Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Aleksandra Popławska: Żyję po swojemu

Intrygująca uroda i ciekawa osobowość. Aleksandra Popławska nie boi się mówić, co myśli. A to rzadkość w dzisiejszych czasach. Oddajemy jej więc głos. Posłuchajcie, bo warto.

Skończyłaś zdjęcia do "Śmierci Zygielbojma" Ryszarda Brylskiego, występujesz w TVN-owskiej produkcji "1800 gramów", na ekrany wchodzi 3. sezon serialu "Wataha" w HBO, gdzie grasz prokurator Igę Dobosz. A przecież jest jeszcze teatr, gdzie nie tylko występujesz, ale także reżyserujesz. No i jesteś mamą nastolatki. Jak to wszystko udaje ci się połączyć, spiąć i nie oszaleć?

Reklama

Aleksandra Popławska: Lubię działanie, różnorodność i intensywność zdarzeń. To mnie napędza, do tego przywykłam od dzieciństwa. Jestem nieszczęśliwa, jak nic się nie dzieje. Będąc dzieckiem i nastolatką, chodziłam do dwóch szkół: podstawowej, a po południu do muzycznej. Najpierw rok na skrzypce, ale dzieci przezywały mnie "Tekla" - to pajęczyca z bajki "Pszczółka Maja", która grała na skrzypcach bardzo źle - więc zmieniłam instrument na pianino.

- Wracałam do domu wieczorem i odrabiałam lekcje. W liceum doszły przedstawienia, kabaret szkolny, wyjazdy, a w weekend Art-Play - studium aktorskie Doroty Pomykały, do którego dojeżdżałam do Katowic. Już wtedy pracowałam bez dnia wolnego. Wtedy też odkryłam, że muszę wybrać taką pracę, którą będę lubić i w której będę odpoczywać. I tak się stało. Teraz gram w różnych projektach z różną intensywnością, ale wybieram te najciekawsze.

- W filmie "1800 gramów" występuje plejada polskich gwiazd. Mam tam rolę epizodyczną, lecz ciekawą, inną niż te, które do tej pory zagrałam. Wcielam się w postać kobiety chorej psychicznie, która musi oddać dziecko do adopcji. Z kolei "Śmierć Zygielbojma" to bardzo "męskie" kino, mało tam damskich postaci, ale moja jest istotna. Gram żonę tytułowego bohatera Manię Zygielbojm - Żydówkę, która umiera w getcie. Ważny temat, ciekawa historia, warto, żeby ludzie ją poznali. Serial "Wataha" HBO jest dla mnie najważniejszym projektem, któremu oddałam serce i sporo czasu. Zdjęcia trwały parę miesięcy - od lutego do czerwca - jednak w każdej wolnej chwili wracałam do domu, do córki, która była w ósmej klasie.

Na swoim profilu na Facebooku napisałaś post, że twoja córka Antonina w ostatniej klasie szkoły podstawowej podjęła nauczanie domowe. Czy ta decyzja wynikała z waszego artystycznego trybu życia? Ty i Marek (aktor Marek Kalita, partner Oli i tata Antoniny - przyp. red.) dużo gracie, wyjeżdżacie na plany filmowe. Nauka w domu to chyba łatwiejsze rozwiązanie. Mniej logistyki. Zastanawiania się, kto ma dziecko zawieźć, odebrać...

- Zdecydowanie przy naszym trybie pracy nauczanie domowe córki bardzo ułatwiło nam życie, mogliśmy dostosowywać do naszego planu wakacje czy ferie zimowe. Jednak decyzja ta nie była do końca nasza. Złożyły się na nią różne okoliczności, a w dużej mierze ostatnia reforma edukacji szkolnej. Córka poszła do szkoły rok wcześniej, czyli w wieku 6 lat. Psycholog szkolny stwierdził, że jest na tyle dojrzała, że da sobie radę.

- Wszystko dobrze działało do momentu reformy. Antosia zamiast do gimnazjum, które zostało zlikwidowane, poszła do siódmej klasy. Program trzech klas gimnazjum wciśnięto w dwa lata szkoły podstawowej i moja córka przestała sobie radzić. Mimo że jest dojrzała, ma silną osobowość, problemy szkolne spowodowały, że zaczęła mieć typowo psychosomatyczne objawy stresu. Bolał ją brzuch, głowa. Mdlała. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, badaliśmy ją na wszystkie możliwe sposoby.

- Po wielu badaniach i testach w poradni psychologiczno-pedagogicznej zalecono nam przejście na nauczanie domowe. Zgodziliśmy się, nie wiedząc do końca, czy damy radę. Ostatecznie okazało się, że to był świetny wybór, a przejście na taką edukację - mniej skomplikowane, niż się wszystkim wydaje. Cenimy sobie wolność i swobodę pod każdym względem, więc ta ucieczka od systemu bardzo przewietrzyła nam głowy.

Bałaś się, czy sobie poradzicie?

- Miałam pewne obawy, jednak nie jestem osobą strachliwą, mam duży dystans do życia w ogóle, podchodzę do takich spraw z pewną swobodą, więc potraktowałam to jako wyzwanie. W nauczaniu domowym za edukację odpowiadają rodzice. Trzeba było trochę inaczej zorganizować sobie czas, ale to nie było bardzo trudne. I tak każdą wolną chwilę spędzamy z córką: chodzimy na wystawy, koncerty itp., dużo rozmawiamy. Podczas takich rozmów sprawdzaliśmy, czy nauczyła się rozdziału, który miała przerobić, zostając w domu. Dzięki temu wiedzieliśmy, czego się uczy i co wie. To również dla nas było rozwijające. Okazało się, że wystarczy tylko dobrze się zorganizować, a wynikają z tego same plusy. Nikt się rano nie spieszy, nie denerwuje, nie zrywamy się skoro świt, mamy czas na rozmowy, nie jesteśmy w wiecznym biegu. Przy śniadaniu omawiamy plan całego dnia. Potem każdy idzie do swoich zadań, a wieczorem sprawdzamy wiedzę.

Teraz wasza córka chodzi do liceum, które stawia na edukację i kulturę. Myślisz, że pójdzie waszą - aktorską - drogą?

- Nie mam pojęcia. Interesuje się sztuką, muzyką klasyczną i rockową, plastyką, zafascynował ją festiwal Warszawska Jesień, a w szczególności spektakl "Thinking Things" (Myślące Przedmioty) Georgesa Aperghisa. To bardzo współczesny performatywny teatr aberracji i robotyki, mówiący o tym, że roboty nie są w stanie zastąpić we wszystkim człowieka, ponieważ nigdy nie wygenerują tak prawdziwych i głębokich uczuć jak ludzie. Ja widziałam ten spektakl na YouTubie i zrobił na mnie duże wrażenie. Antonina była na tym spektaklu z klasą, w tym roku poszła już do liceum w normalnym systemie - głównie po to, by poznać nowych ludzi. Ma jeszcze dużo czasu, żeby wybrać swoją drogę. Nie będę jej namawiać ani jej odradzać, ale myślę, że widzi, że to nie jest taki łatwy i miły zawód, jak się wszystkim wydaje.

A z jakimi trudnościami mierzyłaś się w zawodzie? Wybierając aktorstwo, wiedziałaś, jak ten zawód bywa okrutny? Twoja mama była nauczycielką polskiego, zakochaną w amatorskim teatrze. Mówiła tobie i siostrze, że będzie trudno?

- Mama nie mówiła o cieniach tego zawodu, bo go nie znała. Była zakochana w teatrze jako widz. Tworzyła też wspaniały integracyjny Teatr Prawdziwny, w którym aktorami były dzieci niepełnosprawne i zdrowe. Powstawały tam magiczne spektakle, pamiętam je do dziś. Czysta energia, pasja - coś pięknego. W zawodowym teatrze trochę mi tej magii brakuje. Jako widz szukam tam odpowiedzi dotyczącej kondycji człowieka, oderwania od rzeczywistości, przeniesienia się w inny wymiar. Teraz jest moda na teatr publicystyczny, walczący, prowokujący. Wolę, jak teatr posługuje się metaforą i jest na tyle pojemny, że sprawy polityczne czy moralne dzieją się przy okazji rozmowy o człowieku. Bardzo brakuje mi tamtego zachwytu. Byłam w dzieciństwie osobą wycofaną, nieśmiałą, robiłam rzeczy nietypowe dla nastolatek, grałam na pianinie, czytałam książki, nigdy bym nie przypuszczała, że zostanę aktorką. Byłam samotnikiem, nie prowadziłam życia towarzyskiego, nie próbowałam używek. Niespecjalnie interesowało mnie życie "zewnętrzne". Rodzice byli nauczycielami, mama - polonistką, i mieliśmy w domu dużo książek, nawet tych zakazanych. Czytałam je pod kołdrą z latarką, jak jakiś przestępca.

Nie chciała, byś została nauczycielką?

- Był taki pomysł i przez rok uczyłam wychowania muzycznego, gdy po raz pierwszy nie dostałam się do szkoły teatralnej. Ale to jest trudny i niewdzięczny zawód. Doświadczyłam, co to znaczy, i zrozumiałam, że nie chcę tego robić. Gdy po roku dostałam się do wrocławskiej PWST, odetchnęłam z ulgą. W szkole aktorskiej musiałam wykonać ogromną pracę. Byłam zalękniona, niepewna. Nie umiałam opowiadać o swoich emocjach, bo zawsze je ukrywałam. Musiałam popracować, by pewnie postawić krok na scenie. Odważyć się powiedzieć zdanie przed jakąkolwiek widownią. Początki były strasznie trudne. To był dla mnie rodzaj psychoterapii. Miałam fajnych pedagogów, byli dla mnie autorytetami. Doceniłam to po latach, pracując w zawodzie.

Powiedziałaś w jednym z wywiadów: "Musiałam pokonać barierę wstydu". Wstydziłaś się, że jesteś z Zabrza?

- Nie, absolutnie. Jestem dumna ze swojego pochodzenia. Kocham Śląsk, a przede wszystkich Ślązaków. Ich nie można oszukać i kitu w teatrze im się nie wciśnie. W Warszawie dużo ludzi udaje zachwyt, bo mają w tym jakiś interes. Na Śląsku by to nie przeszło: jak się nie spodoba, to widać i słychać. Ale jak Ślązacy kochają, to całym sercem. Poza tym ten kult pracy i porządku. Myślałam, że po studiach poszukam etatu w jednym ze śląskich teatrów, a tu niespodziewanie przyszła propozycja etatu od Grzegorza Jarzyny w Teatrze Rozmaitości w Warszawie. A bariera wstydu? Chodziło raczej o emocjonalny wstyd - podzielenia się z widzem swoją intymnością. Reżyserzy w improwizacjach często bazują na prywatności, wykorzystują to, żeby dokopać się do "prawdy", nie chcą udawania czy zagrania czegoś. Też wolę taki teatr, ale to kosztuje. Trzeba być na to otwartym. Nigdy nie chodziłam na żadne psychoterapie, psychoanalizy, ustawienia hellingerowskie. Teatr był dla mnie swego rodzaju terapią. Choć początkowo było trudno.

- Już w szkole teatralnej zaczęłam mieć początki depresji, która rozwijała się powoli. Tata przez lata chorował na depresję, widziałam skutki tej choroby i bardzo się bałam, że to może być dziedziczne. Miałam talent i osobowość, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że trochę sobie nie radzę z nadmiarem impulsów i z obnażaniem się w tym zawodzie. Straciłam pracę w teatrze, wycofałam się z zawodu na dwa lata, urodziłam córkę, przyszło inne życie, inne emocje, ustawiły się priorytety i wróciłam z zupełnie innym podejściem. Nie byłam przygotowana na wkroczenie do zawodu z taką intensywnością i tak wcześnie, jak mi się przydarzyło. Dostałam angaż do topowego teatru, będąc na czwartym roku PWST, przeprowadziłam się do Warszawy, której nie znałam. Wszystko było nowe.

W szkole teatralnej uczono was budowania swojej aktorskiej marki?

- Ależ skąd! Nie było mowy o marketingu, a szkoda, bo to część tego zawodu, umiejętność pokazania się. Szkoła trzyma studentów pod kloszem, nie wiedzą, co ich czeka. Nikt ich nie uczy, jak rozmawiać z mediami, jak prowadzić swoje social media, jak znaleźć dobrego agenta, jak się nie dać oszukać. Są od razu rzucani na głęboką wodę, część wypływa na powierzchnię, a część tonie. Kiedy ja studiowałam, granie w serialach czy reklamach to było faux pas. Dziś zagranie choćby epizodu czy drugoplanówki w serialu Canal+, Netfliksa czy HBO to nobilitacja. Seriale zastępują kino. Pytania: "Widziałeś nowy sezon »Mind- huntera« albo »Na cały głos« z Russellem Crowe’em?" padają częściej od pytań, jaką książkę ostatnio czytałeś. Tak zmieniła się rzeczywistość.

À propos "Na cały głos". To serial o tym, jak jesteśmy manipulowani, okłamywani...

- Każdy powinien zobaczyć te mechanizmy manipulacji, zarządzanie fake newsami, wciskanie ludziom kitu, frazesów o moralności, rodzinie, religii. To serial o tym, jak dziś, mając media, można budować alternatywną rzeczywistość, wmawiać ludziom najgorsze brednie, sterować nimi. Stosować nieustannie zasadę "dziel i rządź". Degradowanie przeciwników, powtarzanie jak mantrę nieprawdy. Ciągłe ośmieszanie, sponiewieranie adwersarzy. Tak się dziś dochodzi do władzy w wielu krajach. Od naszej mądrości powinno zależeć, czy damy takim ludziom mandat naszego zaufania.

Czy w dzisiejszym świecie aktor powinien być głosem społeczeństwa wypowiadać się, wyrażać opinię? Protestować, gdy jakiejś grupie społecznej dzieje się krzywda?

- Aktor to też człowiek, który ma prawo głosu i ma prawo do swoich poglądów. Artysta to ktoś, kto trochę w życiu przeczytał i zobaczył, jest magistrem sztuki. Milczenie to przyzwolenie na zło. Jak będziemy milczeć, to damy się zjeść zabobonom i nietolerancji. Na tyle, na ile mogę, angażuję się w ważne - według mnie - sprawy. Mówię głośno, jakie szkody wyrządziła nieprzemyślana i gwałtowna reforma w oświacie, bo doświadczyłam jej błędów na własnej skórze. Reforma jest potrzebna, ale nie taka. Ta ograniczyła się jedynie do likwidacji gimnazjów. Dzieciaki nadal chodzą z ciężkimi plecakami do szkoły, przedmioty nadal idą osobnymi programami, zamiast wiązać fakty, np. z polskiego i historii. Nie jestem zapaloną aktywistką, ale czuję się w obowiązku mówić jasno i wyraźnie, co myślę o agresji i o podsycaniu między ludźmi nienawiści.

- W przyszłym roku będę reżyserować w Teatrze Starym w Lublinie sztukę "Kimberly". Dramat opowiada o nastolatce, która choruje na progerię. I właściwie jest na progu śmierci, bo progeria objawia się szybkim starzeniem się. Ta sztuka porusza ważne dziś społecznie tematy: wykluczenie, nietolerancję, nieakceptację inności. To też mój głos w dyskusji.

Wracając do twojego rodzinnego domu: twoja mama w wywiadzie dla internetowego portalu powiedziała, że wobec ciebie i siostry stosowała zasadę "zimny wychów cieląt". I dziś bardzo się tego wstydzi. Pamiętasz z domu deficyt uczuć?

- Oczywiście, mama jest kochana i cały czas kopie nas w tyłek, co daje nam motywację, żeby iść do przodu, czy się chce, czy nie. Ale jak patrzę na moje dzieciństwo i dorastanie, to było w nim mało okazywania miłości. Takie były czasy, chłodne blokowiska z PRL-u. Dzieciaki z kluczem na szyi, obiad w szkole i pytania o oceny i co się dostało z klasówki z matmy. Moja babcia też nie potrafiła mówić o miłości, nikt jej tego nie nauczył. My uczyłyśmy ją miłości - mówiłyśmy, że ją kochamy, i uczyłyśmy ją mówić tak do nas. Widziałam, z jakim trudem jej to przychodziło, ale ostatecznie dawało dużo radości. Pod koniec życia zawsze powtarzała na pożegnanie: "Pa, pa, pa, całusów sto dwadzieścia dwa, kocham was wszystkich". Babcia niestety niedawno odeszła, a jeszcze w czerwcu wyprawiałyśmy jej hucznie 92. urodziny. Mama z kolei, jak się przytula, jest trochę sztywna albo ściska za mocno - to są tak zwane chińskie pieszczoty, tak na to mówi. (uśmiech) Ja sobie postanowiłam, że będę kompletnie inna - ciepła, spokojna - i dam mojej córce bazę zaufania. Jak mi powierzy sekret, zachowuję go dla siebie. Co ona potem z tym zrobi, to już jej sprawa. Natomiast ja chcę powtarzać Antosi codziennie, że ją kocham, lubię się do niej przytulać, ona już trochę mniej. (śmiech)

I dochowujesz sekretów?

- Zawsze, bo do dziś pamiętam moje ogromne zawstydzenie i zażenowanie, gdy moja mama ogłosiła na spotkaniu towarzyskim w naszym domu, że wznosi toast, bo jej córka przed chwilą stała się kobietą. Powiedziałam jej w sekrecie w łazience, że dostałam pierwszej miesiączki. Pamiętam ten wstyd, tę chęć zapadnięcia się pod ziemię. Mama była bardzo towarzyską osobą, brylowała wśród znajomych, tata był zdecydowanie spokojniejszy, ale podziwiam mamę za jej niespożytą energię życiową. Nigdy nie było dla niej spraw, których nie można było załatwić. Do dziś nas wspiera i bardzo nam pomaga.

Życiowego partnera, Marka Kalitę, spotkałaś w TR Warszawa. Okazało się, że on również jest z Zabrza, tylko z innej dzielnicy. Nigdy wcześniej się nie spotkaliście. Dzieli was też kilkanaście lat. Co was do siebie zbliżyło? Podobna wrażliwość i podobne doświadczenia?

- Dużo nas łączy. Przede wszystkim śląska dusza. Ciekawe, bo pytałaś, czy uciekałam z Zabrza. Ja nie, ale Marek tak. Chciał ten Śląsk z siebie wyrzucić, zapomnieć, uciec, ale dzięki mojej miłości i sentymentowi zaczął tam ponownie jeździć, doceniać to, co nas ukształtowało. Marek mi zaimponował, jest znakomitym artystą, kocha sztukę. Wydaje się bardzo introwertyczny, ale tylko dla obcych. Ufam mu i zawsze mogę na niego liczyć. Dużo razem przeszliśmy i jesteśmy mocno ze sobą związani, choć każde z nas jest indywidualistą, potrzebujemy wolności i swobody. Mamy teraz bardzo intensywny czas. Marek skończył serial "Ultraviolet", świetny film "Jedyny gatunek w rodzaju człowieka" w reżyserii Piotra Chrzana, dużo wyjeżdża ze spektaklami Krzyśka Warlikowskiego z Nowym Teatrem.

- Ja jesienią wchodzę na plan serialu produkowanego dla stacji TVN, według prozy Igora Brejdyganta. Dostałam główną rolę policjantki Agnieszki Polkowskiej, mającej poważny problem z alkoholem. To dla mnie duże wyzwanie, tym bardziej że znam dobrze temat, bo w domu tata nadużywał alkoholu, o czym wspominałam w wywiadzie dla PANI dwa lata temu. Cały czas coś się dzieje, znowu będzie trzeba jakoś pogodzić plany filmowe, teatralne i znaleźć czas dla Antosi. Zresztą komisarz Polkowska w serialu też ma córkę - z tą różnicą, że tamta relacja będzie dużo bardziej skomplikowana.

Jak rozpieszczasz Antosię?

- Spędzamy razem czas, gadamy o wszystkim, wie, że jestem dla niej zawsze, jeśli tylko będzie mnie potrzebować. Nie wiem, czy mogę to nazwać rozpieszczaniem. Dawno temu przeczytałam znakomitą książkę Kazimierza Jankowskiego pt. "Hipisi w poszukiwaniu ziemi obiecanej". Poza tym, że mam trochę hipisowską duszę, to w środku był tekst "Dezyderaty", poematu napisanego przez Maxa Ehrmanna, zawierający wskazówki na temat dobrego życia, To w sumie bardzo proste zasady. Zrobiłam sobie ksero tego tekstu i ostatnio podarowałam go Antosi. Staram się mimo zabiegania stosować zawarte w nim zasady. Wydaje mi się, że dziś ten tekst brzmi jeszcze bardziej aktualnie. "Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu" - no właśnie, mimo pośpiechu znajduję czas na rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, chodzimy rodzinnie na fajne koncerty, wystawy, do kina. Poraził nas pięknem i treścią ostatni film Pedra  Almodóvara "Ból i blask". W lipcu byliśmy wszyscy na festiwalu muzycznym Open’er, w sierpniu pojechałyśmy we dwie z córką na wystawę Mariny Abramović, a wcześniej na spływ kajakowy. "Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami, jak i planami. Wykonuj z sercem swą pracę" - to kolejny cytat z tego testu.

- Mam dużo ciekawych planów i propozycji, które zahaczają już o rok 2022. Ta data wydaje się abstrakcyjna, ale jest ona związana z reżyserią, a w tej materii trzeba wcześniej planować. Bardzo się na te wszystkie propozycje cieszę. Staram się żyć po swojemu. Kocham i jestem kochana - to bardzo miłe uczucie, bo miłość daje mi siłę. Jest motorem napędowym. Mam dużo szczęścia w życiu, ale sama na to szczęście pracowałam, mam świadomość, że to wszystko może być bardzo ulotne, bo los bywa okrutny, dlatego tym bardziej cieszę się tym czasem tu i teraz. 

- I ostatni fajny cytat z "Dezyderaty": "Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne, czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki, jaki być  powinien". Mieszkam w lesie, pracuję w mieście, dużo podróżuję, mam pasję, spełniam swoje marzenia i jestem w momencie, w którym czuję jakiś rodzaj harmonii ze wszechświatem. Oby ten stan trwał jak najdłużej. Życzę tego sobie i wszystkim czytelniczkom PANI - na 30-lecie waszego magazynu.

 Rozmawiała: Monika Stukonis

PANI 11/2019

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje