Reklama

Reklama

Agnieszka Janiszewska: Pewne sprawy zawsze pozostają uniwersalne

Kwintesencją powieści obyczajowej są relacje międzyludzkie, a co za tym idzie – towarzyszące im emocje. A rodzina to w pewnym sensie system naczyń połączonych, dlatego wszelkie emocje są tu odczuwane i wyrażane szczególnie intensywnie – mówi pisarka Agnieszka Janiszewska, której najnowsza książka pt. „Czwarta powieść” właśnie ukazała się na rynku.

Łukasz Piątek, Styl.pl: Mam nadzieję, że nie obrazi się pani, jeśli zacznę od prywatnego pytania: podtrzymywanie dobrych relacji rodzinnych jest dla pani istotne?

Reklama

Agnieszka Janiszewska, pisarka: - Jest to dla mnie istotne odkąd tylko sięgam pamięcią. Wychowałam się w dużej rodzinie - mam tu na myśli nie tylko rodziców i siostrę, ale także moich dziadków, wujów, ciocie, cioteczne i stryjeczne rodzeństwo. Zawsze utrzymywaliśmy ze sobą bliskie relacje, a wspólne obchodzenie świąt i innych uroczystości w domu moich dziadków wpisało się w rodzinną tradycję. Nawet jeśli w miarę upływu lat z różnych powodów widujemy się rzadziej niż kiedyś, nadal zachowaliśmy poczucie bliskości i wspólnoty. A kiedy tylko udaje nam się spotkać, wciąż mamy sobie wiele do powiedzenia.

Jak się pani zapewne domyśla, pytam o to nie bez powodu. Trudne relacje z najbliższymi to częsty wątek w pani powieści.  Dlaczego zażyłość rodzinna, tudzież jej brak, są tak uwypuklane w pani powieściach?

- Rzeczywiście są to istotne wątki w każdej z moich dotychczasowych książek, choć bynajmniej nie jedyne. Kwintesencją powieści obyczajowej są relacje międzyludzkie, a co za tym idzie - towarzyszące im emocje. A rodzina to w pewnym sensie system naczyń połączonych, dlatego wszelkie emocje są tu odczuwane i wyrażane szczególnie intensywnie. Każdy z nas w taki czy inny sposób tego doświadczył. Dla pisarza zaś jest to cenny materiał do wykreowania dramatycznej lub - dla odmiany - zabawnej fabuły.

W obu tomach "Kuzynki Marie" doskonale oddaje pani atmosferę rodziny pełnej niedopowiedzeń, urażonej dumy, sekretów, skrywanego wstydu. Czy te rodzinne niesnaski w powieści to wyłącznie fikcja literacka, czy może jest pani baczną obserwatorką polskich, a może nie tylko polskich rodzin?

- Fabuła zarówno "Kuzynki Marie", jak i pozostałych moich powieści jest wyłącznie wytworem mojej wyobraźni, a zatem literacką fikcją. Jest to jednak powieść obyczajowa, dlatego poruszone tam problemy, dylematy, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie mogą przypominać te, które są udziałem wielu ludzi i wielu rodzin niezależnie od epoki, w jakiej przyszło im żyć. Pewne sprawy zawsze  pozostają uniwersalne. 

Jak buduje pani psychologie postaci? Od początku wie pani, jakimi cechami charakteru wyróżniać się będzie dana postać, czy dopiero w procesie pisania nadaje im pani kształt?

- Decyduję o tym dopiero w procesie pisania. Gdy zaczynam pracę nad nową powieścią, na ogół mam w głowie ogólny jej zarys, który dopiero w trakcie rozwoju fabuły nabiera konkretnego kształtu. Dotyczy to zwłaszcza wątków i postaci z dalszego planu, ale zdarzało się także, że zmieniałam pierwotną koncepcję także wątku głównego, co oczywiście nie mogło zostawać bez wpływu na charakterystykę bohaterów pierwszoplanowych. Staram się, aby wykreowane przeze mnie postacie były wiarygodne pod względem psychologicznym, zatem nie powinny być wyposażone jedynie w pozytywne lub negatywne cechy charakteru. Nikt z nas przecież taki nie jest. Każdy ma jakieś słabości i nosi w sobie emocje, które mają swoje uzasadnienie w przebytych doświadczeniach życiowych. I nie wszyscy z nas dają sobie z tym radę. 

- Podobnie jest z moimi bohaterami. Każdy z nich jednak jest mi bliski, każdego choć trochę lubię, nawet jeśli nie zawsze wzbudzają sympatię czytelników. Nie uważam też wcale, że główni bohaterowie muszą koniecznie taką sympatię budzić, że zawsze mają to być postacie bardzo wyraziste. Nic podobnego - zdarza się (choć nie zawsze), że niektórzy z nich sprawiają wrażenie zagubionych, niekiedy nawet nijakich. Gdyby byli realnie istniejącymi ludźmi, a nie wytworami mojej wyobraźni, zapewne nie zwracaliby na siebie uwagi, ale taki jest przecież świat, który nas otacza. 

Dla mnie jedną z bardziej charakterystycznych bohaterek jest Regina z "Czwartej powieści". To młoda, początkująca pisarka, której entuzjazmu do pisania nie podziela rodzina. A jak to było u pani na początku kariery pisarskiej?

- Zaczęłam pisać swoje pierwsze opowiadania i "powieści", gdy byłam jeszcze uczennicą szkoły podstawowej, kontynuowałam to zajęcie mniej więcej  do ukończenia liceum.  Oczywiście była to typowa twórczość "do szuflady", a moimi ówczesnymi czytelniczkami były siostra, kuzynka i koleżanki ze szkoły.  Była to wówczas moja ulubiona forma spędzania wolnego czasu, ale nie wiązałam z tym  żadnej przyszłości. Potem, już podczas studiów, porzuciłam to zajęcie. Nie miałam na nie czasu, a poza tym uznałam, że pisanie "do szuflady" nie ma sensu, trzeba zając się czymś konkretnym, co pozwoli mi się jako tako utrzymać. Do pisania wróciłam po blisko dwudziestu latach, gdy zaczęłam przeglądać pudło z moimi dawnymi rękopisami. Moja mama je przechowała, ale  ja długo nie zwracałam na nie większej uwagi. Lecz tamtego wieczoru to jednak zrobiłam, i choć z perspektywy wielu lat dawne moje "powieści" wydały mi się naiwne, to jednak dobrze się przy nich bawiłam. Przypomniałam sobie, jaka byłam wtedy, w przeszłości, gdy tak lubiłam to zajęcie. Ile radości sprawiało mi takie zanurzenie się w świecie wyobraźni. I postanowiłam do tego wrócić - tym razem jednak zupełnie "na poważnie", a nie "do szuflady". Po wielu latach zaczęłam więc znowu pisać powieść i dosłownie czułam, jak odzywa we mnie dawna pasja.

- Nie miałam żadnej pewności czy mi się powiedzie. Czy jakiekolwiek wydawnictwo zainteresuje się moją książką. Bardzo niewiele wiedziałam o rynku wydawniczym, ale zdawałam sobie sprawę, że debiutantom trudno na nim zaistnieć - i dlatego w moje plany wtajemniczyłam naprawdę wąskie grono najbliższych mi osób. Wspierali mnie, życzyli jak najlepiej, ale pilnowali, abym nie oderwała się zanadto od rzeczywistości, abym nie straciła z oczu realiów codzienności. Chociaż sama mając już za sobą różne doświadczenia życiowe, zdawałam - i nadal zdaję - sobie sprawę, że nie mogę wyłącznie bujać w obłokach. Że muszę także twardo stąpać po ziemi. Taka pewnego rodzaju równowaga jest jednak w życiu konieczna i zdrowa.

Pierwszy i drugi tom "Czwartej powieści" właśnie ma swoją premierę. Czego może spodziewać się czytelnik?

- Pierwszy i drugi tom ma swoją premierę tego samego dnia. Każda z moich dwutomowych powieści była wydawana w tym samym czasie. Wynika to z ich fabuły, tom drugi jest kontynuacją pierwszego. "Czwarta powieść" opowiada o młodej, dość nieporadnej życiowo i zagubionej dziewczynie, która marzy o karierze pisarskiej i nawet wydała trzy powieści, które nie zapewniły jej jednak sławy czy choćby większej popularności. Zaskakująca i początkowo niechętnie przyjęta przez nią propozycja dokończenia powieści niegdyś rozpoczętej przez inną, nieżyjącą już i bliżej nikomu już nieznaną pisarkę sprawia, że Regina zaczyna odkrywać nieznane jej dotąd karty z dziejów własnej najbliższej rodziny. Akcja powieści rozgrywa się w różnych planach czasowych, retrospekcje odwołują się do realiów okresu międzywojennego, II wojny światowej i pierwszych powojennych dziesięcioleci. Nie jest to jednak powieść stricte historyczna, lecz obyczajowa z historią w tle.

Jest pani nauczycielką historii w liceum, zatem ma pani możliwość przebywania wśród młodzieży, obserwowania jej. Jak zatem jest z tym czytaniem wśród młodych Polaków? Ciągle słyszymy, że Polacy nie czytają książek. Świadomie lub podświadomie próbuje pani zachęcić swoich podopiecznych do czytania?

- Jeśli chodzi o tak zwany poziom czytelnictwa w Polsce, to chyba nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi. Z moich obserwacji wynika jednak, że wcale nie jest tak źle, choć oczywiście trudno mi dyskutować ze statystykami i na pewno mogłoby być lepiej. Nie jestem tu jednak pesymistką. Ta sama uwaga dotyczy także młodzieży. Wśród młodych ludzi naprawdę nie brakuje tych, którzy czytaniu poświęcają każdą wolną chwilę, obserwuję to także w szkole, na przykład podczas przerw. Nieraz buntują się przeciwko lekturom, ale wtedy im mówię, że w przyszłości, czyli już po skończeniu szkoły, być może zmienią to swoje nastawienie, bo nie będzie temu towarzyszyło to, co oni nieraz odbierają jako przymus. Sama do niektórych szkolnych lektur wróciłam z przyjemnością dopiero wtedy, gdy szkoła stała się już wspomnieniem. I zdarzało się, że dopiero wtedy odkrywałam ich urok, mądrość, przesłanie. Powtarzam też uczniom starą prawdę, że czytanie rozszerza horyzonty, poszerza wiedzę, rozwija wyobraźnię. A oni - z większym lub mniejszym przekonaniem, ale chyba się z tym zgadzają.

Jakie ma pani zdanie o audiobookach, z których korzysta coraz więcej ludzi. To pójście na łatwiznę? Czy słuchanie książki daje takie same doznania, co czytanie?

- Jeśli chodzi o mnie, preferuję czytanie w wersji tradycyjnej czyli - jak to się potocznie mówi - papierowej. Ale nie mam nic przeciwko ebookom i audiobookom, wręcz przeciwnie. W kwestii audiobooków bardzo wiele zależy od lektorów. Przypominam sobie, jak przed laty wielu ludzi czekało na kolejne fragmenty powieści czytanych na antenie radiowej, w wykonaniu wybitnych autorów. Trwało to kilka minut i na ten czas miliony słuchaczy przerywały - oczywiście na tyle, na ile było  to możliwe - swoje zajęcia. A potem wymieniano się wrażeniami, dyskutowano. Pamiętam naprawdę znakomite słuchowiska. Poza tym audiobooki to dla wielu ludzi - z bardzo różnych przyczyn - jedyna możliwość zapoznania się z twórczością tego czy innego autora. A także świetny sposób spędzania czasu podczas monotonnej, dalekiej podróży samochodem. Dlatego popieram taką inicjatywę. Jak zresztą każdą, która przybliża książki jak największej liczbie odbiorców.

Proszę na koniec powiedzieć, jakie trzy ostatnie książki pani przeczytała?

- To powieści francuskiego, współczesnego prozaika Guillaume Musso: "Zjazd absolwentów" i "Apartament w Paryżu", a także "Królowe Anglii" Maureen Waller.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje