Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dusza w garnku

Pamiętam jedną z takich chwil, kiedy poczułam się w Niemczech naprawdę obco.

Było to tuż przed Wigilią – zima, śnieg po kolana. Mieszkaliśmy wtedy daleko na końcu północnych Niemiec, w domku z widokiem na Bałtyk. Spotkałam sąsiadkę z posesji obok. „No, jak tam przygotowania do wieczerzy?” – zapytałam, tak jak zapytałabym każdą kobietę w Polsce. – Jakie tam przygotowania – wzruszyła ramionami sąsiadka, jasnowłosa, jasnooka olbrzymka. – W Wigilię zawsze jemy duszoną kapustę z boczkiem i parówki, a potem dzieci dostają po batoniku. To się zrobi w dziesięć minut i po sprawie…

Reklama

Wróciłam do mojego polsko-żydowskiego domu, gdzie mocno już pachniało barszczykiem, rybą i ciastem, które tak cudownie piekła nasza mama… Mąż akurat ubierał choinkę.

– To jednak nie jest kraj dla nas – powiedziałam do niego, nie po raz pierwszy zresztą. – No nie! Parówki i kapusta w Wigilię?! – powtórzył mąż z jeszcze większym niż moje oburzeniem i pogroził pięścią całej tej obcej, zimnej i nieprzyjaznej okolicy. A przecież i on sam w codziennym życiu nie przywiązywał przesadnej wagi do swojej katolickiej tradycji. Ja zaś od zawsze żyłam na granicy dwóch kultur. Ale żeby w Wigilię… Wydaje mi się, że o tym, co wkładamy do garnka, kiedy i dlaczego, decydujemy sami. Ale naprawdę tylko tak nam się wydaje.

W rzeczywistości temu, kto decyduje o tym, co jemy, oddajemy wielką, często przez nas niedocenioną władzę nad sobą.

Dlatego zawsze znajdowali się ludzie, którzy układali dla nas reguły: to jedz w dzień powszedni, a to w święto, tego zaś, jeśli chcesz być członkiem naszej społeczności, nigdy jeść ci nie wolno. I odkąd to wiesz, należysz do nas. Tak w dziejach ludzkości umacniały się religie. „Skąd wiem, że jestem Żydem? Ponieważ powiedział mi to mój ojciec”, napisał pewien fi lozof. Moja mama często przygotowywała w piątek karpia po żydowsku, nigdy nie popijała mięsa mlekiem i pościła w święto Jom Kippur (Dzień Pojednania), a dziś czynię tak i ja. Może nie zawsze, może zbyt łatwo odchodzę od wszelkich reguł… ale gdzieś w środku, nawet jeżeli grzeszę, to przynajmniej wiem przeciw czemu. W święto Jom Kippur pości się przez dwadzieścia cztery godziny – całkowity zakaz jedzenia i picia, nawet wody. Od zachodu słońca do wieczora dnia następnego, aż pokażą się pierwsze trzy gwiazdy. Co roku poddaję się temu zakazowi z trwogą, że nie wytrzymam i sama się przed sobą skompromituję – co roku też buntuję się przeciw tej próbie charakteru.

Dlaczego jednak to robię? Choćby dlatego, że czynili tak ci, którzy byli przede mną i jest to może jedyna łącząca mnie z nimi więź. Gdzieś koło południa tego dnia, kiedy lekka i nieco osłabiona idę przez miasto, czuję intensywnie jak nigdy zapachy z piekarni, słyszę kapanie wody z kranu. Wody… Już wiem i wiedza ta starczyć musi na cały rok, jak mali jesteśmy, jak zależni od filiżanki kawy, małej buteleczki… Jak niewiele jest w nas pokory i jak mało znamy samych siebie. I myślę, że może właśnie po to – całkiem niegłupio – wymyślono post. Dzisiaj zresztą coraz częściej to nie religia czy tradycja, lecz różni samozwańcy, guru lub kapłani zdrowia zaglądają nam do garnków. Podejrzewam, że chodzi im nie tylko o pieniądze, także nie o dobro naszych ciał – nie, oni chcą mieć nad nami władzę, im chodzi o nasze dusze. Znam pewnego sławnego w życiu publicznym człowieka, który zawierzył swojemu czarodziejowi od diety. Dziś ten skądinąd rozumny człowiek nie zeszczuplał wcale, ale wygląda na bardzo schorowanego.

Walczą o nas – a także i w nas – różne szkoły i metody. Wegetarianie na przykład i niewegetarianie niby tolerują się nawzajem, ale wiele wysiłku wkładają w to, żeby się wzajemnie nie znienawidzić. Mój przyjaciel, wielbiciel befsztyków i dobrego wina, wśród znajomych znany także jako mistrz perfekcyjnego grillowania, miał ostatnio niemały kłopot. Zwierzył mi się z niego, kiedy pewnego dnia spotkałam go na ulicy. Przybladł i jakby nieco zeszczuplał. – Straciłem apetyt – powiedział niepewnie i jakby z zawstydzeniem. – Chodzi o mojego syna. A mnie przez głowę przebiegły najróżniejsze myśli: „Rozpił się, wstąpił do jakiejś sekty?”. – Wyobraź sobie, że on jest… – Gejem – dokończyłam swobodnie, aby ułatwić przyjacielowi wyznanie. – Gejem? – zdziwił się mój znajomy. – Gejem nie. Wegetarianinem!!! – Może mu przejdzie, nie martw się – pocieszałam. Oboje zresztą wiedzieliśmy, że to nie tyle o bunt przeciw jedzeniu mięsa chodzi, ile o bunt syna przeciw własnemu rodzicowi.

Ale pamiętam inny piękny obrazek. Minionej wiosny w słoneczny dzień w moim ulubionym kościele karmelitów w Krakowie, gdzie corocznie odbywa się wielkanocne święcenie koszyczków, zobaczyłam niezwykłą parę. On wytatuowany, gdzie się dało, z kolczykami w uszach i w nosie, ubrany w skórzane ciuchy, i podobna do niego dziewczyna nieśli uroczyście i ostrożnie koszyczek ze święconym, pięknie przybrany bukszpanem, przykryty białą serwetką. Długo patrzyłam za nimi. Dziś pewnie ta para przygotowuje się do ubierania choinki. Bo bunt buntem, ale święta niech się święcą. Czego nam wszystkim życzę.

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje