Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Aneta Kręglicka: Miss Świata zostałam trochę przez przypadek

- Szczerze, nie marzyłam o udziale w tym konkursie. W ogóle nie mieściło się to w sferze moich planów zawodowych. Od zawsze chciałam pracować dla siebie, być przedsiębiorcą i mieć własny biznes, więc miss zostałam trochę przez przypadek - tłumaczy Aneta Kręglicka, Miss Świata z 1989 roku w rozmowie ze Styl.pl.

Magdalena Tyrała: W lipcu 1989 zdobyła pani tytuł Miss Polonia, we wrześniu - I wicemiss Miss International w Tokio, z kolei 22 listopada 1989 roku została pani wybrana na Miss Świata na gali finałowej organizowanej w Hongkongu. Jak wspomina pani ten dzień?

Reklama

Aneta Kręglicka: - Dziś podchodzę do tego z wielkim sentymentem. Ale przez długie lata walczyłam z etykietą miss. Wiele osób wciąż sądzi, że jeśli ktoś startuje w konkursie piękności, to jest zwyczajnie próżny. Mnie to nie dotyczyło. Nigdy nie byłam próżna.

Być może faktycznie kiedyś w ten sposób się one kojarzyły, ale pani wpłynęła na zmianę tego myślenia.

- Być może, ale nie zmienia to faktu, że musiałam sobie z tym poradzić. Szczerze, nie marzyłam o udziale w konkursie. W ogóle nie mieściło się to w sferze moich planów zawodowych. Od zawsze chciałam pracować dla siebie, być przedsiębiorcą i mieć własny biznes, więc miss zostałam trochę przez przypadek.

- Oczywiście, ta historia dała mi dużo dobrych doświadczeń, które doceniam z perspektywy lat. To była ogromna przygoda, możliwość poznania świata, ludzi, ale przede wszystkim sprawdzenia siebie, poznania swoich prawdziwych mocnych stron. To dało mi też poczucie własnej wartości i pomogło podjąć decyzję o założeniu własnej firmy, a byłam przecież dziewczyną, która dopiero co skończyła studia.

Co pani poczuła, gdy usłyszała werdykt?

- Poczułam dumę. Jadąc na ten konkurs byłam już po Miss International, podczas którego zajęłam II miejsce i to był jedyny taki wysoki tytuł w historii Miss Polonia. To mi wystarczało. Na konkurs Miss Świata wcale nie planowałam pojechać. Bardzo prosiłam biuro Miss Polonia, by wysłało zamiast mnie Agnieszkę Angelo, bo z Japonii wróciłam po sześciu tygodniach i po pięciu dniach miałam znów jechać do Hongkongu. Fakt, że zdobyłam drugie miejsce w Tokio, absolutnie mnie satysfakcjonował.

- Okazało się jednak, że sama Julia Morley (organizatorka konkursu Miss Świata - przyp. red.) zażądała moich najnowszych zdjęć z Japonii i po ich obejrzeniu postawiła warunek, że to ja mam się stawić w Hongkongu.

A co poczuła pani poza dumą?

- Chyba to, że wykonałam jakiś plan, nawet nie własny, ale że sprostałam całej tej przygodzie. Cieszyło mnie to, że jestem wyróżnioną Polką, z akcentem na Polkę.

Czytałam, że wówczas pierwszy raz w historii konkursu jurorzy zagłosowali jednomyślnie, w stu procentach za pani kandydaturą.

- Przed finałem Miss Świata były dwa istotne wydarzenia. Pierwszym były obrady jury, gdzie uczestniczki rozmawiały indywidualnie z każdym jurorem i wówczas od trzech jurorów usłyszałam, że jestem ich faworytką. Drugim było "family party", czyli wspólny obiad, podczas którego spotkała się cała grupa uczestniczek plus reżyserzy, tancerze, choreografowie z jurorami włącznie. Po tymże obiedzie w holu spotkała mnie dwójka jurorów i powiedzieli mi: "Miss Polski, trzymaj się jutro". To był dla mnie sygnał, że z wszystkich 90 pań ci jurorzy zapamiętali właśnie mnie, mimo że nie miałam na sobie szarfy z nazwą mojego kraju. W związku z tym następnego dnia miałam nadzieję, że może znajdę się w pierwszej dziesiątce i pomyślałam, że to fajnie, że nie zdyskredytuje to mojego drugiego miejsca w Miss International.

Stało się jednak zupełnie inaczej.

- Tak. Najpierw wywołano mnie jako miss kontynentów. Później wszystko tak zaskakująco szybko się potoczyło - pan Morley ogłosił, że Miss Świata 1989 roku została Miss Polski. Byłam bardzo zaskoczona. Musiałam się mocno sprężyć i zorientować, co mam robić, bo nie uważałam na próbach. Na szczęście przez całe studia tańczyłam w zespole tańca współczesnego, dzięki temu miałam świadomość sceny, mam też niezły słuch muzyczny i to mi pomogło opanować sytuację.

A co było chwilę później?

- Ogromne szczęście poczułam dopiero na backstage’u, w chwili, gdy wszystkie dziewczyny się na mnie rzuciły z gratulacjami i tę niewiarygodnie cenną koronę prawie zrzuciły mi z głowy. To był niezwykle miły moment.

Jak wyglądał powrót do Polski?

- Pierwsza podróż Miss Świata odbywa się zawsze w towarzystwie organizatora, czyli pani Morley. Nie przyjechałam do Polski następnego dnia, tylko po prawie miesiącu, by w Polsce mieli czas na organizację mojego przywitania.

- Po powrocie byłam bardzo zdziwiona, że moi rodacy tak bardzo to przeżywają i z taką wrażliwością o tym mówią. Nawet pomyślałam, że wszyscy tu powariowali, że nie zrobiłam nic nadzwyczajnego, by wzbudzać aż takie zainteresowanie. Natomiast po czasie trochę mnie to wszystko zaczęło krępować, a nawet deprymować.

Jaka była Aneta Kręglicka, zanim została Miss Świata?

- Wydaje mi się, ale to moja subiektywna ocena, że prawie w ogóle się nie zmieniłam i pewnie dlatego ten tytuł trochę mnie uwierał. Nie lubię popularności.

Wiele kobiet nigdy nie usłyszy, że są najpiękniejszymi kobietami nawet od swoich partnerów, a pani usłyszała to od świata. Naprawdę nie zrobiło to na pani wrażenia?

-  Oczywiście, że zrobiło, ale ja zawsze miałam duże pokłady zdrowego rozsądku i wiedziałam, że na pewno nie jestem najpiękniejsza, tylko że wzięłam zwyczajnie udział w konkursie, przy którym zebrało się jury, które doceniło - taką zawsze miałam nadzieję - nie tylko moje atuty fizyczne.

- To, co naprawdę mnie cieszyło po uzyskaniu tego wyróżnienia, to tytuły w prasie: "The beauty and the brain". I to było dla mnie największym smaczkiem całej tej przygody. Często po wywiadach słyszałam, że bardzo miło się ze mną rozmawia, że jestem bardzo świadoma, zaskoczenie budziła też znajomość dwóch języków obcych. Myślę, że byłam bardzo rozsądna i dojrzała, jak na swój wiek.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje