Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Z historią w tle

Pojęcia nie miałem, że patron jednego z moich ulubionych parków, gen. Orlicz-Dreszer, odmeldował się z tego świata w tak romantycznych okolicznościach.

Był lipiec 1936 r. Generał, były ułan, człowiek o wielkim ego i proporcjonalnym do niego temperamencie, postanowił uroczyście powitać swoją amerykańską (drugą) żonę. Samolot wojskowy miał nadlecieć nad zbliżający się do portu w Gdyni transatlantyk "Batory", a następnie Orlicz-Dreszer osobiście miał rzucić na pokład bukiet kwiatów. Niestety, wiatr dmuchnął zbyt mocno, samolot uderzył w taflę wody, zginęli wszyscy oficerowie na pokładzie.

Reklama

Z pogrzebem generała też było ciekawie. Proboszcz parafii na Oksywiu stwierdził, że schizmatyka i cudzołożnika (generał, podobnie jak marszałek Piłsudski, sprawnie zmieniał wyznania, tak by religia nie kolidowała z jego kolejnymi planami małżeńskimi) za drzwi kościoła nie wpuści. Żołnierze wymontowali więc w nocy drzwi świątyni i tak spór stał się bezprzedmiotowy, a pogrzeb doszedł do skutku.

O tych fascynujących historiach opowiada książka Bożeny Aksamit "Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku". Aż roi się w niej od smakowitych opisów przedwojennych marynarzy (z pierwszym kapitanem "Batorego" Eustazym Borkowskim, skrzyżowaniem ojca Tadeusza Rydzyka i Kuby Wojewódzkiego, na czele), żołnierzy, artystów, ekscentryków.

Autorka sporo miejsca poświęca też ideom kolonialnym, które w przedwojennej polityce raz po raz wracały, podniecając rząd i społeczeństwo. Generał Gustaw Orlicz-Dreszer był szefem Ligi Morskiej i Kolonialnej, która próbowała załatwić nam ziemie i poddanych w Brazylii i na Madagaskarze, ale nic z tego nie wyszło, bo rzecz nie była oparta na trzeźwym rachunku, a na hurrapatriotycznych mrzonkach. A co, gdyby jednak się udało? Gdyby Polska wysłała gdzieś w świat osadników, gubernatorów, policję? Myślę, że jak inne kolonialne metropolie bylibyśmy teraz pewnie dużo bardziej gospodarczo rozwinięci (upasieni na krwi naszych poddanych), mielibyśmy się też jednak czego wstydzić.

Inne kraje zostawiały po sobie różne "ślady" w koloniach. Jeżdżąc po Afryce, mam wrażenie, że zdecydowanie najsmutniej zwiedza się byłe dziedzictwo kolonialne Belgów. Kto czytał "Jądro ciemności" Josepha Conrada, wie, o czym mówię. Pytanie, co zostawiliby po sobie Polacy. Czasem mam wrażenie, że lubimy myśleć o sobie jako o najbardziej uduchowionej i romantycznej części Zachodu i najbardziej konkretnej oraz przedsiębiorczej części Wschodu. Że jesteśmy idealnym skrzyżowaniem Skandynawów z Latynosami. Tylko co konkretnie mielibyśmy do zaoferowania ludziom żyjącym kilka podwórek dalej?

Nauczylibyśmy ich tego, co w nas najlepsze: kreatywności, jak mieć nadzieję, gdy nie ma już żadnej nadziei, jak skrzykiwać się w wielkiej sprawie, jak kochać i jak umierać (bo te dwie rzeczy od wieków wychodzą nam najlepiej)? Czy raczej zaszczepilibyśmy w nich nasze najgorsze cechy: nieprawdopodobną wręcz kłótliwość, to, że zawsze i wszędzie jest nam źle albo nie tak dobrze, jak mogłoby być, lęk przed zbytnim zbliżeniem się do ludzi innej rasy, religii, kultury?

Największym grzechem kolonialistów było to, że ubzdurało im się, że są właścicielami jakiejś części świata. I ludzi tam żyjących też zaczęli traktować jak swoją własność. W odpowiedzi na co tamci zaczęli ich traktować jak maszyny - najpierw do zabijania, a później do produkcji pieniędzy. Na ślady tego myślenia wciąż można się natknąć. Zdarza mi się (nieczęsto, ale jednak), że spotykam w Afryce kogoś, dla kogo jestem tylko i wyłącznie bankomatem. Pan na lotnisku, który mnie męczy i snuje dziwne opowieści o złym szefie, nalegając, bym kupił mu obiad. Policjant, który niby chce się przyczepić, ale nie za bardzo ma do czego, a w pewnym momencie już otwarcie mówi, że mam takie fajne okulary albo że żona oczekuje, że on coś przyniesie na lunch, a tu kiszka, bo nie dostał żołdu.

Nauczyłem się od pewnego mądrego misjonarza, by zawsze mówić takim ludziom: ej, chłopie, nie traktuj mnie jak ekskolonialisty, jak bogatej maszynki, bo ja ciebie nie traktuję jak żebraka. Spotkajmy się jak ludzie. Naprawdę ci nie płacą tego żołdu? Mogę ci odpalić trochę zieleniny czy jajek. Podobają ci się te okulary, dawaj, przymierzymy, czy ci pasują. Pasują? Bierz je sobie! Tylko pamiętaj, żeby w mojej intencji co najmniej raz dziennie się uśmiechnąć!

Dlaczego twierdzę, że to dobre rozwiązanie? Bo chciałbym, żeby ktoś też mnie tak potraktował. Traktuj innych tak, jak chcesz, by traktowano ciebie. Ta najprostsza zasada, znana od tysięcy lat, jest chyba najczęściej zapominanym i wypieranym prawidłem w historii. I dlatego cieszę się, że generałowi Dreszerowi nie udało się zrealizować ambitnych planów. Jeśli sami nie chcemy być niczyją kolonią, to nie powinniśmy z innych robić poddanych. A uchodźców (bo o tę kwestię ostatnio w Polsce się spieramy) traktujmy tak, jak chcieliśmy, by traktowano nas, uciekających z Polski przed komunistami, więzieniem, wyjeżdżających za chlebem.

Szymon Hołownia

PANI 9/2015

SZYMON HOŁOWNIA - dziennikarz i publicysta, szef portalu Stacja7.pl. Pisał m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku", "Tygodniku Powszechnym", obecnie współpracuje z "Rzeczpospolitą".
Był laureatem nagród Grand Press i Wiktora. Jest autorem książek - m.in. "Ludzie na walizkach", "Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie", "Wszystko w porządku. Układamy sobie życie",
napisanej z Marcinem Prokopem, z którym prowadzi program "Mamy Cię!" oraz ostatnio wydanej "Jak robić dobrze". Założyciel fundacji Kasisi i Dobra Fabryka.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje