc chyba jestem osobą, która dość mocno stoi na ziemi.

Rozmawiała: Katarzyna Droga

Zobacz również:

Dowiedz się więcej na temat: Aneta Todorczuk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje