Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

A państwo tak razem?

Ty i Joanna Krupa...

Reklama

Robert Biedroń: - Jestem pod wrażeniem tego, co Joanna robi dla słabszych, dla tych, którzy nie mają głosu. Połączyła nas miłość do zwierząt.

Ktoś mógłby się śmiać: Poważny prezydent miasta zajmuje się pieskami. A ty to robisz. Dlaczego?

- Pewnie przeszłość... Mam kilka złych wspomnień z dzieciństwa. Może dlatego kiedy widzę krzywdę, reaguję. Daję innym coś, czego ja nie otrzymywałem, gdy potrzebowałem.

Odkrycie własnej inności było doświadczeniem dobrym czy złym?

- Trudnym. Moje pierwsze doświadczenie inności wiąże się z religią, nie z orientacją seksualną. Nasz dom był wobec religii, łagodnie mówiąc, sceptyczny. Pewnego dnia ksiądz zaczepił na ulicy mnie i brata i zaczął dopytywać, dlaczego nie byliśmy na mszy. Miałem poczucie winy. A na lekcji religii - chodziłem, jak wszyscy - siostra powiedziała, że jestem bezbożnikiem. Dzieci się ze mnie śmiały. Wtedy zauważyłem, że nie dokońca pasuję do otoczenia. To sprawiło, że zacząłem uciekać we własny świat. Początkowo miał do niego dostęp mój brat. Była między nami mała różnica wieku, więc żyliśmy prawie jak bliźniacy. Ale jako nastolatek uciekł z domu i zamieszkał w klasztorze Hare Kryszna. Już nigdy nie wrócił. Dzisiaj dzieli nas ponad dwa tysiące kilometrów, on od dawna mieszka we Włoszech.

Ty jako nastolatek.

- Powoli zamykałem się w grupie najbliższych znajomych, unikałem zabaw i gier, które fascynowały moich kolegów i koleżanki. Siedziałem w książkach, głównie podróżniczych. Czytałem o Nowym Jorku, Francji, Afryce. Zacząłem marzyć, że wyjadę do innego kraju, wszystko będzie inaczej. Krótko później zacząłem dojrzewać i odkrywać, że jestem gejem. To doświadczenie inności było znacznie mocniejsze. Zauważyłem, że dzieje się ze mną coś, co prawdopodobnie nie dzieje się z kolegami. Kiedy oni z fascynacją opowiadali o dziewczynach, ja zaczynałem myśleć o chłopakach. Kompletnie nie byłem na to przygotowany. Straszne doświadczenie.

Ktoś był blisko ciebie, dawał ci wsparcie?

- Nie. Wychowywałem się w sytuacji, która nie pomagała, rodziców dzielił silny konflikt. Nie było przestrzeni, żeby opowiedzieć o sobie. Oni mieli własne poważne problemy. To było dla mnie i dla moich braci - bo urodził się trzeci - stresujące. Wiedziałem już, że tak jak moi koledzy chodzą z dziewczynami, ja nigdy nie będę chodził z chłopakiem. Czułem wielki brak kogoś, komu mógłbym się zwierzyć. Miałem przyjaciela, ale wiedziałem, że TEGO nigdy nie będę mógł mu powiedzieć.

A więc życie do środka?

- Tak. Imigracja. Myślę, że dzisiaj wciąż tak żyje wiele osób homoseksualnych.

Gdy pokazano w kinach przełomową Filadelfię z Hanksem i Banderasem grającymi gejów, miałeś 17 lat. Pionierskiego stowarzyszenia Lambda, które pomaga gejom i lesbijkom, nie było jeszcze przez następne cztery. Jak sobie radziłeś?


- Funkcjonowały stereotypy. Kiedy moja mama dowiedziała się, że jestem gejem, powiedziała, że umrę na AIDS. Bo ona oglądała Filadelfię i wie: każdy gej umiera na tę chorobę. Obraz był mniej więcej taki: Ci mężczyźni chodzący z torebką "pederastką", z apaszką na szyi, umawiają się w dworcowych toaletach. Faktycznie istniały tzw. pikiety, czyli miejsca, w których geje spotykali się na przypadkowy seks. Wszystko było ukryte. W książkach nawet uznani seksuolodzy pisali, że homoseksualizm to choroba, którą można leczyć za pomocą elektrowstrząsów - właśnie to o sobie przeczytałem. 

- Możesz sobie wyobrazić, co czuje młody chłopak, który się dowiaduje, że jest tak poważnie "chory"? Koledzy używali określeń "pedał", "ciota" i oznaczało to kogoś najgorszego. Nie wiedzieli, że mają kogoś takiego obok siebie. Ojciec oglądający mecz "ciota" i "cwel" mówił o zawodniku, który spaprał strzał. To mnie zniechęciło do grania w piłkę nożną, zacząłem biegać. Poczułem, że gra zespołowa nie jest dla "pedała". Pewnie dzisiaj koledzy tak by o mnie nie mówili, ale wtedy nie było litości.

Można powiedzieć, że wtedy przyznanie się wymagało większej odwagi?

- Nie wiem, czy to była odwaga. Ja po prostu odczułem niesprawiedliwość. Nikogo nie krzywdzę, a mimo to nie mogę głośno opowiedzieć o swojej miłości. Pomyślałem, że mam tylko jedno życie i jeżeli chcę przeżyć je na swoich warunkach, muszę być sobą. Żebym umierając, nie stwierdził: "Robert, cholera, schrzaniłeś życie. Udawałeś kogoś, kim nie jesteś". To był punkt zwrotny.

Musiałeś, stając przed lustrem, powiedzieć: Jestem gejem. Przeszło przez gardło?

- Długo nie. To było cholernie trudne. Bałem się zdefiniować siebie, nawet w myślach wymówić słowo "homoseksualista". A gdy wypowiadałem, byłem zmrożony. Nie wyobrażasz sobie, jakie to słowo miało wtedy ładunek. Moją mamę także przerosło, nie umiała go użyć.

Kiedy się dowiedziała?

- Byłem w liceum. Zakochał się we mnie chłopak, który wydzwaniał do domu. Wyjawił mamie swoje uczucie. Ona najpierw nie rozumiała. Potem już musiałem wyjaśnić, przyznać, co się dzieje. Ale to było chyba łatwiejsze niż wewnętrzny coming out. Zresztą wciąż nie wszystko mam uporządkowane. Nie zawsze, nie wszędzie czuję się komfortowo. Zdarzają się sytuacje, kiedy wiem, że dla własnego bezpieczeństwa pewnych rzeczy zrobić nie mogę. Na przykład spontanicznie złapać mojego partnera za rękę. Bo może mnie spotkać coś niemiłego. Ja, o którym wszyscy wiedzą, że jest gejem, nie robię takich rzeczy. A wydawałoby się: Kto jak nie Biedroń?

Chronisz się przed nieprzyjemną reakcją ludzi, ale mam wrażenie, że z drugiej strony bardzo ich lubisz. Masz opinię człowieka sympatycznego, życzliwego.

- Kocham być wśród ludzi. W obronie własnej unikam jednak konfliktów. Na przykład wczoraj. Jechaliśmy z Joanną ze Słupska, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Dwie panie za ladą kłóciły się ostro, przy klientach. Czułem się niekomfortowo, więc załagodziłem ten konflikt.

Przecież nie dotyczył ciebie?

- Ale nie mogłem go znieść. Zresztą sytuacja była traumatyczna, bo w pobliżu tej stacji był wypadek. Minęliśmy przykrytego płachtą człowieka w kałuży krwi. Powiedziałem tym paniom: Czy naprawdę warto się kłócić, kiedy obok właśnie ktoś zginął?

Czyli asekurujesz się, unikasz starć?

- Tak i zastanawiam się, skąd mi się to wzięło. Myślę, że już z dzieciństwa. Kiedy byłem mały, łagodziłem konflikty rodziców. Musiałem doprowadzić do tego, żeby oni się nie kłócili, żeby ojciec nie uderzył. Śpiewałem, uśmiechałem się, robiłem wszystko, żeby rodzice się uspokoili. Dziś nie znoszę hejtu. To jedyna rzecz, wobec której jestem nietolerancyjny. Blokuję obraźliwe komentarze. Musiałem stworzyć sobie taki świat. Odcinam się, żeby przetrwać, nie stracić busoli, którą się kieruję. Otaczam się ludźmi, w towarzystwie których czuję się komfortowo. W moim środowisku, fachu to jest trudne. Może dlatego w sejmie doceniano to, że szukałem dialogu, tego, co łączy. Polityczny boks mnie nie interesował, choć niewykluczone, że tego się spodziewano: Będzie biegał z tęczową flagą i wtykał ją w oko adwersarzom. Tak nie było.

Kto wspiera cię dziś?

- Mój partner. Krzysztof robi coś, co mnie szalenie denerwuje, ale też pomaga w życiu. Interesuje się moimi sprawami i dużą część własnej energii, potencjału inwestuje w moją działalność.

Nie rozumiem, co tu może denerwować?

- Bo on ma też swoje życie, karierę prawnika. Jesteśmy ze sobą 14 lat. Przez cały ten czas to on najczęściej dawał, a ja korzystałem. Ciąży mi poczucie, że Krzysztof coś traci. Padł ofiarą wymuszonego outingu. Mniej więcej rok temu został zaproszony do telewizji śniadaniowej. Była tam także Elżbieta Radziszewska, wtedy minister do spraw równouprawnienia. Dyskutowalii kiedy w pewnym momencie jej zabrakło argumentów, powiedziała: "Ale przecież pan też jest gejem!". Wiedziała, że Krzysztof jest moim partnerem, ale o tym nie mówi. I wtedy go wyautowała. Nigdy mi tego nie wypominał, ale wiem, że bywa mu ciężko.

Byłeś członkiem Stowarzyszenia Lambda, zorganizowałeś Kampanię przeciw Homofobii. Kiedy zacząłeś myśleć, że chciałbyś pomóc innym?

- Rzeczywiście, chciałem zawalczyć, zacząć zmieniać świat. W wywiadzie może ładnie by zabrzmiało, że z pobudek altruistycznych. Ale chodziło mi przede wszystkim o stworzenie warunków sobie samemu. Zaangażowałem się społecznie i politycznie. Oczywiście nigdy nie marzyłem, że będę posłem, prezydentem miasta. Nigdy! Ja chciałem tylko normalnie żyć.

Masz świadomość, że wpływasz na konkretnych ludzi?

- Piszą do mnie. Każdego dnia dostaję listy od dzieciaków, które odkrywają, że są gejami, lesbijkami. Piszą, że mieszkają w Szczecinku, Krośnie, w Warszawie albo maleńkiej wsi. Czują, że nie są sami. Ja tego nie miałem. A wiem, jak by mi to pomogło. W pewnym momencie, jako nastolatek, chciałem popełnić samobójstwo. Dlatego że jestem gejem. I nie miałem obok nikogo. Tylko pamiętnik, który pisałem.

Pamiętnik nie odpowie, a Biedroń reaguje na listy.

- Wystarczy, że się wie: jest ktoś, z kim będzie można o tym porozmawiać. Mama, która deklaruje, że jest otwarta, i jeśli się okaże, że syn jest gejem, nie będzie dramatu. Kolega, który głośno mówi że "lesbijki są OK". Świat zakłada,że wszyscy będziemy heteroseksualni, że to jest naturalna rzeczywistość. A my - geje i lesbijki - musimy się do tej rzeczywistości dopasować.

Jaka jest twoja definicja sukcesu?

- Tego, co robię, nie traktuję jako sukcesu. Życie zawodowe oczywiście mnie fascynuje. Ale ono jest tylko wypadkową mojej tożsamości i charakteru. A ja chcę być sobą. Wiele lat temu mama powiedziała mi coś nieprzyjemnego, że wszyscy moi koledzy zrobili kariery, poukładali sobie życie zawodowe, ja - nie. Uważała, że tak się stało, ponieważ przyznałem się, że jestem gejem. Płacę za to cenę. Dziś uważam, że warto ją było zapłacić. Nie wyszedłem na tym tak źle.


Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

02/2016 Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje