Przejdź na stronę główną Interia.pl

A państwo tak razem?

Od zawsze czuli się outsiderami. Ona, Joanna Krupa, emigrantka „bez warunków”, postanowiła zostać modelką w Stanach. On, Robert Biedroń, 25 lat temu odważnie przyznał: Tak, jestem gejem. Mocne doświadczenia zaważyły na ich życiu. Może dlatego szybko wyczuli w sobie bratnie dusze i połączyli siły w pewnej sprawie.

Joanna Krupa, modelka, "osobowość telewizyjna". Przyczyniła się do adopcji blisko pięciu tysięcy psów, sama adoptowała kilkanaście, działa w organizacji PETA, która walczy o dobre traktowanie zwierząt. W Stanach prowadzi fundację Angels for Animal Rescue. Protestowała przed salonem z futrami sióstr Kardashian, w Polsce opiekuje się schroniskami w Kielcach i na warszawskim Paluchu.

Reklama

Robert Biedroń, eksposeł, prezydent miasta. Pozwala psom wchodzić do słupskiego ratusza, zadbał, żeby w miejscach publicznych ustawiono dla nich wodę do picia. Nie wpuścił do miasta cyrku, w którym występują zwierzęta. Teraz Robert i Joanna połączyli siły. Zachęcają do adopcji psów i kotów, chcą zakazu hodowli zwierząt na futra. Podpisali petycję skierowaną do premier Beaty Szydło. Słuszna sprawa, intrygujące spotkanie ludzi z dwóch różnych światów. Amerykanka i Polak. Show-biznes i polityka. Duet egzotyczny? Sprawdzamy, co ich połączyło. Może ich życiowe drogi biegły bliżej, niż można sądzić?


Jak doszło do twojego spotkania z Robertem Biedroniem?

Joanna Krupa:
 - Gdy byłam w Polsce, usłyszałam w telewizji śniadaniowej człowieka, który z niesamowitym uczuciem mówiło zwierzętach, o ich krzywdzie. Zadzwoniłam do mojej agentki: "Włącz telewizor. Kto to jest? Koniecznie muszę go poznać!", powiedziałam. No i po jakimś czasie udało się zorganizować spotkanie z Robertem w Słupsku. Ostatnio spędziliśmy tam razem dzień.

Angażujesz się w ochronę zwierząt, idziesz na czołowe zderzenie z amatorkami futer, podkładasz się takim gwiazdom jak Anja Rubik czy siostry Kardashian. Warto?

- Warto przeciwstawiać się temu, co się uważa za niemoralne. Wiem, że to mi przysparza wrogów. Kiedyś na premierze filmu pewna aktorka manifestacyjnie przemaszerowała przede mną w futrze. Każdy sam dokonuje wyborów. Ja próbuję żyć jak najlepiej w swojej skali. Nie chcę mieć wyrzutów sumienia.

Jak się czujesz w Polsce?

- Dobrze. Choć bywam tu bardziej krytykowana niż w Stanach, np. za to, że "wcześniej miałam Polskę gdzieś, a teraz przyjechałam pokazać, jaka to ze mnie amerykańska gwiazda". Nieprawda! Gdy miałam 13 lat, umarła siostra mojej mamy. Przestaliśmy przyjeżdżać do Polski, ponieważ mama nie miała już powodu. Kraków bez siostry był dla niej pusty i smutny. Jakieś sześć lat temu moja amerykańska menedżerka zapytała, dlaczego nie robię nic w Polsce. Zadzwoniła do Gosi, teraz mojej polskiej agentki: "Mam tu dziewczynę, która robi karierę w Stanach, może cię zainteresuje?". 

- Gosia zorganizowała mi pierwsze wywiady w telewizji, a potem zaproponowała udział w castingu do Top Model. Pomyślałam: ja? Z moim kulawym polskim? Jednak poszłam. Naplotłam głupot, nie rozumiałam połowy tego, co się do mnie mówi. Skończyłam, zapomniałam. Ale wkrótce telefon: chcą, żebym była współprowadzącą! Pierwszy sezon okazał się ciężki. Nie dla mnie, ja byłam sobą. Gdy zabrakło mi słowa polskiego, podrzucałam angielskie. Producent jednak się martwił, co na to publiczność.

Publiczność podśmiewała się z twoich wejść w stylu "powiedz nam łaj chcesz być tapmadl". Ale chyba je polubiła.

- Taak. Moja mama śledziła każdy artykuł i wpis. Dzwoniła: "Zobacz, co znowu napisali!". A ja mówiłam: "Uspokój się, gdybym to wszystko czytała, już dawno bym się powiesiła".

Często bywasz w Polsce, coraz lepiej mówisz po polsku. Ale twój dom jest w Ameryce, prawda?

- Tak, mieszkam tam od ponad 30 lat.

Wyjechałaś z mamą jako pięciolatka. Po co?

- Mama chciała być bliżej swojej rodziny, która mieszkała w Chicago. W Polsce była pielęgniarką, wyjazd oznaczał rezygnację z zawodu. W Stanach znalazła pracę w fabryce, w której robiono jednorazowe kubki. W lecie było tam nieznośnie gorąco, brakowało klimatyzacji. Pracowała teżw fabryce, gdzie dla odmiany produkuje się mrożone torty i desery. W takich warunkach musiała wytrzymać siedem dni w tygodniu po 14 godzin. A była w ciąży z moją siostrą Martą. Po półtora roku dołączył do nas tata. Jest inżynierem elektrykiem, ale też nie od razu znalazł pracę. Było nam trudno. Mimo to mama powtarzała, że wszystko będzie dobrze. Nigdy nie czuliśmy, że w domu brakuje pieniędzy.

A brakowało?

- Nie stać nas było na samochód, nie mówiąc o własnym mieszkaniu. Ubrania kupowaliśmy w second-handach i na przecenach. Często chodziłam w za dużej kurtce czy spodniach, bo tylko takie się dla mnie znalazły. Ale dom dawał siłę. Mama chciała być przyjaciółką. Mówiłyśmy jej o swoich problemach, dzięki jej energii nigdy nie czułyśmy się gorsze. Inne, ale nie gorsze.

Do jakiej szkoły posłali cię rodzice?

- Do zwykłej, publicznej.

Szkoła to pierwsza scena porównań: Wyglądam lepiej niż koleżanki, na przerwie mam większą publiczność? Jak wypadałaś?

- W domu nie czułam się inna, w szkole tak. Koledzy śmiali się, że jestem Polką. Kiedyś w drodze powrotnej do domu obrzucili mnie jajkami. A ja nie potrafiłam się bronić. Byłam wycofana, inna niż teraz. Wolałam się nie odzywać. Może dlatego mi dokuczali. Może myśleli, że jestem zarozumiała, a ja po prostu byłam wstydliwa. Po lekcjach jechałam prosto do domu, nie zostawałam na dodatkowe zajęcia. Nigdy nie byłam w skautkach, cheerleaderkach. Nie dostałam się do nich, bo nie byłam popularna.

Trzymałaś się z Polakami?

- Przez dłuższy czas miałam tylko polskich przyjaciół. Mój pierwszy chłopak, w liceum, też był Polakiem. Chodziliśmy ze sobą pięć lat. Nigdy nie ukrywałam pochodzenia, nie przyszło mi to do głowy. W domu mówiliśmy po polsku, rodzice o to dbali.

Wycofana, niepopularna dziewczyna zapragnęła być modelką? Ryzykowne.

- Od dziecka o tym marzyłam. Kradłam mamie ciuchy, buty na obcasach. Jako pięciolatka chodziłam na balet. Z Martą nagrywałyśmy filmiki, udawałyśmy, że jesteśmy aktorkami, tancerkami. Kiedy miałam 13 lat, zobaczyłam reklamę szkoły modelek i powiedziałam o niej rodzicom. Zgodzili się mnie zapisać.

Tata inżynier nie zachęcał, żebyś lepiej zdobyła jakiś "poważny"zawód?

- Oboje rodzice widzieli, jak bardzo zależy mi na pracy modelki. Ameryka dawała szansę, że to może się spełnić. Łatwiej niż w Polsce. A mnie bawiło pokazywanie się, występy. Chodziłam do polskiej dyskoteki, uwielbiałam tańczyć. Starałam się dobrze wyglądać. Choć było nam trudno, wyszukiwałam ładne rzeczy, dbałam o włosy, robiłam wypracowany make-up. To był mój żywioł, choć dziś śmieję się, widząc tamte "stylizacje". Rodzice rozumieli moje marzenia. Chcieli mi pomóc.

Skąd wzięli pieniądze na szkołę modelek?

- Pożyczyli. Półtora tysiąca dolarów za sześciomiesięczny kurs. Niestety, po tej szkole nie dostałam żadnej propozycji. Poszłam do następnej. Rodzice robili, co mogli. A ja szukałam możliwości pokazania się. Zaczynałam od małych rzeczy - pokaz mody w polskim klubie. Moim pierwszym sukcesem była okładka polonijnego magazynu "Alfa".

Nie masz wzrostu modelki. To nie przeszkadzało?

- Pamiętam, że zaklinałam los: urosnę jeszcze troszkę, jeszcze centymetr. Mama tłumaczyła: Czasem się ciut rośnie, potem stoi i znów rośnie. W moim przypadku tak nie było.

Niewiele ponad metr siedemdziesiąt. Za mało na wybieg. To cię nie zniechęciło?

- Nie. Dostałam pracę w programie Jenny Jones Show, gdzie zajmowałam się gośćmi. Wzrost nie grał roli. Kiedy byłam w szkole modelek, pojechałam na kilka dni do Los Angeles. Rodzice dopłacili, żebym mogła pokazać się w miejscu, do którego przyjeżdżają przedstawiciele agencji. Nikt się mną nie zainteresował prócz pewnego projektanta. Zaprosił mnie do Nowego Jorku. Miał mały pokaz podczas przygotowań do Fashion Week. I tam zrozumiałam, dlaczego w Kalifornii nie zwracano na mnie uwagi. Problemem rzeczywiście był mój wzrost.

Kryzys?

- Pomyślałam: Na pewno są i niższe modelki. Nie muszę chodzić na wybiegu. Kiedy wyjechałam na dobre do Los Angeles, dowiedziałam się, że niestety, będzie ciężko. Nawet do fotomodelingu agencje chcą wysokich dziewczyn.

Nie dałaś rady w Chicago, a pojechałaś do Los Angeles?

- Tak. Mój polski chłopak był zazdrosny. Powiedział: albo ja, albo twoje marzenia. To mi dało silę: OK, to ja ci pokażę! Przez internet wynajęłam mieszkanie, zapakowałam po dach moje mitsubishi i ruszyliśmy z mamą i wujkiem w podróż do LA. Trzydzieści godzin. Jechałam bez pieniędzy, miałam tylko długi. Wreszcie dotarliśmy do mieszkania, okazało się, że to najgorsza dzielnica w mieście, gangi i handlarze narkotyków. Mama powiedziała: "Nic z tego!", nawet nie wyszliśmy z auta. Pojechaliśmy do najtańszego hotelu przy lotnisku. Mama i wujek po kilku dniach musieli wracać, zostałam sama. Boże, co ja zrobię? W Chicago miałam znajomą projektantkę, która z kolei miała znajomych w LA. Zadzwoniłam: Jest problem. Dzięki jej kontaktom trafiłam na Polaka mieszkającego w Long Beach, który zgodził się wynająć mi pokój. On spał na kanapie, ja w jedynej sypialni. Płaciłam mu, ile mogłam.

I długo tak?

- Z pół roku. Chodziłam na castingi, ale bez powodzenia. Żadna agencja nie miała dla mnie pracy. Musiałam z czegoś żyć, więc zatrudniłam się jako sekretarka. Później zaczęłam poznawać ludzi z branży, agentów, fotografów...

Pamiętasz moment przełomowy?

- Okładka holenderskiego magazynu "Maxim". Portfolio fotografa, który robił sesję, oglądała pewna menedżerka. Zatrzymała się na moim zdjęciu i spytała, co to za dziewczyna. Ktoś odpowiedział: Polka, chce być modelką, jak milion innych. Ona na to: Muszę ją poznać! Spotkałyśmy się w restauracji, Nadia zgodziła się zostać moją agentką. Inni mówili "nie", a ona we mnie wierzyła. Miała pomysł: zaczniemy nie w Stanach, tylko za granicą. Zorganizujemy współpracę z magazynami w południowej Afryce, Australii. Zadziałało. Ale od przyjazdu do LA minęły dwa lata, zanim ktoś zaczął się mną interesować. Po "Maximie" dostałam propozycję zagrania w filmie, to otworzyło mi drogę na okładkę amerykańskiego "Playboya". Przestawałam być anonimowa, ale bardzo powoli.

Miałaś chwile zwątpienia?

- No pewnie! Był czas, kiedy mocno przytyłam, niemal wpadłam w depresję. Żeby nie siedzieć w domu samotnie i nie myśleć o niepowodzeniach, po pracy wychodziłam ze znajomymi na kolację albo na coś słodkiego. Nie spodziewałam się, że tak szybko przybędzie mi ponad dziesięć kilogramów. Gdy mama przyjechała w odwiedziny, nie wierzyła własnym oczom: "Dziewczyno, przecież miałaś tu robić karierę modelki, a ty siedzisz i jesz? To lepiej wracaj do domu!". To mnie postawiło do pionu. Ale na schudnięcie potrzebowałam roku.

Ktoś ci pomagał, wspierał?

- Najpierw Nadia, potem poznałam Romana, mojego chłopaka, a dziś męża. Po dwóch latach już nie byłam samotna. Później, kiedy zaczęłam pracować, ktoś mi powiedział: przetrwasz w Hollywood, jeśli wytrzymasz pierwsze dziesięć lat.

Ponad 120 okładek, reklamy, popularność, pieniądze... Ale jest i ciemna strona sukcesu. Masz wrogów?

- Wiem, że są ludzie, którzy życzą mi źle. Ale trzymam się swoich bliskich. Najważniejsze to mieć rodzinę i przyjaciół, do których możesz zadzwonić. Czasem narzekam, mam doły, ale Romek i mama ściągają mnie na ziemię: masz siłę rano wstać z łóżka? No to dziób na kłódkę!

Walka o siebie uwrażliwia na innych - prawda czy fałsz?

- Prawda. Wiesz, co mnie cieszy najbardziej? Nie okładki, sesje, filmy. Raczej to, że ludzie słuchająi rozumieją, kiedy mówię, że trzeba walczyć o poprawę losu zwierząt. Niedawno leciałam z mamą z Polski do Stanów. Podeszła do nas starsza pani. Wzięła mamę za rękę i powiedziała: "Dziękuję pani za taką córkę". I to mi wystarczy.

Ty za dziesięć lat?

- Mam nadzieję, że będę matką. Chciałabym mieć chłopczyka i dziewczynkę, najlepiej bliźniaki. Mój ojciec jest z bliźniaków, mam szansę. Romek z kolei chciałby troje dzieci. Ale zobaczymy, co Bóg da.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje