Przejdź na stronę główną Interia.pl

Szczepan Twardoch: Święta zupa

Przeszłość uważam raczej za będącą gdzieś indziej niż będącą kiedyś czy już minioną. Przeszłość wydaje mi się trwać wiecznie na wiecznym spektrum czasu.

Czasem z tej przeszłości coś nam zostaje, jakiś strzępek, pozostałość w miejscu zupełnie nieoczekiwanym. Minął już miesiąc od Bożego Narodzenia, a ja ciągle myślę, w kontekście strzępów przeszłości, o zwyczajach bożonarodzeniowych. Wiele z nich swój rodowód bierze z pogańskich zwyczajów, których sensu zwykle już nie pamiętamy. Pusty talerz wcale nie jest dla niespodziewanego gościa, lecz raczej dla duchów zmarłych. Choinka i podarki z Yule. Nieprzypadkowo data Bożego Narodzenia, ta organizująca kosmiczny porządek, ta przesilenia zimowego, zbieżna jest z datą rzymskich Saturnaliów, germańskiego Yule właśnie czy słowiańskich Godów. Chcę dziś napisać o takim skrawku, strzępie czegoś bardzo starego, sprzed pisanej historii. 

Reklama

Jest to świąteczna zupa z siemienia konopnego, czyli nasion konopi siewnych, w różnych częściach Śląska nazywana siemieniŏtką albo - jak u nas - konopiŏtką. Świąteczna teraz, lecz tak naprawdę starsza niż święta. Przyrządzanie jej nie jest trudne ani skomplikowane, acz bardzo czasochłonne. Siemię konopne gotuje się kilka godzin, aż rozmięknie, po czym następuje żmudny proces tłuczenia go w moździerzu, przelewania wrzącym konopnym wywarem i odciskania przez gazę albo bardzo gęste sitko. Powstaje tłustawe mleczko konopne o delikatnym, śmietanowo-gorzkim smaku. Do niego dodaje się postny, bezmięsny wywar z warzyw w proporcji: jedna część esencjonalnego wywaru na trzy części konopnego mleczka. Następnie szkli się cebulę - w wersji postnej na oleju, chociaż nieco smaczniejsza jest na maśle - potem dorzuca się ją do zupy. Na talerze kładzie się kopczyki "krup pogańskich", bo tak na Śląsku nazywa się kaszę gryczaną, i gotowe, można jeść. 

Można jeść bezmyślnie - ot, jedna z regionalnych świątecznych potraw o dość oryginalnym, nietypowym smaku. Można jeść sentymentalnie, jeśli się konopiŏtkę jadało w dzieciństwie: oto smak kojarzy się z rodzinnym ciepłem, choinką, prezentami i całą tą, szczęśliwie już minioną, "magią świąt". 

Można wreszcie potraktować konopiŏtkę jako skrawek, strzęp przeszłości. Przeszłości bardzo dalekiej, poprzedzającej śląskie kopalnie i huty, poprzedzającej chrześcijaństwo, być może nawet czasy, w których słowiańscy, i nie tylko, przodkowie dzisiejszych Ślązaków przybyli na Śląsk, który rzecz jasna nie nazywał się wtedy Śląskiem. 

Prawdopodobnie już indoeuropejscy przodkowie Słowian byli z konopiami za pan brat, co ma oczywiście związek z ich psychoaktywnymi właściwościami. Już 3000 lat temu w Indiach spożywano, i nadal się spożywa, bhang - napój z roztartych w moździerzu liści i pączków konopi wymieszanych z mlekiem, który ma mocne działanie psychoaktywne. Psychoaktywność ta wiązała się z kwestiami religijnymi. Indyjski sadhu, czyli święty mędrzec, zażywa bhangu, by wprawić się w święty trans. Konopiŏtka nie powoduje haju, jako że w nasionach konopi THC występuje w ilościach śladowych lub wcale, lecz oznaki jej religijnego, czy może raczej obrzędowego, znaczenia widać wyraźnie. 

Nie jada się jej na co dzień, pozostaje pokarmem zarezerwowanym dla czasu świętego, a jeszcze zupełnie niedawno, w XX wieku, wierzono w jej magiczne właściwości: miała leczyć ciało i oczyszczać duszę. Jakim cudem udało się przetrwać takim strzępom, powidokom czegoś, w co wierzono szczerze kilka tysięcy lat temu, co mogło stać w centrum obrzędu porządkującego rzeczywistość i ogląd świata moich dalekich, scytyjskich przodków? A dziś w tych nielicznych śląskich domach, gdzie jeszcze konopiŏtkę się jada, pozostaje już tylko częścią tej tradycji, która jest tak bardzo po niemiecku gemütlich, oswojonej jak domowy piesek, ciepłej i milusiej? Nie wiem.

Ale coś przetrwało. Strzępy właśnie. Często myślę o tym, jedząc tę świętą zupę. Tak skończą wszystkie ważne dla nas sprawy. Kiedyś - święta właśnie i groźna, otwierająca bramy do innych światów, spożywana przy jakichś tysiące lat temu wygasłych ogniskach z powagą i ze strachem przed tym, co za ową bramą percepcji czekać może mędrca, który coś święcił albo kogoś inicjował. Dziś - oswojona, wyleniała, nie unosi już ani nie otwiera niczego. Tylko przypomina.

SZCZEPAN TWARDOCH

2/2018

Zobacz także:

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje