Przejdź na stronę główną Interia.pl

Amal Clooney. Jaśniej od gwiazd

​Gdy pojawiają się oboje w świetle fleszy, to ona kradnie show. Amal Clooney zagrała ryzykownie. Związek z niepoprawnym hollywoodzkim przystojniakiem wystawił wybitną prawniczkę na ostrzał spekulacji, jak długo wytrzyma ciśnienie. Jednak ona równie pewnie czuje się wśród celebrytów, jak na sali sądowej. A on przyjął rolę męża sławnej pani mecenas.

Znana obrończyni praw człowieka Amal Clooney z mężem aktorem - tak jedna z brytyjskich gazet podpisała zdjęcie państwa Clooneyów obecnych na ślubie księcia Harry’ego i Meghan Markle. Redaktorzy błysnęli dowcipem, ale znaleźli się komentatorzy, którzy podkreślali, że wcale nie należy uznawać tego za żart. "To moja żona jest prawdziwą gwiazdą i profesjonalistką. Ja przy niej jestem amatorem", powtarzał już wielokrotnie George Clooney. A dziesiątki prestiżowych pism okrzyknęły Amal wzorem do naśladowania i autorytetem dla młodych kobiet. Ona sama nie poświęca zbyt dużo uwagi szumowi wokół siebie, ma inne zajęcia. Możliwe też, że uodporniła się na komplementy, w końcu na co dzień obsypuje ją nimi jeden z najprzystojniejszych aktorów Hollywood. 

Fleszem po oczach

Reklama

- Miałam 35 lat, małe mieszkanie w Londynie, pracowałam bez przerwy. Zdążyłam się już pogodzić, że zostanę starą panną. Nie miałam czasu na szukanie miłości - wspominała niedawno Amal. Gdy znajomi zaproponowali wspólny weekend nad jeziorem Como, z radością skorzystała. 

"Przyszła w gronie moich przyjaciół, ewidentnie zaskoczona, że to ja jestem gospodarzem - opowiadał George Clooney. - Siedzieliśmy do późnej nocy, rozmowa zeszła na działalność humanitarną i politykę. Amal oczarowała mnie nie tylko urodą i wdziękiem - to widzi każdy, kto ją spotyka - ale przede wszystkim intelektem, przekonaniem o tym, co słuszne, swoją niesamowitą pracą", przyznał aktor. 

Przez kilka tygodni wymieniali e-maile, George pisał w imieniu swojego psa Einsteina, który rzekomo znów wpakował się w tarapaty i pilnie potrzebował prawnika, który wyciągnie go z kłopotów. A najlepiej prawniczki. "W przyszły piątek będę w Londynie. Czy pani mecenas będzie miała czas, żeby się ze mną spotkać? Niestety przyjeżdżam bez psa", napisał w końcu Clooney. 

Amal zarezerwowała stolik w The Ivy, restauracji odwiedzanej przez gwiazdy show-biznesu. Miało być romantycznie, ekskluzywnie i prywatnie - obsługa The Ivy przyzwyczajona jest do goszczenia sław. Amal wie, jak zmusić rząd jakiegoś kraju do wypuszczenia z więzienia zbyt dociekliwego dziennikarza, ale skąd miała wiedzieć, że przed tego typu lokalami wysiadują paparazzi gotowi fotografować każdą gwiazdę (i osoby jej towarzyszące), która się tu pojawia? Blaski fleszy powitały parę zaraz po wyjściu z samochodu, a po skończonej kolacji Amal i George musieli wymknąć się z lokalu tylnym wyjściem. Po tej randce spotykali się już codziennie, ale z dala od wścibskich oczu. 

- Zamykaliśmy się przed światem w moim mieszkaniu i była to najbardziej naturalna rzecz na świecie. A potem zdałam sobie sprawę, że nie chcę spędzić życia z nikim innym - mówiła Amal podczas gali Amerykańskiego Instytutu Filmowego z okazji przyznania jej mężowi nagrody za całokształt pracy twórczej. Występując przed salą pełną hollywoodzkich sław, opowiedziała historię romansu: "Nie mogłam spać, kiedy nie byliśmy razem. Przyjaciele mówili, że gdy czytałam SMS-y od Georga albo liściki, które podrzucał niepostrzeżenie do torebki, przechylałam charakterystycznie głowę, a na twarzy pojawiał się dziewczęcy uśmiech. Pięć lat później nic się w tej kwestii nie zmieniło". 

Zmieniło się jej życie. Ciesząca się relatywnie niewielką atencją mediów prawniczka z dnia na dzień została jedną z najchętniej fotografowanych kobiet świata. Każdy szczegół jej stroju natychmiast był komentowany w tabloidach i w internecie. "Kim jest Amal Alamuddin, która usidliła najbardziej zatwardziałego kawalera Hollywood?", grzmiały nagłówki brukowców. Pół roku od pierwszego spotkania para pojechała na safari do Afryki. Amal marzyła, by zobaczyć żyrafy w ich naturalnym środowisku. Po powrocie George zwierzył się przyjacielowi: "Myślę, że powinienem się jej oświadczyć". 

Rodzinny los

Rok 1980, Bejrut. Amal nie wiedziała, dlaczego musieli wyjechać. Zostawić dom, kuzynów, przyjaciół. Miała dwa lata, gdy rodzice zdecydowali się na ucieczkę przed wojną domową i wyjazd do Wielkiej Brytanii. Jej ojciec, właściciel biura podróży, i matka, dziennikarka polityczna, byli na tyle zamożni, że stać ich było na wyjazd i rozpoczęcie nowego życia na emigracji. 

Osiedlili się w miasteczku Gerrards Cross w hrabstwie Buckingham, gdzie wzbudzali mieszane uczucia sąsiadów. Amal i jej siostra Tala uczyły się angielskiego głównie z telewizji, a pierwsze brytyjskie dzieci poznały dopiero, gdy poszły do szkoły. Mama nie miała czasu siedzieć z nimi na placach zabaw - zdecydowała, że emigracja nie zrujnuje jej dziennikarskiej kariery, kontynuowała współpracę z arabskojęzycznymi gazetami i stacjami telewizyjnymi. "Jeżeli możesz przemówić w imieniu tych, którzy głosu nie mają, jest to twój obowiązek", uczyła córki Baria Alamuddin. Powtarzała: "Do prawdy należy dążyć za wszelką cenę". 

Amal lubiła asystować mamie przy pisaniu artykułów: pytała o pracę, kazała sobie tłumaczyć artykuły z gazet. Umiała pisać i czytać w wieku czterech lat. Sąsiedzi z Gerrards Cross nie mieli pojęcia, że Baria Alamuddin w świecie arabskich mediów jest gwiazdą. Gdy Amal była w gimnazjum, jej matka pracowała dla dziennika "Al-Hayam", dla którego przeprowadziła wywiady m.in. z Margaret Thatcher, Billem Clintonem czy Fidelem Castro. Normą było, że podczas obiadów rodzice rozmawiali o polityce i do dyskusji wciągali córki. 

Amal wyrobiła sobie strategię: nie zabierała głosu, dopóki nie wysłuchała wszystkich opinii. Kończyło się tym, że kiedy wygłaszała własną, najbliżsi nie mieli już nic do dodania - ostatnie słowo należało do niej. Nikogo z bliskich nie zdziwiło, że Amal dostała stypendium na studia prawnicze w Oxfordzie. Fakt, że otrzymała tam nagrodę za osiągnięcia w nauce, przyjęto jak coś naturalnego - Alamuddinowie wiedzieli, że ich dowcipna córka o nieprzeciętnej urodzie jest też tytanem pracy i intelektu. 

Z siostrą podzieliły się rolami: Amal była mózgiem organizacyjnym każdego przedsięwzięcia, a Tala dbała o wizerunek - wybierała dla nich ciuchy, wiedziała, z kim powinny się spotkać i gdzie pokazać. Z tych ról nie wyszły do dziś. Tala założyła firmę modową, reklamującą się sloganem "Totally fun, totally wild" (Totalna zabawa, totalna dzikość). 

Amal kontynuowała studia w Nowym Jorku. Gdy odebrała nagrodę dla najlepszej studentki w dziedzinie prawa medialnego, wszyscy sądzili, że postawi na lukratywną karierę i będzie reprezentować gwiazdy show-biznesu, spisywać ich kontrakty itp. Mogła zbić na tym fortunę. Ale najwyraźniej zaplanowała sobie inną przyszłość. Zaraz po końcowych egzaminach postarała się o pracę w kancelarii Sullivan & Cromwell, gdzie dołączyła do zespołu adwokatów broniących klientów w (dużo mniej dochodowych) sprawach karnych. Chciała robić to, do czego namawiała ją matka: stawać w obronie słabszych. 

>>> Bajkowy ślub Amal i George'a. Czytaj na kolejnej stronie <<<

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje