Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mów do mnie wielkimi literami

Chyba jestem egoistką, czyli taką osobą, która rozumie swoje potrzeby. Mało tego – kiedy ich nie zaspokoi, to dostaje szału.

Dzień dobry, ja w sprawie intelektu. Niedawno słyszałam rozmowę dwóch „wózkowych” mam, które skarżyły się na brak czasu. Że zanim ogarną rzeczywistość – dzieci, siebie i dom  – to kończy się dzień, a one padają na łóżko jak kłoda, aby rano wstać i robić dokładnie to samo. Dzień świstaka, a na dodatek okropnie męczący.

Reklama

Chciały polecić sobie jakiś serial, ale przyznały, że zatrzymały się na telenowelach sprzed dwóch lat. Czuły się wykluczone z towarzystwa, bo jeśli ktokolwiek chciał z nimi porozmawiać  o jakichś nowościach, to zmuszone były z przepraszającym uśmiechem bąknąć: „Hm, no nie znam, nie widziałam, nie czytałam”. Groza!

Przysłuchując się tej rozmowie, chciałam przede wszystkim pocieszyć je, że okres intensywnego macierzyństwa kiedyś minie i chwil dla siebie będzie coraz więcej. Ale potem zaczęłam się zastanawiać, czy w czasach, kiedy mój syn był mały, ja też byłam odcięta od dóbr kultury? Mieliśmy kablówkę, internet, owszem – ale przecież ja również nie miałam na nic czasu.

Udało mi się jednak skończyć studia, napisać i obronić pracę magisterską, gdy syn miał rok. Czytałam sporo, głównie kiedy on spał. Chodziłam z nim do muzeów i galerii, a że nie miałam pieniędzy na bilety, to czekałam na darmowe dni – miałam dzięki temu poukładany kalendarz wyjść. Wieczorem próbowałam obejrzeć jakiś ambitny film, chociaż walczyłam z opadającymi powiekami.

Może nie jestem reprezentatywnym przykładem, bo z kultury korzystam na krawędzi uzależnienia, jednak wszystko jakoś ogarniałam.

W jaki sposób? Chyba po prostu jestem egoistką, czyli taką osobą, która rozumie swoje potrzeby. Mało tego: kiedy ich nie zaspokoi, to dostaje szału. Dobro dziecka, obowiązki, brak asertywności – znam to aż za dobrze. Jednocześnie nie wyobrażałam sobie dnia bez przeczytania choćby kilku stron.

Myślę, że zachorowałabym wtedy albo stałoby mi się coś z głową. Mieszałam więc zupę i podczytywałam, karmiłam dziecko i przeglądałam gazetę, usypiałam syna w wózku i szybko łapałam za książkę. Kradłam ten czas, jak tylko mogłam, bo wiedziałam, że nie wolno mi dopuścić do sytuacji, kiedy mój umysł przestanie działać.

Mówi się, że karmiącej matce „mleko rzuca się na głowę” i ona głupieje. Być może ma wtedy inne priorytety, jest zmęczona i bardziej zapracowana. Ale w trakcie porodu nie wychodzi z niej mózg – ma go na miejscu cały czas.

Tymczasem pisma parentingowe i durne poradniki używają w stosunku do młodych mam języka rodem z najgorszego przedszkola. Zwracają się do nas wielkimi literami, żebyśmy zro-zu-mia-ły. Minimum tekstu, za to dużo obrazków, zdrobnień i wytłuszczonych mądrości. Jak mnie to wkurzało! Zagryzałam zęby i czytałam Simone de Beauvoir.

Nie ukrywam: na złość tym, którzy widzieli we mnie rozklekotaną mamuśkę snującą się w podomce, o ambicjach kończących się na podtarciu czyjegoś tyłka. Mało tego, wietrzyłam spisek w takim traktowaniu. Że oto chcą mnie – nomen omen – upupić w słitaśnym sosie, żebym stała się potulna i pocieszna.

A ja nie chciałam wypadać z gry i być traktowana jak pulpa bez ambicji. Czytajcie codziennie chociaż pół strony! I trudno, że uśniecie na filmie w pierwszej minucie. Ale przynajmniej nie zatracicie nawyku sięgania po kulturę, która nie jest tylko „spędzaniem czasu”, raczej czymś, co daje nam paliwo do życia. A przecież paliwo na początku macierzyństwa jest na wagę złota.


Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje