Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Agata Kulesza: Uczuć garstka tak na oko

Trudne, egzystencjalne role: w Róży, w Idzie. Gdzie szuka się tworzywa, by tchnąć w postać psychologiczną prawdę? Agata Kulesza nie ma wątpliwości: sięga do rodzinnych historii. Kobiety w jej rodzie trzymały się razem, dawały sobie mądrość i siłę. To duchowy kapitał, który pomaga, gdy czasem jest źle. Przyjaciele widzą, jak świetne relacje ma Agata z córką Marianną. No cóż, mówi, zapracowały na to całe pokolenia. Przeczytaj fragment wywiadu z Agatą Kuleszą, który znajdziesz w październikowym numerze magazynu Twój STYL.

Zanim zagrała Różę w filmie Wojciecha Smarzowskiego, wyobraziła sobie historię tej kobiety, rysy charakteru wynikające z pochodzenia, jej tajemnice. Tak samo było z rolą prokurator Wandy Gruz w Idzie. By stworzyć postać, wchodzi w nią głębiej, niż wymagają aktorskie standardy, wczuwa się w klimat epoki, w wyobraźni dorabia swoim bohaterkom pokręcone losy. Agata wierzy, że to, jacy jesteśmy, wynika ze zdarzeń na osi czasu. Nie tylko naszej, ale całej rodziny. Własna historia rodzinna jest dla niej punktem odniesienia i... podparcia, gdy coś idzie nie tak. Spotykamy się w środku lata, pijemy lemoniadę i oglądamy w telefonie ceramiczną mozaikę układającą się w napis "Miłość", którą tego dnia odsłonięto w jej rodzinnym Szczecinie. Rozmawiamy o tym, jak ważna jest wiedza, gdzie dziadek zakopał karabin i ile mąki mieści się w garstce babci Stasi. I co z tego wynika dla przyszłych pokoleń.

Gdy przy obiedzie kolejny raz słyszy pani rodzinne anegdoty, ziewa pani ukradkiem?

Reklama

Agata Kulesza: Uwielbiam rodzinne historie! Często, gdy zastanawiam się, jak mam w życiu postąpić, odwołuję się właśnie do nich. Naprawdę. Jestem zdania, że to, kim jesteśmy, jest efektem bagażu włożonego nam do plecaka, który jest przepakowywany z pokolenia na pokolenie, podawany dalej. Czasem nie jesteśmy nawet świadomi, co w nim mamy.

Pani zna swoich przodków? Bywa, że próbując narysować drzewo genealogiczne rodziny, potrafimy odtworzyć najwyżej dwa piętra gałęzi.

- Bo wydaje się nam, że dziadkowie, rodzice będą z nami zawsze, że jest dużo czasu, że jeszcze kiedyś o wszystkim porozmawiamy... Nieprawda. Cieszę się, że mama przed śmiercią babci Eleonory zdążyła z nią przejrzeć i opisać stare zdjęcia. Sporo wiem o pradziadkach, ale chciałabym dowiedzieć się więcej. Ci ze strony mamy pochodzą z Trójmiasta. Pradziadek był Niemcem, prababcia Polką. Na ich miłości cieniem położyła się wojna. Na początku lat 40. on wyjechał do Niemiec i został tam do śmierci, nigdy więcej się nie zobaczyli. Ale ta historia miała ciąg dalszy, bo ich córka, czyli moja babcia, w latach 70. wyemigrowała do Niemiec, tam umarła... Żałuję, że nie znałam prababci Melanii. Wiem, że lubiła śpiewać, chciała być aktorką, ale rodzina twierdziła, że to zły zawód dla szanującej się kobiety. Może ja spełniłam jej marzenie? I na tym polega ciągłość rodzinnej historii.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje