Przejdź na stronę główną Interia.pl

Konkubinat to nie grzech

Uczę pisania i kreatywności. Na jednym ze spotkań przeczytałam felieton kursantki, który długo siedział mi w głowie. Dotyczył trudnej sytuacji.

Tekst wywołał u mnie refleksję, że przecież prawo nie jest oderwanym od życia kodeksem zakazów i nakazów. Jest za to ramą, w której organizuje się zasady współżycia w społeczeństwie. I która reaguje na modyfikacje w jej obrębie, na przykład te związane ze zmianami kulturowymi. Ale mam wrażenie, że ona zbyt opornie próbuje dostosować się do realiów.

Reklama

Myślę tu o związkach partnerskich. Od wielu lat trwa kampania mająca na celu zalegalizowanie ich i unormowanie warunków życia w nieformalny sposób. Ilekroć zaczyna się dyskusja na ten temat, to od razu podnoszą się głosy, że chodzi o homoseksualistów. I że zaraz będą chcieli pełnych praw, a nawet adopcji dzieci. Szok i niedowierzanie.

Tymczasem, jak to często bywa, nie dba się o dzieci, które adoptowane wcale być nie muszą, bo żyją sobie szczęśliwie z kochającymi się rodzicami. Tyle że ci rodzice nie wzięli ślubu. Nie mają papierka, bo nie chcą iść do urzędu czy kościoła, bo chcą tak żyć. Bo nie lubią instytucji małżeństwa i legalizmu uczuć.

Odpowiednie przepisy pomogłyby w kwestiach spadkowych czy prowadzeniu wspólnego gospodarstwa domowego (podatki!). Unormowałyby również sytuację dzieci, które rodzą się rodzicom pozostającym bez ślubu.

Brak takich uregulowań to poważny problem - w Polsce co roku przybywa dzieci urodzonych poza związkiem małżeńskim (w 2016 r. stanowiły one 25 proc.). W praktyce oznacza to, że te dzieci nie są dostatecznie chronione prawnie. Mają status "pozamałżeńskie" i w naszym społeczeństwie traktowane są dość podejrzliwie, jako "bękarty".

Przy wyrabianiu aktu urodzenia ojciec musi oficjalnie uznać dziecko przed urzędnikiem. Pary bez ślubu mogą mieć tylko dzieci urodzone w związku lub z poprzednich relacji - nie mogą za to ich adoptować. To poważny problem, ale jeszcze gorzej jest w przypadku śmierci jednego z rodziców  - drugie nie ma możliwości dziedziczenia spadku.

Trudne kwestie pojawiają się także wtedy, kiedy jedno z rodziców jest poważnie chore. I tego właśnie dotyczył tekst, o którym wspomniałam na początku.

Para kochających się ludzi przez kilka lat starała się o dziecko. Wreszcie urodził się syn. A że od początku nie przelewało im się w domu, to za namową matka złożyła podanie o wsparcie finansowe, udając, że jest samotną matką. Niestety, niebawem zachorowała na nowotwór.

Kłamstwo okazało się wielkim błędem. Ze względu na brak sformalizowania związku i rzekome niewywiązywanie się ojca ze swoich obowiązków synek trafił do domu dziecka.

Zrozpaczeni rodzice musieli poradzić sobie z koszmarem choroby, odebrania im dziecka i codzienną logistyką. Dwuipółletni chłopiec wylądował w ośrodku, mimo że w domu nic złego się nie działo - po prostu nie zgadzały się dokumenty. Prośby i próby wyjaśnienia sytuacji chłopca na nic się zdały. Przez kilka miesięcy przebywał on w ośrodku.

Na szczęście matka powoli wychodzi z choroby i może znowu zajmować się dzieckiem. Nie chcę nawet myśleć, co przeżywała, będąc poważnie chora i wiedząc, że jej dziecko jest poza domem. Nie chcę myśleć również o tym, co czuł ten biedny ojciec, który w świetle prawa stał się wyrodnym i niegodnym opieki nad własnym dzieckiem.

Nie oceniam decyzji o kłamstwie i sfałszowaniu dokumentacji, aby uzyskać pieniądze. Zbyt dużo biedy i ubóstwa widziałam w czasie mojej pracy w fundacji.

Myślę tu jednak o rodzinie jako całości, w szczególności zaś o dziecku, które poniosło najbardziej przykre konsekwencje tego, że rodzice nie wzięli ślubu. Wobec polskiego prawa są dla siebie obcymi osobami. Może czas, aby prawo podążało za ludźmi i zmianami obyczajowymi, tak by sytuacji przeze mnie opisanych było jak najmniej. Oczywiście najlepiej, gdyby ich wcale nie było.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje