Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dzwoneczek z Krakowa

Żółto-czarna taksówka podwozi mnie na sam róg ulic, gdzie zaczyna się targowisko.

Wzdłuż chodnika ustawione są połówki kobiet. Dokładnie mówiąc ich dolne połowy - biodra, uda, nogi zrobione z czarnego plastiku, ubrane w obcisłe dżinsy albo krzykliwe kolorowe spodnie, stopy obute w pantofl e na wysokich obcasach. Manekiny bez torsu, piersi, twarzy mają pewnie zachęcić do kupowania spodni. Dalej są klatki ze zwierzętami - małe kotki, cicho popiskujące szczeniaki, ptaki ciasno upchane w klatkach też są do sprzedania. Kto je kupi i po co - nieważne. Nie ma sensu zatrzymywać się, patrzeć, użalać nad ich losem. Tutaj gdzie jestem teraz, w Ameryce Południowej, nie należy zbyt często pytać dlaczego. Dalej zaczynają się kramy z owocami, robi się kolorowo i wesoło. Owoce tu mają olbrzymie i pachnące, w wielkiej obfitości.

Reklama

Ale nie po owoce tu przyszłam. Idę dalej, kapelusz wciskam głębiej na głowę, bo choć dopiero dziesiąta, słońce zaczyna mocno przypiekać, a słońce tutaj często ma siłę rażenia piorunu. Mijam stoiska z chińskimi ciuchami, takie jak u nas. Za nimi zaczyna się to, po co tu naprawdę przyszłam - targ staroci. Zawsze lubiłam takie miejsca - fascynują mnie, wciągają. Odwiedzam je tam, gdzie jestem. Ich specyficzna atmosfera wszędzie jest taka sama. Ten sam rytuał - ułożone na stołach lub na ziemi na kawałkach papieru najróżniejsze przedmioty pozbawione własnej przestrzeni, oderwane od swojego miejsca - niezrozumiałe jak słowa wyjęte z kontekstu. Byłam jeszcze nastolatką, gdy regularnie pielgrzymowałam wraz z grupą znajomych na krakowską "tandetę". Można tam było spotkać najciekawszych ludzi w mieście, aktorki, poetów.

Obojętne miny, żarciki - atmosfera prawie salonowa. A potem wracało się do domu z jakimś szałowym kostiumem kąpielowym, do którego trzeba było dopiero schudnąć, taki był ciasny. Pewien dawny artysta polował tam zawsze na czerwone zagraniczne skarpetki. Można tam było także kupić modne wtedy lampy naftowe, paryskie perfumy, peruki. Tam znalazłam moją pierwszą maszynę do szycia Singera, z której zrobiłam stolik. Zdarzyło mi się w życiu odwiedzić ich wiele: paryski pchli targ, do którego jechało się długo metrem, żeby potem podziwiać cudowną prawdziwą starą biżuterię tuż obok stert nieprawdopodobnie zardzewiałego żelastwa; targ we Florencji - ogromny, w środku miasta, w ciągnących się w nieskończoność starych uliczkach wokół katedry.

Tam, wśród niezliczonych tanich ciuchów (jeszcze nie chińskich!), po raz pierwszy zobaczyłam podróbki Cartiera, Vuitton, Chanel - przyznaję bez bicia, byłam (wtedy!) całkowicie nimi urzeczona. I było jeszcze Portobello Road w Londynie, miejsce magiczne, do którego pielgrzymowało się w czasach hipisowskich. Haftowane indyjskie szaty, obok starych amerykańskich kurtek wojskowych - zapach kadzidełek. Wszyscy tam potajemnie coś palili - ja nie. A teraz w Argentynie. Przeszłość napływa z królestwa cieni… Kiedyś, tuż przed wojną, kiedy Hitler szalał już bardzo blisko nas, powstał wśród polskich Żydów pomysł, żeby emigrować do Argentyny. Mówiono, że kraj ten przyjmuje uchodźców, że można dostać PAPIERY, jakoś się urządzić, przetrwać zły czas.

Zapaliła się do tego także moja mama i, kto wie, może urodziłabym się w Argentynie, a nie w Krakowie, gdyby nie mój ojciec, niepoprawny romantyk i człowiek dumny. "To nie ja mam uciekać przed Hitlerem, tym psychopatą - powiedział. - Niech on sam emigruje do Argentyny". Lata minęły, a ludzie do dziś nie nauczyli się wystrzegać psychopatów. Niektórzy jednak wtedy wyjechali. Stanęli na krawędzi świata - ich świata, który znali, utracili i odkryli, że już się nie uda do niego powrócić.

Dziś ja, turystka, wędruję po ich śladach. Zanurzam się w tłumie - wyszukuję wzrokiem przedmioty, które mogły do nich należeć. Kiedyś starannie pielęgnowane, pakowane, przewożone przez wiele granic. Pewnie chcą mi opowiedzieć swoją historię, ale czy ja potrafię ją odczytać? U kogo mieszkały wcześniej? Kto je kupił, kochał, pielęgnował, a potem osierocił?

Dziś wiele z nich pokryte jest już drobną siateczką zmarszczek, jak twarze niektórych przedwcześnie postarzałych kobiet, i kurzem. Piękna walizka z żółtej cielęcej skóry, dobra jeszcze, prawie jak nowa z trochę tylko naderwaną rączką, oklejona kolorowymi nalepkami: Flora Hotel Locarno, Hotel Roma Italy, Stuttgart Hotel Post. Jakie jeszcze widziała miasta, jakie hotele, zanim wylądowała tutaj? Myślę, że mogłaby być walizką Gombrowicza. Poczerniały ze starości kosz pełen kapeluszy - taki czarny aksamitny z woalką mogła nosić jakaś Sara Rosenstern, żona żydowskiego kupca z Krakowa. Tuż obok zielona lornetka wojskowa, nieco odrapana.

Czy przywiózł ją Kurt Schmidtke, kapitan SS? Oni też, choć nieco później, po wojnie szukali tutaj schronienia. Na kawałku gazety pomiędzy starymi okularami i zardzewiałym żelazkiem dostrzegam biały porcelanowy dzwoneczek z obrazkiem Sukiennic i napisem: "Pamiątka z Krakowa". Kupuję go za parę groszy, niech chociaż on wróci do domu. Niech stoi na półce z książkami i stanie się jeszcze jedną przestrogą: spieszmy się kochać przedmioty - tak szybko od nich odchodzimy.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje