Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rynek jak życie

- Czyś ty zwariowała? - powiedziała do mnie Krystyna w odpowiedzi na propozycję spotkania na krakowskim Rynku. - Tam się już nie chodzi. Tylko turyści, tłum, hołota...

Jej wypowiedź potraktowałam wtedy jako przejaw nieszkodliwego krakowskiego snobizmu. Teraz wiem, że miała rację. Dziś krakowianie czują się tak, jakby ktoś w najpiękniejszym salonie w ich domu urządził nieustającą dyskotekę. Nikt rozsądny tam nie chodzi dla przyjemności. Ale czasem trzeba...

Reklama

Piątek, 10 lipca, popołudnie

Zastanawiam się, w co się ubrać, żeby wyglądać solidnie. Mam do załatwienia sprawę w banku. Pracuje tam pani Magda, którą znam od lat. Wiem, że mi pomoże. Martwię się więc tylko tym, czy odpowiednio poważnie wyglądam.

Piątek, 10 lipca, godz. 14.30

Bank mieści się, niestety, przy Rynku. Siedzimy w pokoju na pierwszym piętrze. Wypełniamy formularze. Potem się żegnamy. Wychodzę na rozgrzany upałem Rynek. Cuchnie piwem i starym tłuszczem. Zamierzam uciec w pierwszą lepszą ulicę i... wtedy orientuję się, że zostawiłam na górze dokumenty.

Piątek, 10 lipca, godz. 14.45

- Ależ proszę się nie fatygować jeszcze raz na te schody. Proszę poczekać w kawiarni na zewnątrz. Przyniosę - mówi Magda przez telefon. Siadam na jednym z wyplatanych foteli. Wokół przewala się gęsty, hałaśliwy tłum. "Tu się nie siedzi", słyszę głos Krystyny. "Nie zostawaj tutaj", słyszę swój wewnętrzny głos i ignoruję go kolejny raz. Zamawiam espresso, dwa espresso, bo w progu banku pojawia się już Magda. Zapraszam ją na kawę. Obok przy stoliku dwie panie: starsza i młoda rudowłosa. Starsza przygląda mi się przez chwilę. - Czy pani to pani? - pyta...

Piątek, 10 lipca, godz. 15.05

Pojawia się przed nami ładny szczupły chłopak. - Cześć, mamo - mówi do Magdy. - To mój syn Daniel - przedstawia go matka. - Zawsze chciał panią poznać. Zapraszam go do stolika. Jesteśmy tacy mili, grzeczni. Nie wiemy jeszcze, że za chwilę być może nawzajem uratujemy sobie życie.

Piątek, 10 lipca, godz. 15.15

Rozmawiamy o przedstawieniu szkolnym "Opera za trzy grosze". Daniel gra w nim główną rolę, jest tym bardzo przejęty. Ja w moich teatralnych czasach robiłam "Operę..." wiele razy. Jest więc temat do rozmowy, który go nie zanudzi. - Daniel trochę się spieszy - wtrąca delikatnie jego matka. - Wyjeżdża nad morze. Wszyscy troje dokądś się spieszymy i nie powinniśmy już tu siedzieć. Ja wybieram się na zakupy, bo cały weekend zamierzam pracować. Takie mam plany, nie wiem jeszcze, że tylko kilkadziesiąt centymetrów dzieli mnie od tego, żeby nie wykonać ich już nigdy.

Piątek, 10 lipca, godz. 15.17

"Teraz wstanę, pożegnam się i pójdę", myślę. Rozlega się straszliwy huk! Strzały? Bomba, terroryści? Na rogu ulicy Sławkowskiej, dokładnie w zasięgu mojego wzroku, unosi się nagle w górę ogromna chmura gęstego dymu. Wystrzelili petardy! To ten uliczny teatr. A potem dzieje się coś, co nigdy nie powinno się zdarzyć. Z postoju dorożek zrywają się spłoszone konie. Potężne rumaki ciągnące olbrzymi zaprzęg bez woźnicy. Pędzą prosto na nas... Nie ma już gdzie uciec ani się uchylić. Obok mnie Magda zaczyna drżeć na całym ciele, dygocą jej dłonie. Daniel blednie, wszyscy troje chwytamy się mocno za ręce. Starsza pani obok nas zaczyna rozpaczliwie płakać, młodsza próbuje przedzierać się przez tłum. Konie pędzą prosto na nasz stolik - widzę ich potężne torsy i nawet nie mam czasu zamknąć oczu... Nagle, dosłownie dwadzieścia, trzydzieści centymetrów od nas, jeden z koni potyka się na kostce brukowej, leci w bok, pociąga za sobą drugiego... Mijają nas na wyciągnięcie ręki. Idący po prawej stronie mężczyzna, potrącony, pada tuż u naszych stóp. Konie podnoszą się, pędzą dalej. A ja wiem, że jeżeli wpadną w wąską i zatłoczoną ulicę Wiślną - będzie masakra. Słychać krzyki i stukot przewracanych stolików. - Zatrzymały się! - krzyczy rudowłosa dziewczyna. Następne chwile są pełnym grozy milczeniem. Jest policja, ale nie widać, żeby cokolwiek się działo... - Przecież trzeba wezwać pogotowie - krzyczy nagle Magda i już drżącymi palcami wybiera numer. Karetka przyjeżdża po piętnastu minutach. Po kolejnych piętnastu druga. Kilka osób jest rannych.

Piątek, 10 lipca, po godz. 17.

Nie wiem, co robiłam przez godzinę. Nie pamiętam. Jestem w domu. W telewizji na pasku leci coś o tym: "...konie wpadły w kawiarniany ogródek". Udaje mi się do tej stacji dodzwonić, ale nie okazują zainteresowania. Podobno dopiero od czterech ofiar śmiertelnych jest ciekawie. Teraz czuję zimno i dreszcze, a jednocześnie ogarnia mnie wściekłość. To w moim mieście ludzie, którzy sprawują władzę, a zatem w jakiś sposób odpowiadają za mój los, przez głupotę, bezmyślność i brak wyobraźni narazili mnie na śmiertelne niebezpieczeństwo. Przecież ktoś pozwolił wystrzelić tę petardę w tłum. Potrącony mężczyzna walczy o życie w szpitalu. Ja słaba i starsza pewnie nie miałabym szans. Dopiero teraz to do mnie dociera. A także i to, że gdybyśmy wszyscy troje nie byli tacy grzeczni, któreś z nas wstałoby wcześniej i poszło prosto pod te konie... Jakoś przestaję lubić to miasto, Rynek, który jest jak całe nasze życie. Wszystkiego jest za dużo: hałasu, przedmiotów, ludzi. Zamknięci jesteśmy w kleszczach między apatią jednych i samowolą drugich. Może powinnam wyjechać. Na razie jeszcze powstrzymuje mnie myśl głupia, może i sentymentalna: "Tutaj się urodziłam".

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje